P u b l i k a c y e   (a r t y k u l y)

Ciała i hieny

Minęło już trochę lat od czasu, gdy dwoje małżonków w pewnym niemieckim mieście zażądało, by w klasie usunięty został ze ściany krzyż, ponieważ ich dziecko nie może znieść tak okropnego widoku. Stopniowo wywiązała się z tego afera, zakończona postanowieniem Sądu Konstytucyjnego w Karlsruhe o usunięciu krzyży ze szkół publicznych. Kilka lat później francuscy prawodawcy, w wyniku szeroko rozpowszechnionego sporu wokół noszenia chust przez muzułmanki na terenie szkoły, podjęli decyzję, że wraz z chustami tabu we francuskich szkołach stanowić będą także („zbyt widoczne”) krzyżyki na chrześcijańskich szyjach i jarmułki na żydowskich głowach. (W imię równości wyznania! Szkoda, że prawodawcom zabrakło elementarnej orientacji w dziedzinie fenomenologii religii, by wiedzieć, że symbole te odgrywają całkowicie odmienną rolę w poszczególnych systemach religijnych, i że krzyż naprawdę nie jest dla chrześcijanina tym, czym chusta dla muzułmanki – ale co tam: Gdzie drwa rąbią, jak mawiał batiuszka Stalin, tam wióry lecą!). W tym samym czasie przedstawiciele zjednoczonej Europy przegłosowali uchwałę, że w preambule projektu konstytucji użycie słowa „chrześcijaństwo” będzie niestosowne.

Niech tam! Europa z pewnością nie stanie się bardziej lub mniej chrześcijańska przez fakt, że słowo to znajdzie się lub nie znajdzie w konstytucji, ponieważ Duch, którego przyobiecał Chrystus, wionie kędy chce, i z pewnością nie zatrzymają Go żadne przepisy ani gorliwi woźni przed drzwiami francuskich czy niemieckich szkół. Na demonstrację bawarskich katolików, którzy pod gmachem sądu machali krzyżami, chyba bym nie poszedł, chociaż rozumiem uczucia tego pokolenia Niemców, którzy już kiedyś przeżyli zdejmowanie krzyży ze szkolnych ścian; wtedy bowiem, już następnego dnia, w miejsce krzyży pojawiła się urzędowa fotografia mężczyzny z wąsem i z grzywką. Interesujące jest nie tyle samo zdejmowanie krzyży – ostatecznie my katolicy przywykliśmy do tego, że co roku w okresie Postu zasłaniamy krzyże w kościołach; czasami nawet konieczne jest zakrycie czy usunięcie pewnych symboli, do których przyzwyczailiśmy się tak bardzo, że przestajemy je dostrzegać, aby właśnie poprzez ich nieobecność na nowo i głębiej odkryć ich sens. Znacznie ciekawszą rzeczą byłoby postawienie sobie pytania, co pojawia się na opróżnionym miejscu. Jakież to biesiady szykują nam ci, którzy nawołują nas do „postu od chrześcijaństwa”? Być może wartości naszej wiary docenimy dopiero wtedy, gdy porównamy je z tym, co natychmiast wdziera się na ich miejsce.

* * *

O sporze wokół krzyża i widoku (nie do zniesienia) ran Chrystusa, przypomniałem sobie kilka lat później, gdy w czasie jednej z wizyt w Berlinie zastałem to miasto wręcz zarzucone plakatami przedstawiającymi fotografie trupów odartych ze skóry. W metrze, na rogach ulic, w kioskach z gazetami – wszędzie szokująca reklama świeżo otwartej, zorganizowanej przez amerykańskiego przedsiębiorcę, objazdowej wystawy ludzkich zwłok pod nazwą Bodies – Ciała.

