R o z m o w y

VI. DROGA ODNOWY

Podobnie jak wiosna 1968, tak i jesień 1989 roku „nie spadła z nieba”, ale dojrzewała w ciągu kilkuletniego rozwoju. Jak przeżywałeś ten ruch w społeczeństwie i w Kościele?

Karta 77, wybór polskiego papieża, powstanie „Solidarności”, zwrot w amerykańskiej polityce zagranicznej - nacisk kładziony przez Cartera na ludzkie prawa i jednoznaczne uznanie przez Reagana systemu komunistycznego za strukturę zła, zdecydowana postawa pani Thatcher, a w końcu Gorbaczow i jego „pieriestrojka” - to wszystko były sygnały, że sowieckie imperium zaczyna chwiać się w posadach. Rodzimy reżim Husáka nie przejawiał żadnych oznak reformy, przeciwnie, coraz bardziej nerwowo śledził nieoficjalne ruchy opozycji politycznej, kulturalnej i kościelnej. Z szerokiego kręgu moich przyjaciół jedynie Pavel Bratinka dla rozweselenia innych w czasie tradycyjnych kolacji bożonarodzeniowych co roku powtarzał, że koniec komunizmu zbliża się szybko i nieodwracalnie.

W opozycji mnożyły się inicjatywy samizdatowe i odczytowe, wizyty zachodnich intelektualistów i rozważania o przyszłości. Około 1983 roku skontaktował się ze mną ksiądz Mádr i zaprosił mnie do redagowania podziemnego czasopisma dla psychologów, psychiatrów, psychoterapeutów o orientacji chrześcijańskiej, które wkrótce zaczęło wychodzić pod nazwą greckiej litery „psi”. Redakcja - Oto Mádr, Petr Příhoda, Jiří Kovařík, Antonín Brzek, Slavomil Hubálek i ja - zbierała się regularnie jako bardzo żywy krąg roboczo-dyskusyjny, aż kiedyś ks. Mádr, znów po „gruntownym dochodzeniu personalnym w formie rozmowy przyjacielskiej” - zaprosił mnie do realizacji swoich dalszych planów i inicjatyw. Jak już powiedziałem, po 1968 roku praktycznie nie spotykaliśmy się, mimo to był na mój temat niezwykle dobrze poinformowany; był przekonany, że jestem księdzem i jezuitą. Kiedy sprawy wyjaśniły się obustronnie, zdradził mi, że formuje centrum doradcze, które przygotowałoby w Kościele nowy kurs, odpowiadający rysującym się nowym potrzebom. Miałoby ono być trustem mózgów dla stareńkiego kardynała Tomáška, którego mimo jego starości i dotychczasowej ostrożności nie powinniśmy przekreślać - przecież w kilku przypadkach okazało się, że gotów jest na drodze cichej dyplomacji stanąć w obronie prześladowanych księży, i jeżeli będzie mieć odpowiednie zaplecze zgodnych i kompetentnych wspó3pracowników, mo?e sie odwa?ya pójoa jeszcze dalej. W sk3ad tego grona mieliby wchodzia przedstawiciele najwiekszych zakonów meskich, dzia3aj1cych w podziemiu, kilku kap3anów, pare czo3owych postaci z poszczególnych diecezji (chodziło więc o ważne połączenie „naziemnych” i podziemnych” struktur kościelnych) parę teologicznie „otwartych głów”, jak Josef Zvěřina, redaktorzy najbardziej wpływowych periodyków samizdatowych oraz przedstawiciele innych aktywnych kręgów kościelnych. W pierwszym rzędzie chodziło o to, aby dokładnie rozeznać całą sytuację, przezwyciężyć rozbicie, a ponieważ nie istnieje konferencja biskupów, która kierowałaby życiem Kościoła, „przyglądać się sprawom z jakiejś szerszej episkopalnej perspektywy”.

Na temat tej propozycji radziliśmy się z moimi przełożonymi we wspólnocie kapłańskiej. Było dla nas jasne, że powstanie takiego gremium jest potrzebne, ba, konieczne, i równocześnie wychodzi na przeciw zadaniom, które sobie wytyczyła nasza wspólnota: być miejscem koncepcyjnych rozważań o przyszłości. Było jednak również jasne, że wiąże się to z wielkim niebezpieczeństwem; jeśli wejdę do tego gremium, przekroczę tym samym zasadę bezwzględnej konspiracji i będę zagrażać nie tylko sobie, ale i innym tajnie wyświęconym kapłanom, z którymi pracuję. Dla Mádra z początku nie do przyjęcia był proponowany kompromis, że będę jedynie jakimś „oficerem łącznikowym” między nim, a tymi kręgami. (Byłem przez lata tzw. „przedstawicielem kontaktowym” między naszą wspólnotą a kardynałem Meisnerem, którego regularnie odwiedzałem podczas swych podróży służbowych do Berlina; Meisner jako jedyny biskup, regularnie poruszający się między Wschodem a Zachodem - był biskupem dwóch części podzielonego Berlina - łączył nasz krąg z Watykanem). Z wielu powodów, także ze względu na ową więź kardynała Meisnera z Rzymem, Madr chciał we mnie mieć stałego członka naszego gremium. W końcu ustaliliśmy, że zostanę zwolniony z naszej wspólnoty do tej pracy i będę się jej poświęcać z całym ryzykiem; naszą wspólnotę kapłańską będę regularnie informować tylko podczas trzech konspiracyjnych zgromadzeń w ciągu roku.

W tym okresie zarysowała się w naszej wspólnocie pewna różnica w ocenie, dotycząca kontaktów z „davídkowcami” i przyjęcia kilku żonatych księży do naszego kręgu, ewentualnie konsekrowania żonatych diakonów, wyświęconych w Berlinie, na księży biskupów z kręgu Davídka. Niektórzy z nas byli krytycznie nastawieni wobec takiego obrotu spraw, więc doszło do pokojowego „rozstania”. Petr Piťha z Antonínem Bělohlávkiem wybrali drogę jeszcze surowszej tajności i „pustelnictwa”. Ivan Štampach zareagował najpierw wypracowaniem nowych funkcji we wspólnocie, ale po kilku latach sam wstąpił do zakonu dominikanów. Ja przyłączyłem się do kręgu Mádra; nigdy to jednak nie oznaczało końca ludzkiej przyjaźni i poczucia wspólnej odpowiedzialności za duchowość i duchowną więź wspólnoty.

Z Petrem Piťhą współpracowałem później intensywnie u początków programu „Dziesięciolecia”, a z Ivanem Štampachem stale rozwijała się prawdziwa przyjaźń kapłańska i ludzkie braterstwo. Chętnie przypomina, jak ponoć komentowałem jego wiadomość, że zostało mu przydzielone zakonne imię Odilo: „Nic sobie z tego nie rób” - „naprawdę jest z ciebie najsympatyczniejsze odilo, jakie znam”. Odilo jest wykształconym i myślącym teologiem, honorowym i uczciwym mężczyzną, otwartym i wrażliwym człowiekiem, mądrze i z miłością towarzyszącym wielu ludziom na drodze duchownej z wielkoduszną i pełną miłości wyrozumiałością dla ich sposobów poszukiwania Boga. Ludzie tacy jak on są w tym okresie dla Kościoła niezwykle cenni, ponieważ wielu inteligentnym osobom, nastawionym sceptycznie do instytucji kościelnej, niesie nadzieję, że Kościół ma jeszcze i inną, sympatyczniejszą i dla złożoności współczesnego świata bardziej wyrazistą postać, niż ta, z którą spotkają się na co dzień i która ich raczej zraża.

Jak wyglądała praca w drużynie Mádra?

Stopniowo utworzyło się kilka grup roboczych. Najważniejsza miała pseudonim „Senior”, dla odróżnienia od naukowego seminarium młodych teologów (na które uczęszczali Odilo Štampach Lenka, Karfíková, Myrei Ryšková, Bohumír Janát, Libor Ovečka, Václav Ventura, Jolana Poláková i inni). „Senior” stał się później prawdziwym sztabem ożywienia Kościoła przed rokiem 1989; bywali tam oprócz Mádra i Zvěřiny Beno Beneš, Dominík Duka, Inocent Kubíček, Aleš Opatrný, František Petrik, Hugo Pitel, Bruno Sklenovský, Vít Tajovský, Ladislav Vik, Miloslav Vlk, Ladislav Vyterna i ja.

Zbieraliśmy się w różnych mieszkaniach, zaczynaliśmy zawsze po wstępnej modlitwie od „panoramy”, czyli przeglądu wiadomości na temat sytuacji, a potem zaczynała się narada i podział zadań. Później wyłoniła się węższa grupa - trójka: Zvěřina, Mádr i ja, dla najbliższego kontaktu z kardynałem; mnie lub Mádrowi przypadał przeważnie obowiązek opracowania propozycji tekstu listów otwartych kardynała do władzy oraz niektórych kazań.

Oprócz tej grupy kapłańskiej powstała później jeszcze „druga izba”, w której przeważali świeccy: należeli do niej Václav Benda, Václav i Michaela Freiowie, Oto Mádr, Radomír Malý, Václav Malý, Radim Palouš, Josef Plocek, Václav Vaško, Josef Zvěřina i ja. Dojeżdżali także katolicy słowaccy, tacy jak Jano Čarnogurský, Vlado Jukl, Silvestr Krčmerý i František Mikloško. Pamiętam, jak w czasie przygotowywania pewnego tekstu rezolucji katolików czechosłowackich w 70. rocznicę powstania ČSR w 1988 roku, zaskoczyła mnie reakcja Słowaków, którzy obawiali się oporu znacznej części katolickich Słowaków, wśród których nadal żywa jest idea samodzielnej Republiki Słowackiej; aczkolwiek przypuszczam, że nasi przyjaciele byli wtedy szczerze otwarci na federację, względnie konfederację, a dążenia separatystyczne zostały wywołane później, zwłaszcza przez wpływ emigracji słowackiej, w tym emigracji kapłańskiej z Rzymu i Kanady, to po raz pierwszy uświadomiłem sobie wtedy, że przyszłość naszego współpaństwa nie jest tak oczywista, jak to wyglądało z Pragi. Ta mieszana grupa nie stroniła od politycznych analiz; inspirującym tekstem była zwłaszcza analiza Václava Bendy „Co dalej po Velehradzie”. W pielgrzymce velehradzkiej z 1985 roku dostrzegł on od razu, że katolicka mniejszość nabrała odwagi. Jej pragnienie wolności staje się znaczącą częścią przebudzenia politycznego narodu i ogólnospołecznego ruchu, który mógł wstrząsnąć totalitaryzmem komunistycznym.

Grupa ta miała ciekawą genezę. W 1986 roku czasopismo „Tygodnik Powszechny” wydrukowało artykuł polskiego filozofa Stefana Swieżawskiego „Jan Hus - heretyk czy prekursor Drugiego Soboru Watykańskiego”; Szkic ten ukazał się potem w czeskim przekładzie w rzymskich „Studiach” Skalickiego i w czeskim samizdacie. Ponieważ chodziło o tekst niegdysiejszego bliskiego współpracownika i przyjaciela Jana Pawła II, widzieliśmy w tym zapowiedź możliwości przewartościowania dziedzictwa Husa przez Kościół katolicki. Rozmawiałem na ten temat ostrożnie z kardynałem Tomáškiem, ale widziałem, że dla niego, podobnie jak dla większości katolików jego pokolenia pamięć Husa wiąże się z antykatolickim nurtem na początku Pierwszej Republiki. Powiedział mi:„Zostawmy to przeszłości, nie odgrzebujmy tego”. Josef Zvěřina przeprowadził wśród swoich przyjaciół jakieś amatorskie „badania socjologiczne”, co by powiedzieli na to, gdyby Kościół bardziej pozytywnie ustosunkował się do Husa. Wyszło mu, że na tej sprawie zależy głównie intelektualistom średniego pokolenia; starsze pokolenie myślało podobnie jak Tomášek, a przez najmłodszych Hus pod wpływem komunistycznej szkoły postrzegany był jako niesympatyczny „prekursor rewolucji socjalistycznej”. Bardzo mnie to zainteresowało i znowu po latach zacząłem studiować Husa; był trochę zapomnianą i wypartą już miłością moich młodzieńczych lat. Napisałem jedną rozprawę, którą najpierw wydrukowały samizdatowe „Teologické teksty”, potem rzymskie „Studia” Skalickiego, a po roku 1989 w skróconej formie Katolický Týdeník pod nazwą „Nie tylko o Husa”. Zastanawiałem się nad stosunkiem między czeskością a katolicyzmem w ogóle i po raz pierwszy w ogólnych zarysach przedstawiłem tam jeszcze nieoficjalny pomysł dziesięcioletnich przygotowań do milenium świętego Wojciecha. Wyraziłem opinię, że jeśli mój Kościół katolicki ma odgrywać integrującą rolę w odnowie czeskiego społeczeństwa, musi przekroczyć wąskie „partyjne horyzonty”, zaangażować się w „uzdrawianie blizn przeszłości” i zmierzyć się z wielkimi archetypami narodu czeskiego, do których niewątpliwie należy Jan Hus. „Hus jest także nasz, bynajmniej nie standart... ale nasz dług i krzyż”. Zaproponowałem, abyśmy badając na nowo „przypadek Husa” starannie rozróżniali między osobowością Husa, dziełem Husa a Husem jako projekcją, w którą różne epoki wkładają swoje własne ideały; trzeba usnąć te ideologiczne naleciałości, które katolikom przeszkadzają bardziej niż działalność Husa (ponieważ za dobrze jej nie znają), oczywiście bez pozytywistycznej naiwności, że „odkryjemy Husa takiego, jakim był naprawdę”. Każda interpretacja dokonywana jest z określonego „przedrefleksyjnego” punktu, i my musimy przemyśleć nasz dzisiejszy punkt widzenia, który jest z kolei inny, niż był na przykład w okresie Pierwszej Republiki. Na zakończenie przedstawiłem jako „sen” wizję, że kiedyś przyjedzie do Pragi słowiański papież i wśród tłumu czeskich katolików i ewangelików w czasie nabożeństwa ekumenicznego będzie modlić się o uzdrowienie blizn czeskiej przeszłości i znajdzie życzliwe słowo także dla Husa. Mój artykuł wywołał sporo polemik, pewien morawski katolik za ten szalony sen wyśmiał mnie solidnie w artykule samizdatowym. Ale właśnie w Brnie znalazłem w reakcji na ten artykuł partnerów do rozmowy: wspaniałego człowieka dr. Měčislava Razika, z którym zostaliśmy przyjaciółmi aż do jego śmierci, i odważnego historyka Radomíra Malego, który po rewolucji gorzko mnie rozczarował swoją sympatią do fundamentalistycznych, wręcz klerofaszystowskich kręgów. Mádr zareagował na tę dyskusję założeniem koła katolickich teologów, historyków i filozofów, które zaczęło się regularnie spotykać i zajmować sprawą Husa; oprócz Mádra i mnie przychodzili tam Josef Zvěřina, Dominik Duka, Karel Kučera, Petr Příhoda, Radomír Malý i Stanislav Sousedík; z początku zbieraliśmy się w mieszkaniu historyka Karla Kučery. Mieszkanie należało kiedyś do profesora Masaryka i miało na drzwiach jeszcze ślady po pieczęciach, którymi zabezpieczyła je austriacka policja po wyjeździe Masaryka na emigrację. Z naszych debat zrodziła się potrzeba pełniejszego informowania o stosunkach między katolicyzmem a czeskim społeczeństwem w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, i właśnie ta grupa miała znaczny wpływ na ową „drugą izbę” trustu mózgów. Do tej działalności nawiązywała komisja ekumeniczna, ustanowiona przez arcybiskupa Vlka po historycznej wizycie Jana Pawła II i jego słowach o Husie. Co się tyczy tła słynnej wypowiedzi kardynała Berana na II Soborze Watykańskim, którą poparł on Deklarację o Wolności Religijnej i wyraził żal z powodu spalenia Husa, wiem dzisiaj, że słowa te przygotował mój poprzednik u Najświętszego Salwatora monsignore Alexander Heidler z inspiracji biskupów niemieckich; w swoim czasie dowiemy się też sporo ciekawych rzeczy na temat tła wypowiedzi papieża o Husie w Pradze.