Na wystawę nie poszedłem, ale sam pomysł oraz fakt, że można go było w ogóle zrealizować, wydał mi się tak bardzo znamienny dla stanu współczesnej kultury i zsekularyzowanego stosunku do śmierci, że starannie przejrzałem cały dostępny materiał, fotografie i klipy reklamowe, przestudiowałem też szczegółowo rozległą debatę publiczną, jaka w związku z tą wystawą rozwinęła się w niemieckich mediach, przeanalizowałem i przemyślałem wszystkie wysuwane w tej debacie argumenty za i przeciw. Bardzo zainteresowała mnie inicjatywa pewnego berlińskiego księdza, który odprawił nabożeństwo żałobne za ludzi, którzy zamiast w grobie znaleźli miejsce nie-odpoczynku w wystawowej witrynie, splugawionej przez łowców sensacji i specjalistów od bicia rekordów w przekraczaniu dotychczasowych granic moralnych i estetycznych.

Antropolodzy od dawna uważali cmentarze i samo zjawisko kultury grzebalnej za znak, w którym rozpoznajemy początek gatunku homo sapiens i zaczynamy go odróżniać od zwierzęcych przodków; tam, gdzie różnica między światem żywych i umarłych zostaje zatarta, gdzie zmarłych już się nie grzebie, tylko eksponuje za drogie bilety w witrynach, tam być może kończą się dzieje naszej kultury i kończy się także gatunek homo sapiens, albo co najmniej transformuje się on radykalnie w jakąś inną, chyba jednak mniej szlachetną formę. W każdym razie postrzegałem tę wystawę jako znak, obok którego nie da się przejść obojętnie czy potraktować go tylko jako krótkotrwały humbug, celowo sprowokowany i oczekiwany w wielu miejscach przez organizatorów; wystawa ta mówi bowiem coś nader ważnego – a moim zdaniem wręcz alarmującego – o tym, co dzieje się z człowiekiem i z naszym światem.

Bardzo jestem ciekaw, czy ci sami rodzice, którzy uchronili swoje dzieci przed widokiem okropnych ran Chrystusa na krzyżu, zawiązują dzieciom oczy również przed tymi wszechobecnymi obrazami, czy też przeciwnie, witają te obrazy jako triumf oświaty, która zastąpiła religijne wstecznictwo swoimi własnymi symbolami.

* * *

Nie minął rok i wystawa Bodies dotarła także do Pragi. Nie była to właściwie ta sama wystawa co w Berlinie, tylko jej bliźniaczka; obaj amerykańscy menedżerowie zdążyli już złożyć na siebie szereg skarg i oczywiście licytowali się, który z nich w sposób bardziej dramatyczny przełamie wszelkie tabu, wychodząc naprzeciw chorobliwym fantazjom, i więcej zarobi; podczas gdy w Berlinie jeden z nieboszczyków posadzony został na koniu obdartym ze skóry i można tam było zobaczyć rozprutą ciężarną kobietę z martwym płodem w brzuchu, jego konkurent zabawiał w Pradze wielce szanowną publiczność zwłokami, którym nadano różne pozy, charakterystyczne dla siatkarzy: nieboszczycy po prostu uprawiali sport. - Musi być przecież trochę humoru – mówił z nekrofilskim wyrazem twarzy autor wystawy do kamery czeskiej telewizji. Zastanawiałem się wtedy przez chwilę, czym jeszcze w celu przekroczenia już istniejącego progu będzie musiał zaskoczyć publiczność trzeci menedżer, aby to wszystko przyćmić i jeszcze więcej zarobić na ludzkim hienizmie: czy może będzie wypożyczać lub sprzedawać gustownie wyszykowane zwłoki nabywcom domów jako atrakcyjny dodatek do postmodernistycznego wyposażenia wnętrz.

Telewizja, radio, prasa, reklamy ciągnące się wzdłuż ulic - robiono, co tylko się dało, a praski radny, który wyraził zgodę na tę wystawę w samym sercu miasta, bardzo ją – z powodów, których ponoć nie chciałby analizować – pochwalił, kolejki przed zabytkową salą wystawową teatru Lucerna rosły, kasy się zapełniały. W radiu usłyszałem, że rośnie liczba osób zainteresowanych tym, by po śmierci w taki sam sposób mogli być pokazywani; pomyślałem, że ten rodzaj nekrofilskiego ekshibicjonizmu zasłużył na to, by znaleźć się w podręcznikach psychiatrii jako odrębna jednostka diagnostyczna.