Około połowy lat osiemdziesiątych powstaje także projekt, który nigdy nie przeniknął się do społecznej a także kościelnej codzienności owych lat, mianowicie program Dziesięciolecia Odnowy Duchowej? Jak powstała ta idea?

Na ten temat chyba mogę już dziś powiedzieć prawie wszystko. W Sylwestra 1984, jak w każdy ostatni wieczór roku, przyszedłem do katedry świętego Wita, aby tam przed Panem zakończyć rok i prosić o błogosławieństwo na nadchodzący; kościelni już mnie znali, więc pozwolili mi także po zamknięciu świątyni modlić się dłużej niż dwie godziny, zanim posprzątali całą katedrę. Tego wieczoru bardzo trudno było mi się skoncentrować; klęczałem wbrew swojemu zwyczajowi pośrodku nawy głównej, tam, gdzie cesarz Karol wybrał miejsce na grób Wojciecha, o tym jednak wtedy nie wiedziałem. A potem tak się złożyło, że pogrążyłem się w modlitwie jak kamień w głębokiej studni. I z głębi duszy wynurzały się pomysły, które nigdy przedtem nie przychodziły mi do głowy: zbliża się milenium świętego Wojciecha, trzeba, żeby nie tylko Kościół, ale cały naród przygotował się na tę chwilę, trzeba systematycznego przygotowania, jakim była niegdyś Wielka Nowenna przed jubileuszem chrztu Polski, którą przemodlił w czasie swego internowania kardynał Wyszyński, trzeba zwrócić się do wszystkich ludzi dobrej woli i zaprosić ich, trzeba uzdrowić i przemienić myśli i serca, ponieważ nadchodzi nowa epoka...

Nigdy przedtem nie myślałem o tym, ale kiedy skostniały opuszczałem ciemną katedrę, ta idea płonęła we mnie już jasno; najpierw w domu sprawdziłem, kiedy dokładnie zmarł święty Wojciech, i stwierdziłem, że tylko kilka lat zostało na przygotowanie, a potem może się zacząć Wielki Jubileusz. Pierwszym, do którego przyszedłem z niegotową ideą, był mój ówczesny spowiednik Petr Piťha; i okazało się, że on także, niezależnie ode mnie, rozmyślał o podobnych sprawach i nasze pomysły w wielu kwestiach pasowały do siebie jak dwie części złamanego pierścienia. On mnie przekonał, że przygotowanie powinno trwać nie dziewięć, ale dziesięć lat, że tematy poszczególnych lat, dla których wybieraliśmy patronów z szeregów czeskich świętych, powinny opierać się na Dekalogu. Później schodziliśmy się regularnie i z tych roboczych narad (w kilku z nich aktywnie uczestniczyła także Scarlett Vasiluk) powstał jednolity projekt. Następnym, który od początku stał u narodzin tego pomysłu, był delikatny i pokorny człowiek, Karel Stádník, rzeźbiarz i tajnie wyświęcony diakon.

Dziesięciolecie Odnowy Duchowej Narodu miało być przygotowaniem nie tylko do Milenium świętego Wojciecha, ale i do wejścia w nowe tysiąclecie, miało być jakimś laboratorium nowego życia na nadchodzące trzecie tysiąclecie. Miało być wielkimi rekolekcjami, refleksją na temat tradycji, ale przede wszystkim odnalezieniem na nowo wartości, które można by włączyć w podstawy przyszłego społeczeństwa. Tak, czuliśmy bliskość wielkich przemian w społeczeństwie, ale nie chcieliśmy, żeby skończyło się tylko na jakiejś gorbaczowowskiej „pieriestrojce”. Wiedzieliśmy, że jeśli chodzi nam rzeczywiście o radykalną (to jest sięgającą do korzeni) odnowę społeczeństwa, to nie można tego pozostawić tylko na poziomie zewnętrznych stosunków, zmiany struktur politycznych i ekonomicznych, ale że musimy zabiegać o - mówiąc w duchu Havlička i Masaryka - „rewolucję głowy i serca”, albo lepiej: o pielęgnowanie całej moralnej atmosfery w społeczeństwie.

Podstawową strukturę projektu Dziesięciolecia tworzyły tematy poszczególnych lat, które były zawsze pozytywnym przetworzeniem jednego przykazania Dekalogu: np. „nie zabijaj” zostało wyrażone słowami „służba życiu”, „nie kradnij” - „praca i odpowiedzialność społeczna”, „nie cudzołóż” - „życie rodzinne” itd. Każdy rok miał więc swoim tematem zwrócić uwagę na odnowę jednej dziedziny życia Kościoła i społeczeństwa - rodzinę, wychowanie, pracę, kulturę, sztukę itd.; każdy rok miał być także specjalnie skierowany - w związku z wybranym patronem - do określonej grupy społecznej: rok Agnieszki - to rok „służby życiu” adresowany do pracowników służby zdrowia, rok wychowania - do nauczycieli, rok św. Prokopa - do zakonników itd.

Tematy poszczególnych lat były symbolizowane przez jednego (albo dwóch) czeskich świętych, aby nie pozostały na poziomie abstrakcji, ale zyskały „twarz” a z nią zakorzenienie w tradycji narodowej. Poza tym każdy święty był z reguły związany z jakąś rodziną zakonną, w ten sposób chcieliśmy każdego roku - nie zapominaj, że chodziło o okres, gdy zakony działały u nas w całkowitej konspiracji - przypomnieć jedną wspólnotę zakonną: przez Agnieszkę - franciszkanów, przez Wojciecha benedyktynów, przez Zdzisławę dominikanów...

Prócz tego chcieliśmy w poszczególnych latach zwracać uwagę na konkretne regiony i diecezje, związane z patronami danych lat; Petr Piťha, który kończył swoją książkę o czeskich świętych, przygotował mapki z ważnymi miejscami pielgrzymkowymi (z kraju i z zagranicy), które przypominają o świętych. Wtedy zaczęły pielgrzymki odzyskiwać swoje znaczenie, jak to już bywało kilka razy w dawnej historii Czech; zaczynały być nie tylko manifestacjami pragnienia wolności religijnej, ale i okazją do nietradycyjnych form duszpasterzowania. Nie zapominajmy, że Kościołowi nie wolno było właściwie niczego oprócz nabożeństw; właśnie na pierwszych pielgrzymkach Dziesięciolecia zaczęły odbywać się wykłady, dyskusje, adoracje, koncerty i przedstawienia teatralne młodych, było to wtedy z punktu widzenia policji masowe „naruszenie kontroli państwowej nad Kościołem”, ale reżim już nie miał tylu sił, żeby całkiem to zlikwidować.

Dziesięciolecie miało związać „podziemną” i naziemną” strukturę Kościoła, miało być akcją ekumeniczną, i to w najszerszym rozumieniu tego słowa - chcieliśmy być przy realizacji tego dzieła, związać ze sobą chrześcijan różnych Kościołów, ale także zaproponować coś rosnącej liczbie sympatyków, którzy dotychczas obserwowali życie Kościoła z pewnego dystansu.

Cały program przypominał postać świętego Wojciecha jako symbol naszej przynależności do Europy (o Wojciechu można rzeczywiście mówić jako o pierwszym Europejczyku naszej krwi i pierwszym Czechu o naprawdę europejskim sposobie myślenia i europejskim formacie). Zapał reformatorski świętego Wojciecha został jednak niezrozumiany w jego ojczyźnie i nie przyjęty, i ten wielki biskup, jak tylu Czechów w późniejszej historii - w tym także współczesny nam następca Wojciecha - kardynał Beran - musiał wyjechać za granicę; i ten motyw prowadzi do refleksji nad czeską historią! Podobnie jak za za wieloma reformatorskimi koncepcjami w Czechach (wspomnijmy na przykład na program polityczny Masaryka), tak też za ideą Dziesięciolecia stała określona filozofia historii Czech; podkreśliliśmy, że tą „czerwoną nicią” w czeskiej historii jest właśnie troska o odrodzenie moralne, która stale powraca po okresach upadku... Wojciech związany był z jednym z wielkich wysiłków reformatorskich w ówczesnym Kościele, z reformą z Cluny, i od tej pory idee reformatorskie w Czechach znajdowały zawsze w określonych epokach dziejowych urodzajną glebę. Ponieważ los Wojciecha ucieleśnia ów tragiczny kontrapunkt - postawy prorockie nie były u nas łatwo przyjmowane - chodziło o to, aby uroczystości ku czci świętego Wojciecha w 1997 roku nie odbywały się w tryumfalnym, powierzchownym klimacie „dumy z wielkiego rodaka”. W millenium i w całym przygotowaniu do niego widzieliśmy raczej okazję do „metanoi” - nawrócenia, pokuty, uzdrowienia, do ponownego odkrycia tych wartości, które głosił Wojciech, do jakiegoś pogodzenia narodu z tym nie przyjętym świętym i wszystkim, co jego postać przypomina. Do tego przecież już przed prawie tysiącem lat Czesi zobowiązali się uroczyście nd grobem Wojciecha w Gnieźnie, zanim uczcili relikwie Świętego.

Był to projekt przemyślany naprawdę szczegółowo.

Tak, myślę, że była to rzeczywiście wielka idea. Nie lubię patetycznych słów, ale powiem ci zupełnie otwarcie, że program Dziesięciolecia zawsze uważałem za Boże działanie, a nigdy za „moje dzieło”. Dlatego mogę chyba powiedzieć, że projekt ten do dziś uważam za jeden z najbardziej obiecujących i najcenniejszych darów, które Pan zaproponował czeskiemu Kościołowi i społeczeństwu w naszym pokoleniu. Kiedy po kilku latach otworzyły się bramy wolnego życia, większość społeczeństwa była zaskoczona nową sytuacją; liczne grupy społeczne sklejały pośpiesznie niedojrzałe koncepcje i projekty, wielu „zmieniało skórę”. Jeszcze przez lata po przewrocie listopadowym politycy narzekali, że „brakuje wizji”.

Kościół katolicki miał jednak w ręku projekt, który był niepowtarzalną szansą zaproponowania społeczeństwu nie tylko „wizji”, ale także wypływający z szeroko pojętej wizji konkretny program, nośną koncepcję, odpowiadającą dokładnie na najbardziej palące problemy; gdyby ten program został w pełni zrealizowany, zostałyby położone solidne moralne podwaliny wolnego społeczeństwa. Gdyby Kościół sam pełniej zrozumiał sens tej inicjatywy i ukierunkował swoje starania w tę właśnie stronę, nikt nie uważałby go dzisiaj za coś w rodzaju towarzystwa turystycznego albo organizacji zabiegającej głównie o restytucję swego majątku. Wtedy Kościół miał rzeczywiście wielką szansę historyczną i wiele od niego oczekiwano. Poza tym, kto inny mógł wtedy lepiej przemówić do społeczeństwa niż Kościół katolicki, który głównie dzięki „nowemu kursowi” kardynała Tomáška stawał się bardziej popularny niż kiedykolwiek przedtem w całej współczesnej historii Czech? Kościół zaczął zyskiwać w szerokich warstwach społeczeństwa wielki autorytet moralny i wiarygodność. Wiedzieliśmy jednak, że daleko nie zajedziemy z dewizą „jest nas dużo i bardzo cierpieliśmy”, że Kościół będzie musiał społeczeństwo czymś pozyskać, zaproponować jakiś pomysł, zachęcić do nowej drogi. W hasłach programowych, które towarzyszyły tej inicjatywie, podkreślaliśmy jednak ciągle, że Kościół nie chce i nie może występować jako zbawca narodu, że próba wzięcia sprawy moralnej odnowy społeczeństwa tylko w swoje własne ręce byłaby ze strony Kościoła naiwnością i arogancją zarazem. Głosiliśmy wyraźnie, że Kościół może przyłączyć się do odnowy społeczeństwa tylko w ten sposób, że konsekwentnie i pokornie będzie się starać o własną odnowę, że będzie umiał się przyznać do swoich historycznych win i współczesnych słabości i podczas tych dziesięciu lat sam wejdzie na drogę odnowy, pokuty i uzdrowienia. Dzieło Dziesięciolecia nie miało być przejawem katolickiego mesjanizmu, lecz dążeniem Kościoła do współpracy nad odnową narodu ze wszystkimi, którzy czują odpowiedzialność za moralny stan społeczeństwa.

Co działo się w okresie między ukończeniem projektu a jego oficjalnym ogłoszeniem? Przeniesienie w atmosferze państwa policyjnego takiego pomysłu zza biurka przez tajnie wyświęconych księży na forum publiczne nie mogło być łatwe.

Było dla nas oczywiste, że wewnątrz Kościoła idea ta nie stanie się jednocząca i nie zostanie powszechnie przyjęta, jeśli nie wyjdzie z ust czeskiego prymasa i nie będzie mieć papieskiego błogosławieństwa. I jeszcze zanim odważymy się przedłożyć tę sprawę najwyższym autorytetom kościelnym, musi za nią stać dwóch tajnie wyświęconych księży, ale musi być pewien konsensus, którego nie osiągniemy, dopóki szereg ludzi na kluczowych stanowiskach w Kościele i poza nim nie będzie mogła powiedzieć, że projekt ten nie tylko znają, ale że mieli możliwość współuczestniczenia w nim, ustosunkowania się do niego, zanim nabrał ostatecznego kształtu, że nie zostali z tego powodu „odgórnie” zaskoczeni. Ale jak to wszystko zrealizować, żeby nie dowiedziała się o tym wszechobecna tajna policja i nie zlikwidowała w jakiś sposób jego pomysłodawców lub nie wywarła nacisku na kardynała, żeby z czymś takim w żadnym wypadku nie wiązał swego nazwiska?