Na razie przeciwko wystawie nie wypowiedział się nikt – Czesi są przecież już przysłowiowo tolerancyjnym narodem, zwłaszcza w sprawach, w których tolerancyjni być nie powinni. (Jedynie kilku ludzi zaintrygował ukryty rasistowski podtekst wystawy – wszyscy nieboszczycy byli bowiem Chińczykami. Niezależnie od tego, czy ich ciała pozyskane zostały z więzień i miejsc egzekucji, jak twierdzili niektórzy, czy też byli to ludzie, którzy z nędzy sprzedali swoje ciała – byli to „tylko Chińczycy”. Gdyby ów amerykański menedżer eksponował martwych Amerykanów, wtedy, nie mając całego stosu prawnie uzasadnionych i zatwierdzonych zezwoleń, miałby natychmiast na karku tyle skarg i pozwów, że dla opłacenia wszystkich adwokatów musiałby sprzedać w końcu swoją własną skórę do jakiegoś podobnego panoptikum).

Kiedy niedawno piosenkarka Madonna podczas swojego praskiego koncertu zaprezentowała nowy numer, w którym pozwala się przywiązać do efektownie oświetlonego krzyża, nasi hierarchowie zaprotestowali. Teraz natomiast milczeli.

Ja wtedy milczałem. Wolałem modlić się za Madonnę – również w czasie niedzielnej liturgii – aby otrzymała dar pełniejszego zrozumienia symbolu, z którym tak sugestywnie występuje w trakcie swoich show, i miała siły do dźwigania krzyża we własnym życiu. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie – mówi Chrystus. Pewnie dotyczy to także krzyża. Jeżeli ktoś tego mocnego symbolu zbyt długo używa jedynie do efektownej zabawy, może być kiedyś mocno zaskoczony, jak bardzo ciężki bywa prawdziwy, nieoświetlony krzyż.

Być może hierarchowie milczeli również dlatego, iż z przykładu Madonny wyciągnęli wniosek, że ich protest przysparza jej wyłącznie reklamy, zwiększającej jeszcze atrakcyjność i frekwencję całego przedsięwzięcia, a dla wielu stanowi nadarzającą się okazję do kolejnego przedstawienia Kościoła jako zaprzysięgłego cenzora, który chce odbierać ludziom wszystko, co się im podoba.

Przypuszczałem, że mój protest odniesie prawdopodobnie taki sam efekt. Uświadomiłem sobie również, że nie mogę wkroczyć na ring z moralizatorsko uniesionym palcem (i tak zostanie to w ten sposób odczytane), lecz raczej z ładunkiem ironii i sarkastycznego humoru. Zabrałem więc głos – i na reakcje nie trzeba było długo czekać.

„Dlaczego ksiądz pozwala sobie na krytykowanie tak pięknej wystawy? Nikt nam nie może zabraniać posiadania własnych poglądów i nakazywać, co się nam ma podobać!” - denerwował się na mnie podczas internetowej debaty rozgoryczony młody człowiek; w tym swoim rozgoryczeniu nie zauważył jednak, że od razu w pierwszym zdaniu odbiera mi to samo prawo, o które w drugim zdaniu się upomina, czyli prawo do posiadania i wyrażania swojego własnego poglądu na sprawę. Nie, nie mam najmniejszego zamiaru ani jemu, ani komukolwiek nakazywać czy zakazywać tego, co ma czuć i mówić, a tym bardziej co ma myśleć; jestem szczęśliwy, kiedy ktoś w ogóle myśli. Nie tylko nie domagam się „zamknięcia wystawy” - to sprawa publiczności i prawników, którzy powinni ocenić, do jakiego stopnia ekspozycja narusza istniejące prawa – ale nie domagam się też, by ktokolwiek się ze mną zgadzał; chodzi mi o rozpoczęcie publicznej debaty, a jeśli okaże się, że kogoś skłoniłem do tego, by tę sprawę przemyślał w swojej własnej głowie, to nawet gdy dojdzie on do całkiem innego wniosku niż ja, będę w pełni usatysfakcjonowany, że wykonałem swoją pracę!