Muszę powiedzieć, że przede wszystkim długo modliliśmy się. A potem zabraliśmy się do mrówczej i delikatnej pracy. Przypomniałem sobie, że zawsze wtedy, gdy w przeszłości testowałem moje osobiste predyspozycje pod kątem przydatności do zawodu, wychodziło mi, że największe sukcesy osiągnąłbym w dyplomacji i polityce; nigdy nie traktowałem tego poważnie i bardzo się z tego śmiałem. Teraz jednak poprosiłem Pana, żeby - jeśli rzeczywiście dał mi wrodzony talent do dyplomacji i spraw państwowych - te swoje dary pomnożył i całkowicie włączył je do pracy nad tym dziełem. Zawsze musiałem pracować na kilku stanowiskach naraz, ale w latach 1985-1992 Dziesięciolecie stało się priorytetem mojego życia, włączyłem się w nie wszelkimi włóknami swej duszy, myślałem o nim w dzień i w nocy. Ta sprawa przenikała i napędzała wszelkie moje działania, zżerała mnie jak pasja czy gorączka: byłem przekonany, że przez to posłannictwo Bóg nadał mojemu życiu kierunek i zadanie na długi czas. Byłem szczęśliwy jako człowiek, któremu udaje się prawie całkowicie zapomnieć o sobie dla czegoś, co jego samego przerasta.

Najpierw udało mi się pozyskać dla tego pomysłu Mádra, Zvěřinę i cały team, w którego skład wchodzili przełożeni zakonu i pojedynczy księża diecezjalni o wielkim autorytetecie moralnym. Potem trzeba było zjednać dwa najbardziej wpływowe ruchy religijne w czeskim Kościele tego okresu, fokolarynów i charyzmatyków. To oznaczało konieczność rozmowy przede wszystkim z moimi dwoma dawnymi przyjaciółmi (obaj na szczęście należeli do „Seniora”, ale trzeba było z nimi porozmawiać oddzielnie i pojedynczo) - Miloslavem Vlkiem i Alešem Opatrnym. Vlka odwiedziłem w jego mieszkaniu przy ulicy Rybnej i szczegółowo wyłożyłem mu sens oraz tło całego projektu; od razu doszliśmy do porozumienia. Posłał mnie jeszcze do Karlem Pilíka, w którego obecności, prosząc o całkowitą dyskrecję, powiedziałem o wszystkim większej grupie księży i świeckich z ruchu Focolare. Wieczór skończył się „modlitwą o jedność” w intencji tego dzieła i fokolaryni rzeczywiście od tej chwili uznali tę inicjatywę za swoją i skutecznie pomagali, zwłaszcza w formowaniu Komitetu Dziesięciolecia przy arcybiskupstwie. Także ruch odnowy charyzmatycznej pod wieloma względami, aczkolwiek inaczej niż fokolaryni, rozpoznał w Dziesięcioleciu bliski mu pierwiastek „ewangelizacji” - Aleš Opatrný udzielił mi krytycznych uwag, na podstawie których przeformułowałem temat ostatniego roku, aby zawierał on wyraźny chrystologiczny szczyt całej drogi; od tej chwili aż do samego końca Dziesięciolecia był skutecznym doradcą i współpracownikiem, wnosił do całego dzieła swoje cenne duszpasterskie doświadczenie, praktycyzm i trafne pomysły.

O obywatelskich konsekwencjach tej inicjatywy rozmawiałem z kilkoma przedstawicielami politycznego podziemia, zwłaszcza z małżeństwem Bendami, którzy stali się potem gorliwymi członkami „dolnego konzystorza” i liczne elementy Dziesięciolecia przenieśli również do założeń programowych Chrześcijańskiej Partii Politycznej, którą już wtedy przygotowywali. Aby przekonać się, jak może zareagować inteligencja spoza kręgów kościelnych, postanowiłem porozmawiać z Václavem Havlem, z którym zaprzyjaźniłem się na pocz1tku lat osiemdziesi1tych. Havel s3ysza3 mnie kilkakrotnie, jak wyk3ada3em na prywatnych seminariach i zaprosi3 mnie do udzia3u w opracowaniu reprezentatywnego wydania dzie3 czeskiej inteligencji, które ukaza3y sie potem w samizdacie i za granic1 z okazji jego pięćdziesiątych urodzin. I chociaż był już wówczas bardzo zaabsorbowany działalnością dysydencką, uważnie sobie przestudiował nie tylko projekt Dziesięciolecia, ale także moje studia o Husie, w których po raz pierwszy przedstawiłem filozoficzne aspekty tej inicjatywy, i pożytecznie je skomentował. Bardzo delikatną sprawą okazało się nadanie całej inicjatywie ekumenicznego charakteru. Pamiętam nocne spotkanie konspiracyjne ze stosunkowo liczną grupą ewangelickich teologów, proboszczów i działaczy świeckich, przeważnie z kręgu Nowej Orientacji i ewangelickiego podziemia, na jednym z probostw w okolicach Litomierzyc. W czasie wielogodzinnej dyskusji okazało się, że dla ewangelików nie do przyjęcia jest kult czeskich patronów, ponieważ kult świętych (a zwłaszcza świętych preferowanych przez kontrreformację) niezwykle ich drażnił, a niektórzy wyraźnie obawiali się, czy nie chodzi tu o jakąś wyrafinowaną wersję „rekatolizacji narodu czeskiego”. Musieliśmy najpierw niezwykle szczegółowo porozmawiać o naszym pojmowaniu ekumenizmu, o możliwości wyjścia poza konfesyjne stereotypy i wspólnego przemyślenia takiej filozofii historii Czech, która przełamałaby dotychczasową „schizofrenię tradycji” i przyznała sprawiedliwe miejsce wszystkim wielkim postaciom chrześcijaństwa, także tym, które z upływem stuleci obciążone zostały balastem późniejszych projekcji ideologicznych. Wynikiem tych dyskusji było Orędzie Wielkanocne kardynała Tomáška, które zaproponowało chrześcijanom Kościołów reformowanych dopracowanie idei Dziesięciolecia w duchu własnych tradycji: Kościół katolicki przedkłada tę ideę jako inspirację opartą na Dekalogu. I jeśli sam dla ilustracji poszczególnych tematów przedkłada swoim wiernym świadków wiary, których czci jako świętych, to nie chce nikomu narzucać tego akurat wymiaru Dziesięciolecia. Kościół będzie zadowolony, jeżeli ewangelicy przedstawią narodowi świadków swej własnej tradycji, których on także szanuje, jak np. Komenský i Hus, i podda pod rozwagę, czy możemy się zgodzić się na oddawanie czci wielkim postaciom wspólnej przeszłości jeszcze niepodzielonego Kościoła, jakimi są Wacław, Wojciech, Ludmiła, Prokop czy Agnieszka. Wie również i respektuje fakt, że forma kultu „świadków wiary” różni się w obydwu tradycjach pod względem teologicznym. Myślę, że otworzyła się tam nowa furtka do głębszego dialogu ekumenicznego - gdyby był bardziej stanowczo kontynuowany, nie doszłoby chyba później do bolesnego kryzysu w stosunkach ekumenicznych w przypadku kanonizacji Sarkandra. Uświadomiłem sobie, jak bardzo pozwoliliśmy się uśpić przez optymistyczne doświadczenie spontanicznego ekumenizmu z czasów presji ze strony wspólnego wroga i jak wiele jeszcze pozostaje do zrobienia, żeby z tego łatwego, kierowanego przez zewnętrzne okoliczności „ekumenizmu negatywnego” zrodził się „pozytywny”, uczciwie pod względem teologicznym przemyślany ekumenizm i nastał proces prawdziwego pojednania i uzdrowienia wzajemnych stosunków.

Wysłaliśmy sygnały również na Słowację do biskupa Korca i jego doradców; okazało się jednak, że dla katolików słowackich propozycja przyłączenia się do podobnego dzieła, wymyślonego w Pradze, jest nie do przyjęcia.

Także Petr Piťha nie ociągał się i rozmawiał na temat Dziesięciolecia z wieloma ciekawymi i wpływowymi ludźmi. Największe uznanie zdobył u biskupa Otčenáška, żyjącego wtedy na „wewnętrznej emigracji” na probostwie w Trmicach, który właśnie tam został pierwszym biskupem - jeszcze przed kardynałem Tomáškiem - i który naszemu projektowi powiedział zdecydowane „tak”, a potem przez całe lata go wspierał.

Powiedziałeś, że uzyskanie biskupiego czy papieskiego błogosławieństwa dla Dziesięciolecia było dla was rzeczą najważniejszą.

Tak, i to nie tylko z „praktycznych powodów”. Również dla naszego sumienia księży katolickich zawsze było ważne mieć pewność, że działamy w zgodzie z następcami apostołów. Byliśmy przekonani, że idea ta naprawdę pochodzi od Boga, a nie od naszej ludzkiej inteligencji i chcieliśmy to przeświadczenie mieć jakoś „zobiektywizowane”, wiedząc, że do tego zadania zostaliśmy także posłani i umocnieni przez Kościół i reprezentującą go hierarchię. Jak to zrobić w okresie „braku hierarchii”, kiedy większość stolic biskupich była opuszczona a kontakt z Rzymem był bardziej niż trudny?

Jeszcze zanim opiszę całą długą historię pertraktacji z kardynałem Tomáškiem, wspomnę o zdarzeniu, które znów - gdyby nie istnieli świadkowie czy wręcz dokumentacja fotograficzna - mogłoby wydawać się słodko brzmiącą legendą.

Kto nie przeżył ówczesnej sytuacji katolików czeskich, z trudem zrozumie niezmierny szacunek i miłość, jaką darzyliśmy osobę Jana Pawła II. To nie była tylko tania „papalatria”. Jan Paweł II swoją odpowiedzią na pytanie dziennikarzy, jaka będzie jego „polityka wschodnia” po latach ostrożnej, a nawet przesadnie ugodowej, watykańskiej „Ostpolitik”, że mianowicie „nie będzie naiwna”, wysłał za żelazną kurtynę potężny sygnał nadziei. A potem tę nadzieję potwierdzał na każdym kroku, i za jego to zasługą żelazna kurtyna zaczęła się rwać. Z moralnej atmosfery jego pierwszej wizyty w Polsce narodziła się „Solidarność”. Jego idea „wspólnego europejskiego domu”, którą później wypożyczył sobie dla swej retoryki politycznej Gorbaczow, jego wizja „Europy od Atlantyku aż po Ural, Europy oddychającej obydwoma płucami”, zaczęła, także dzięki jego moralnemu autorytetowi, przenikać do polityki światowej. „Milczący Kościół już nie milczy, mówi ustami swego papieża”, odpowiedział Jan Paweł II na transparent w tłumie i swym wpływem dodawał coraz więcej siły i odwagi ostrożnemu i stareńkiemu Tomáškowi. Polski papież nie był dla nas, jak dla żądnych sensacji pism, jakimś „Superstar”, był jednak kimś więcej, był gwiazdą nadziei. Ale jak się do niego dostać, skoro ani kardynałom, ani głowom państw nie jest tak łatwo i prosto przejść schodami Spiżową Bramę?

W 1986 roku pani Scarlett Vasiluk po raz pierwszy przedostała się jako turystka na Zachód; pojechała ze swoim mężem na wycieczkę architektów do Włoch; w programie było też krótkie zwiedzanie Rzymu. „Proszę cię, jak oficjalnie należy się zwracać do Ojca Świętego?” - spytała mnie żartem tuż przed odlotem. A później okazało się, że modlitwa otwiera również Spiżową Bramę. Wycieczkę turystyczną potraktowała Scarlett jako pielgrzymkę, w poszczególnych „świętych miejscach” prosiła o wstawiennictwo Maryję Pannę, Karola Boromeusza, świętą Katarzynę ze Sieny, świętego Prokopa, i za ich sprawą działy się rzeczy niezwykłe. Zamiast całodziennego zwiedzania Rzymu postanowiła, że cały czas spędzi na modlitwie w Bazylice Świętego Piotra. Rozpoczęła ją w tym samym miejscu przy wejściu, gdzie kiedyś wysłannicy poszczególnych krajów składali wyznanie wiary. Ale po jakimś czasie porządkowi usunęli ją z Kaplicy Najświętszego Sakramentu: szykowała się wielka uroczystość, miał przyjść sam papież i wyświęcić jakiegoś biskupa. Jednak po chwili wróciła do świątyni i przywitała po angielsku grupę księży - okazało się, że są to Polacy, ponieważ chodziło o polskiego biskupa - pytając, czy nie wzięliby jej ze sobą blisko papieża. Kiedy usłyszeli, że jest Czeszką, przepchnęli ją nawet do pierwszego rzędu pomiędzy rodzinę biskupa; po uroczystej ceremonii razem z innymi dostała się na małą prywatną audiencję u Ojca Świętego. Papież, zaskoczony obecnością kobiety wśród biskupów, księży i rodziny świeżo konsekrowanego biskupa, poświęcił jej więcej czasu niż wymaga tego zwykły moment formalnego przedstawienia się i ucałowania ręki. Scarlett wykorzystała tę chwilę, aby go błyskawicznie powiadomić o zamiarze dziesięcioletnich przygotowań do millenium wspólnego Świętego Czechów i Polaków oraz o idei odnowy narodu, adresowanej do wszystkich ludzi dobrej woli w naszej Ojczyźnie. Papież przekazał błogosławieństwo dla tej idei, pobłogosławił panią Scarlett i jej rodzinę i wetknął jej do ręki dwa różańce. Scarlett twierdzi, że kiedy później po powrocie przekazała mi jeden z nich, po raz pierwszy i ostatni w ciągu wielu lat naszej współpracy widziała mnie płaczącego.

Dwa lata później, kiedy zbliżała się pamiętna pielgrzymka z okazji uroczystości ku czci św. Agnieszki w katedrze Świętego Vita, będąca de facto jakąś pierwszą publiczną inauguracją Dziesięciolecia, dowiedziałem się we wtorek przed tą niedzielną uroczystością, że następnego dnia, w który przypadało święto Agnieszki, w środę 2 marca, kardynał Meisner leci do Rzymu. W środę bywają publiczne audiencje papieskie, więc wpadłem na pewien pomysł i zacząłem działać. Wziąłem u „Apolinarego” dzień urlopu, nocnym pociągiem pośpiesznym wyjechałem z Pragi i o wpół do szóstej rano byłem w Berlinie. Czterdzieści minut później koncelebrowałem z kardynałem berlińskim Mszę w prywatnej kaplicy, a potem, jak to bywało w zwyczaju, poszedłem z nim na robocze śniadanie; kardynał wolał zwykle inne miejsce niż jadalnię, o której sądził, że jest podsłuchiwana przez STASI. Tam przekazałem mu tekst ze wzmianką o Agnieszce, o roku Agnieszki i całym czeskim Dziesięcioleciu, napisany przeze mnie rano w metrze, żeby nie wpadł w ręce kontroli granicznej. Kardynał za godzinę odlatywał do Rzymu i jeszcze z zachodnioberlińskiego lotniska telefonował do Watykanu z prośbą, żeby Ojciec Święty dodał do swojego wystąpienia zdanie, które przekaże mu bezpośrednio podczas audiencji. Pojechałem z powrotem do Pragi, a wieczorem przed ósmą u przyjaciół nagrywaliśmy z czeskiej stacji Radia Watykańskiego zdanie papieża wzywające na niedzielną uroczystość. Graficzka umieściła je natychmiast na plakacie. Tak, w taki właśnie sposób również pracowaliśmy, a ręka Pańska czuwała nad nami. Był to rzeczywiście niezwykły serial pełen małych cudów.