I rzeczywiście, debata rozpoczęła się, chociaż – przynajmniej tak mi się przez chwilę wydawało – przeważały w niej poglądy bliskie myśleniu owego rozgoryczonego młodego człowieka.

„Jak może ksiądz mówić o wystawie, skoro ksiądz na niej nie był?”

Ale ja wiem, co jest na wystawie. Gdybym tam był, moja opinia byłaby uzależniona od moich subiektywnych odczuć ze zwiedzania, podobnie jak moi oponenci argumentowali, że im się to podobało. Jednak to, jakie kto ma odczucia, co mu się podoba, a co nie, zależy od tego, jak został wychowany i jak bardzo jest nieczuły na fakt, czy ktoś mu niedawno umarł albo co jadł na obiad tuż przed wystawą; to wszystko mówi o nim, a nie o samej wystawie! Ja sam nie chcę zajmować się tym, jakie odczucia może w kimś wzbudzać ta wystawa (każdy ma prawo do swoich odczuć), lecz o zasadzie, czy powinno się, czy też nie powinno w taki sposób eksponować martwe ciała.

Gdyby organizatorzy wystawy zdecydowali się uznać ją za „sztukę”, wtedy znacznie łatwiej uciszyliby swoich adwersarzy, ponieważ estetyka postmodernistyczna upiera się przy twierdzeniu, że nie da się wyznaczyć granic między sztuką a nie-sztuką, między pięknem a brzydotą, między czymś, co ma wartość, a tandetą. Ponieważ jednak zwłok nie można przewozić przez granice jako dzieł sztuki, dlatego, w celu ominięcia przepisów prawa o postępowaniu z ludzkimi szczątkami, chytrzy menedżerowie postanowili potraktować swój lunapark jako instrument działalności naukowo-oświatowej. „To nie są ciała, to są eksponaty”, poprawił mnie z naciskiem praski obserwator wystawy podczas debaty telewizyjnej; i wtedy poprosiłem go, żeby łaskawie przetłumaczył telewidzom, którzy nie znają angielskiego, ów widoczny we wszystkich miejscach tytuł wystawy – Bodies.

„Wystawa jest pouczająca!” Istotnie; gdybym był obecny przy publicznej egzekucji lub torturach, byłoby to dla mnie bezsprzecznie pouczające, bo dowiedziałbym się wielu szczegółów o ludzkiej psychice i reakcjach ludzkiego ciała; a przecież takie kryterium nie usprawiedliwia ani egzekucji, ani tortur. Do nauki anatomii służą muzea anatomii, gdzie eksponaty rzeczywiście się znajdują, ale muzea te przeważnie zioną pustką. Jeśli ktoś chce się czegoś dowiedzieć o umieraniu i śmierci, może zostać przynajmniej na pewien czas wolontariuszem w hospicjum lub w szpitalu dla przewlekle chorych – tam jakoś jednak zainteresowani nie tworzą długich kolejek.

Nie, te tłumy ludzi nie pchały się tam z powodu swych naukowych zainteresowań, a ci, którzy z tej kasy czerpali miliony, wiedzieli dobrze: wywołali sensację, złamali kolejne tabu. Jednak nie wszystkie tabu są bezsensowne, nie każde przekraczanie granic przynosi korzyść.

„Co tu ma do gadania Kościół, który sam wystawia szczątki! Czy widział ksiądz tych świętych w kryształowych trumnach?”

Owszem, widziałem, i – pozwolę sobie przytoczyć pointę pewnej znanej anegdoty – nie da się tego porównać.1 Nie jestem wielkim zwolennikiem relikwii świętych; nawet gdybym został kiedyś kanonizowany, wolałbym raczej stać się pokarmem dla robaków, niż być porcjowany na kawałki jak mój patron, święty Tomasz z Akwinu; niechętnie oglądałbym z nieba, jak cząstki mojego ciała tułają się po zakurzonych zakrystiach i tylko przy pewnych okazjach obcałowywane są przez określony typ kobiet, o których wolałbym nie wspominać. A mimo to niejeden raz ze czcią klęczałem przed trumną mojej ulubionej świętej; leży tam z maską na twarzy, w zakonnym habicie. Gdyby zdarli z niej skórę, włożyli do ręki piłkę, zdjęcie umieścili na plakatach przy każdej niemal szosie, wozili ją jako atrakcję od miasta do miasta i inkasowali za to pieniądze, byłoby to zaiste coś innego. Czy naprawdę aż tak trudno te dwie rzeczy od siebie odróżnić?