Kluczową postacią wspierającą Dziesięciolecie był jednak kardynał Tomášek. Tamta rozmowa nie była twoim pierwszym spotkaniem z tym człowiekiem, który odegrał w twoim życiu tak ważną rolę.

Oczywiście, że nie. Pierwsze spotkanie z biskupem Tomáškiem pamiętam bardzo dokładnie, było to wiosną 1967. Byłem rok po nawróceniu i chętnie przyjąłem propozycję jednego z teologów, żeby z kilkoma przyjaciółmi odwiedzić księdza biskupa, ponieważ lubi on poznawać opinie młodych ludzi. Wtedy zbyt wiele nie wiedziałem na temat funkcji biskupa w Kościele; wypożyczyłem sobie w Bibliotece Uniwersyteckiej katechizm dla księży z okresu Pierwszej Republiki, gdzie oprócz różnych wskazówek, jak się ma zachować kanonik w łaźniach publicznych, dowiedziałem się, że biskupa pozdrawiamy pocałowaniem w ręke przyklękając, i pozdrawiamy go „Wasza Ekscelencjo” albo Wasza Biskupia Łaskawość”. Tak pouczony szedłem do pałacu arcybiskupiego. Okazało się, że prałat Pauly nie przewidział II Soboru Watykańskiego; ksiądz biskup uścisnął nam dłonie i chciał, żeby mówić do niego „ojcze biskupie”. Wprawiło mnie w kompletne zakłopotanie, że praski hierarcha zachowuje się, jak morawski prowincjusz. Mówił do nas z akcentem morawskim w krótkich, dobitnych formułkach katechizmowych jak do uczniów i cała konwersacja nie kleiła się. Po drodze jeden z kolegów opowiadał mi, że K kooció3 Owietego Salwatora bywa3 koocio3em akademickim, wiec zapyta3em, czy tej tradycji nie da3oby sie odnowia. Biskup zakaszla3, w31czy3 radio, z tranzystora na stole rozleg3y sie piosenki Waldemara Matuški. Wydawa3o mi sie, ?e zachowuje sie dooa dziwnie. Mój kolega, nastawiony ekumenicznie, świeży konwertyta, zaproponował biskupowi, żeby kościół ten został przemianowany na kościół trzech Janów: Jana Ewangelisty, Jana Husa i Jana Nepomucena. Nie wiedziałem wtedy za wiele o ekumenizmie i stopniu myślenia ekumenicznego biskupa Tomáška, ale doszedłem do wniosku, że jest to zbyt odważne, że teraz ksiądz biskup mógłby nas wyrzucić albo że mógłby dostać apopleksji. Nic takiego nie nastąpiło, ksiądz biskup elegancko się uśmiechał i wszystko sobie zapisywał. Zachęcił nas do modlitwy i regularnej spowiedzi, spytał, czy mamy ze sobą teczki, i niepostrzeżenie wsunął nam do nich różańce oraz dziennik duchowy Jana XXIII, wyłączył radio i poszliśmy do domu.

Dopiero znacznie później zrozumiałem funkcję radia na stole: biskup Tomášek żył cały czas w pomieszczeniu, w którym zainstalowany był podsłuch. Tranzystor pełnił bardziej psychologiczną niż zagłuszającą funkcję. Jednakże bardzo wzruszył mnie fakt, że kiedy z tym samym człowiekiem przy tym samym stole dwadzieścia lat później omawiałem naprawdę ważne sprawy, wpisujące się w historię czeskiego Kościoła i społeczeństwa, grał wtedy ten sam stareńki tranzystor, który towarzyszył naszej młodzieńczej szalonej rozmowie w 1967 roku. Kiedy przy tymże stole w styczniu 1990 roku odbierałem od kardynała Tomáška dekret z nominacją na duchownego administratora akademickiego kościoła Świętego Salwatora, ten tranzystor był tam jeszcze, ale już milczał. Byłem przekonany, że gdybyśmy go nastawili, znów popłynęłaby z niego piosenka Waldemara Matuški, ale nie miałem odwagi poprosić o to kardynała.

Czy po tym krótkim spotkaniu wasz kontakt utrzymywał się nadal?

Potem przez jakiś czas chodziłem na niedzielne przedpołudniowe nabożeństwa do katedry i jeden z kanoników poprosił mnie, abym odprowadził księdza biskupa ze świątyni do pałacu arcybiskupiego, żeby nie chodził sam przez Hrad. To się kilkakrotnie powtarzało, a biskup Tomášek zadawał mi przy okazji pytania i interesował się życiem studentów. Potem bywałem z nim w kontakcie podczas Praskiej Wiosny jako przedstawiciel stowarzyszenia studenckiego „Vigilia”. Po skończeniu studiów posłałem mu zawiadomienie o promocji, a on zaskoczył mnie osobistym listem, w którym napisał: „Poznałem Pana osobiście, więc proszę pozwolić, że wyrażę swoje życzenia dotyczące Pańskiej dalszej przyszłości. Poznał Pan wcześniej, że jeśli dziś jakaś działalność służy pomyślności świata, to jest praca duchowna. Wymaga ona jednak obecnie głębokiej podstawy filozoficznej. Tę już Pan nabył, teraz chodzi o to, żeby dokonać analizy swojego posłannictwa z Bożego punktu widzenia i przyłączyć się do kategorii specjalistów jako jeden z apostołów Chrystusa. Nie wiem, jakimi drogami potoczy się Pańska działalność, ale zawsze niech będzie to droga wiernego naśladowcy Chrystusa, który dobrze gospodarzy otrzymanymi talentami”.

W późniejszych latach widywaliśmy się już rzadko; jako tajnie wyświęcony ksiądz trzymałem się wskazówki, by zwracać na siebie jak najmniejszą uwagę. Kiedy jednak w połowie lat osiemdziesiątych gotowy był już projekt Dziesięciolecia, podjąłem się misji poinformowania kardynała o całym zamiarze i zyskania jego poparcia, które było absolutnie niezbędne dla pomyślności całej sprawy.

Jak zareagował na ideę Dziesięciolecia?

Szedłem do niego z wielkim zakłopotaniem: czy pozna mnie ten osiemdziesięciosześcioletni starzec po tylu latach, czy będzie mieć do mnie zaufanie? Pierwsze spotkanie trochę mnie zasmuciło. Przechodziłem przez przestronne opuszczone sale pałacu arcybiskupiego, który przypominał mi zamek Kafki albo sceny z filmów Bunuela. W pracowni znalazłem starca, który wyglądał na bardzo opuszczonego i będącego w depresji. Jedyną iskierką nadziei było to, że mnie od razu poznał i rozmawiał ze mną bez cienia nieufności. Na wszystko jednak stale odpowiadał, że jest całkiem sam. Kilka razy pytał się o sytuację „na zewnątrz”, czyli w czeskim społeczeństwie, ale i w Kościele. Zdawało mi się, że przebywa w pałacu w jakimś areszcie domowym; a może była to chwila zmęczenia, kiedy naprawdę tak wyglądał. Był tu także ten sam stół i tranzystor, kardynał słuchał mojej wypowiedzi, kiwał się i wszystko notował. „Dziesięć lat” - westchnął, „tego już nie dożyję”. Przyjął ode mnie projekt listu pasterskiego na ogłoszenie Dziesięciolecia, ale ciągle powtarzał, że jest zupełnie sam. „Nie zostawimy księdza samego” - przyrzekłem mu - „możemy podtrzymywać ręce księdza kardynała, jak podtrzymywano je staremu Mojżeszowi w czasie bitwy. A przecież wiemy, co napisano: Kiedy ręce Mojżesza opadały, zwyciężali Amalekici, kiedy były wzniesione, zwyciężał Izrael. A teraz nadchodzi bitwa o podstawowe wartości. To Dziesięciolecie, Eminencjo, to będą ręce księdza kardynała wzniesione nad narodem, znak zjednoczenia z Bogiem, znak nadziei”. Wyłączył radio i szurając nogami odprowadził mnie na dół w stronę drzwi, gdzie mnie pobłogosławił. List pasterski jednak się nie ukazał.