„A widział ksiądz te kostnice w kryptach barokowych kościołów?”

Owszem, też je widziałem. Jednak chociaż mój gust – i chyba gust większości dzisiejszych chrześcijan – przynajmniej pod tym względem różni się od barokowego, to potrafię przeczytać napis nad wejściem i zrozumieć go: Memento mori! Odrzuć swoją pychę, nie wywyższaj się nad innych – zbliżasz się do miejsca, gdzie będziemy wszyscy równi! Wykorzystaj mądrze upływający czas, nie odkładaj swoich dobrych zamiarów, bo kiedy staniesz się podobny do tych tutaj, już ich nie zrealizujesz. Takie są przesłania barokowych podziemi. A co jest przesłaniem wystawy? „Popatrzcie, jak wiele tabu jestem w stanie przełamać, żeby zarobić wielkie pieniądze i przez tydzień skupiać uwagę mediów!”

A może przesłanie tej wystawy – niezależnie od zewnętrznego celu jej organizatorów – jest jednak głębsze, choć równocześnie bardziej przerażające?

Wspomniane tłumy nie stały w kolejce tylko dlatego, że tyle się o tym mówi w telewizji i przy piwie. Człowieka z natury coś przyciąga do tajemnicy śmierci i do wszystkiego, co się z nią wiąże. Już Platon w swoich Prawach pisze w pewnym miejscu – jakby przewidując wystawę, która nastąpi za dwa i pół tysiąca lat – o ambiwalentnych odczuciach ludzi, dostrzegających pod murami miasta ludzkie zwłoki – wiedzą, że nie powinni tam patrzeć, ale im się to nie udaje, przyciąga ich to, ponieważ jest „silniejsze od nich”.

Owo uwodzicielskie fascinans śmierci i jej atrybutów polega na tym, że w przypadku śmierci stoimy u bram Tajemnicy, za której mury nie wolno nam zaglądać. Ateiści i chrześcijanie, Żydzi i muzułmanie są tylko wierzącymi w swoją wersję wyjaśnienia tego, co będzie potem. Rozstrzygającego dowodu ani jego zaprzeczenia nikt nam nigdy nie poda, jednak ludzka ciekawość nie chce czekać. Dlatego przy wszystkim, co wiąże się ze śmiercią, mimo woli pragniemy przynajmniej ujrzeć jakiś promyk zza drzwi, które akurat otworzyły się dla kogoś innego i za chwilę nieodwracalnie się za nim zamkną.

Śmierć w świecie, gdzie wszechobecny przemysł tandetnej rozrywki stopniowo wszystko w siebie wchłania, wszystko banalizuje, profanuje i pozbawia jakiejkolwiek głębi, była prawdopodobnie ostatnią wysepką tajemnicy, budzącą nie tyle strach, co bojaźń. I oto: sama śmierć wciągnięta została do rozrywkowego lunaparku. Za czyjeś grube honoraria możesz napatrzyć się do syta, a nawet możesz swoim dzieciom (za ulgowe bilety!) na wesoło pokazywać martwych ludzi grających w siatkówkę, wyeksponowanych jak małpy w klatkach ogrodu zoologicznego, w tych gablotach materializmu doprowadzonych ad absurdum. Co tak naprawdę chcieli zobaczyć ci komiwojażerowie totalnego striptizu (w trakcie którego zmarli odzierani są nie tylko z resztek swojej godności i ze swojej skóry), prócz tego, że w końcu sama śmierć w kokieteryjnym geście zrzuca z siebie ostatnią koszulkę swojej tajemnicy?

Niczego tu nie ma! - wołali drwiąco do poszukiwaczy dusz materialistyczni anatomowie wczesnej moderny, gdy podczas publicznych spektakli po raz pierwszy kroili na kawałki ludzkie zwłoki. Niczego tu nie ma! - wołali do poszukiwaczy Boga ze swoich prosektoriów i laboratoriów przyrodoznawcy, którzy za pomocą noży i nożyczek swych teorii przeprowadzali sekcję wszechświata i rodzaju ludzkiego. Niczego tu nie ma! - wołają do poszukiwaczy ostatecznego sensu życia i śmierci menedżerowie z areny chorobliwego cyrku, w którym pozostała już sama śmierć, naga i zbanalizowana, zamieniona w eksponat i towar. Nic, nic, nic, doprawdy nic tam nie ma!

Bóg jest w tym świecie nic – i człowiek musi się także zredukować do nic, aby spotkać się z Nim, jak nagi z nagim. Ale chyba nie w taki sposób o tym myślałeś, mistrzu Eckharcie!

* * *

Gdy zobaczyłem fotografie z obu wystaw, pomyślałem sobie: Tak chyba wygląda piekło – totalna depersonalizacja, „od-osobowienie” człowieka. Żadne tam syczące kotły, żadne smażące się dusze, żadne okrzyki z powodu tortur, jak wyobrażała to sobie barokowa fantazja. Ale ta cisza: nie medytacyjna cisza kościołów czy cmentarzy chrześcijańskich, lecz całkowita nieobecność jakiejkolwiek komunikacji: ci zmarli nie mają imion ani twarzy, niczego, żadne wydarzenie nie przypomni nam ich życiowych losów. W pewnym sensie rację miał ów menedżer wystawy, że nie są to właściwie ciała – nie są to ciała jako wyraz osobowej tożsamości (dlatego chrześcijaństwo tak mocno obstaje przy „zmartwychwstaniu ciała”!), są to rzeczywiście anonimowe eksponaty. Z ludzi stały się przedmioty, rzeczy do pokazywania i wystawiania, ciekawe, dla jednych pouczające, dla innych może zabawne. Ciała bez twarzy przestały być obrazem duszy, niczego nie odzwierciedlają, na nic innego nie wskazują, są rzeczywiście bezwstydnie „nagie” - bez imienia, bez historii. Jak numer w katalogu, jak byli więźniowie obozów koncentracyjnych.

Nagie ciało na krzyżu ma swoją historię – jest dowodem trwania, sensem napełnionym aż po brzegi (jak świadczą o tym od dwóch tysięcy lat wszyscy, którzy oddają się rozważaniom w jego bliskości); jest ikoną – oknem, otwartym na medytacyjne spojrzenie w stronę tajemnicy Ojca i tajemnicy ludzkiego bólu. Jeśli ten znak nic już nie mówi, jeśli do nas nie przemawia, ponieważ nie umiemy czy nie chcemy go słuchać, jeśli stał się dla nas jedynie konwencjonalnym dodatkiem do nabożnego kącika w naszym domu albo logosem „dziedzictwa kultury”, a dla innych „okropną rzeczą”, to oczywisty staje się fakt, że zwycięża wołanie, by krzyże zdejmować i usuwać. Jednego się jednak obawiam: by w uwolnioną przestrzeń nie wkroczyły ciała bez twarzy i bez imienia.

W kościołach pod krzyżem z figurą Człowieka o przebitym sercu nasi przodkowie modlili się: Uczyń serce moje według serca Twego! Gdyby lunaparki chorobliwego ekshibicjonizmu i wszechogarniającej prymitywnej rozrywki miały stać się świątyniami przyszłości, pewnie nie uniknęlibyśmy niebezpieczeństwa innej przemiany: może się zdarzyć, że my sami powoli i niepostrzeżenie będziemy się w nich upodabniać do rzeczy, wymienialnych eksponatów, towarów, próbek bez wartości.

Przełożył Andrzej Babuchowski


Fragment najnowszej książki ks. Tomáša Halíka pt. Dotkni se ran, która w Polsce ukaże się na początku 2010 r. w Wydawnictwie ZNAK.

„Gazeta Wyborcza”, Sobota – niedziela 28 lutego – 1 marca 2009, str. 31-32 (Tytuł i śródtytuły od redakcji. Tekst ukazał się w wersji skróconej).

[webmaster] - Dominik Turchich