Opowiadałem o tym Mádrowi i Zvěřinie. Zapewnili mnie, że już od pewnego czasu usiłują przełamać izolację kardynała, że pomaga mu w tym również jego wspaniały sekretarz, ojciec Vyhlídka; kardynał jednak w chwilach zmęczenia widzi sprawy w taki właśnie sposób.

Zdecydowałem się postawić na wytrwałość i ciągle chodziłem do niego. Pisałem wciąż nowe propozycje listów i próbowałem dostosować się do jego stylu. Ponieważ wszystkie listy pasterskie były cenzurowane, trzeba było postępować ostrożnie. Nic z tego nie wychodziło.

Kiedyś w lecie znów przyszedłem do pałacu arcybiskupiego. Odźwierny powiedział mi, że ksiądz kardynał nie może nikogo przyjąć, ponieważ przyjechał z wizytą kardynał Gantin i są razem w katedrze. Potem nagle otowrzyły się drzwi i kardynał Tomášek wszedł do środka. Zacząłem znowu o Dziesięcioleciu i podałem mu kolejną propozycję listu pasterskiego. Zachowuję się już jak natrętny agent ubezpieczeniowy, mówiłem sobie w duchu: To jest ostatnia próba. Ksiądz kardynał jak zawsze przeczytał uważnie tekst i pochwalił: „Tak powinny powstawać listy pasterskie w terenie, nie przy zielonym stole! Ale czemu od razu aż całych dziesięć lat? Czy nie wystarczy tylko ten pierwszy, rok Agnieszki? Zobaczymy później...” Przypomniałem mu jego własne słowa z pewnego starego kazania o powołaniu kapłańskim: młodzi potrzebują celów ambitnych, mały i połowiczny cel ich nie pociąga. „To prawda, to pamiętam dobrze” - odpowiedział. „A poza tym” - dodałem - czytelnik ma prawo od początku wiedzieć, czy czyta krótkie opowiadanie, czy pierwszy rozdział obszernej powieści”. „To także prawda” - zgodził się, pobłogosławił mi i dał jak kiedyś różaniec.

W dzień święta Wniebowzięcia Maryi Panny ukazał się list, w który była wpleciona pierwsza wzmianka o Dziesięcioleciu, a w okólniku arcybiskupstwa 8 września opublikowany został cały program. To niezwykłe, że decydujące posunięcia w sprawie Dziesięciolecia miały miejsce zawsze w święta maryjne.

Później w listopadzie przyniosłem kardynałowi tekst, który przez całe Dziesięciolecie uroczyście wygłaszał. Przerobił go potem dokładnie, ale pierwsze zdanie, na którym najbardziej mi zależało, pozostało w tekście: „Wyprostujcie się i podnieście głowy”! Dziesięciolecie przestało być marzeniem i stało się rzeczywistością. Było to w pierwszą niedzielę adwentu 1987 roku.

Jak wyglądała realizacja Dziesięciolecia od strony organizacyjnej?

Powstał komitet, o którym zawsze mówiło się „dolny konsystorz”, należeli do niego Petr Piťha, Václav Malý, Václav Benda, małżeństwo Freiowie, Michal Holeček, Tomáš Květák, Dominik Duka, Odilo Štampach, Václav Váško, Tomáš Klepek i wielu innych, głównie świeckich. Niekiedy dojeżdżał biskup Otčenášek. Potem powstał „górny konsystorz”, który był półlegalnym komitetem, mianowanym przez kardynała Tomáška około 1988 roku; przewodniczącym mianował on nowego biskupa pomocniczego Antonína Liškę a zastępcą przewodniczącego - mnie. W skład komitetu wchodzili przedstawiciele wszystkich diecezji. O typowanie poprosiłem Miloslava Vlka. Odwiedził mnie u „Apolinarego” i dostarczył mi nazwiska księży, z których powstała większość tej grupy. Ja występowałem tam jeszcze jako osoba świecka, ale jedynym prawdziwym laikiem był inż. Tomáš Klepek, który był sekretarzem komitetu. Grupa nie była chyba najgorsza, jeśli weźmiemy pod uwagę, że z sześciu biskupów, mianowanych tuż po 1989 roku, aż pięciu wyszło z tego kręgu, a także ten szósty, Josef Hrdlička, współpracował z nami. Współpraca, która miała charakter kolektywny, przeciągnęła się na następne lata, i była wielkim „wianem” wniesionym w nieśmiałe początki konferencji biskupów.

Czy nawet kardynał Tomášek nie wiedział wtedy, że jesteś księdzem?

Ta sprawa bardzo mnie dręczyła, ponieważ w latach 1985-1989 byłem częstym gościem u kardynała, czy to w związku z Dziesięcioleciem, czy w sprawach „Seniora”; przynosiłem mu przeważnie propozycje listów pasterskich, listów otwartych do władzy, ważnych kazań itp. Niektóre teksty opracowywałem, sam, inne we współpracy z Mádrem lub była to kolektywna praca całej grupy. Muszę jednak dodać, że przekonanie policji, iż kardynał jest stetryczałą marionetką w rękach eksponentów tajnego Kościoła, było całkowicie nieprawdziwe. Oczywiste jest, że człowiek w wieku kardynała i pełniący taką funkcję nie przygotowuje sam wszystkich tekstów, a jednak kardynał Tomášek wszystko uważnie czytał, wyważał, radził się innych, a także ingerował w tekst. Był świadomy wagi kroków, które podejmuje składając swój podpis, dzięki niemu teksty te nabierały dopiero charakteru. Niósł świadomie cały ciężar odpowiedzialności. Podziwiałem jego odwagę i pokorę, przez którą okazywał zaufanie nie tylko dawnym współpracownikom z okresu Praskiej Wiosny, wybitnym teologom Zvěřinie i Mádrowi, ale i mnie niepozornemu, o pięćdziesiąt lat młodszemu, którego ponadto uważał za osobę świecką. Prosiłem kardynała Meisnera, wobec którego byłem zobowiązany wtedy do posłuszeństwa i którego zwierzchnictwu wówczas podlegałem (nasza wspólnota miała w pewnym sensie „odrębną” pozycję, podlegała nie miejscowemu biskupowi, ale ordynariuszowi, który nas łączył z Rzymem, a był to wtedy biskup berliński), abym mógł powiedzieć kardynałowi Tomáškowi, że jestem księdzem, ale otrzymałem wskazówkę, żebym także i przed nim utrzymał swoje święcenia w tajemnicy tak długo, jak to będzie możliwe (w Berlinie nie wierzyli zanadto w zakłócanie policyjnego podsłuchu za pomocą radia tranzystorowego). Jesienią 1988 roku doszedłem do wniosku, że dłużej nie można już tego ukrywać. Kiedy kardynał przy jednym z tekstów, który mu dostarczyłem, znów zaczął chwalić, jakich ma kompetentnych śwwieckich, napisałem na małej karteczce zdanie: „Eminencjo, jestem już od dziesięciu lat księdzem tajnie wyświęconym za granicą”, podałem mu do przeczytania i zaraz zniszczyłem. Kardynał błysnął uśmiechem: „Tak właśnie myślałem!”, wstał, podszedł do mnie i objął mnie. Później już nigdy o tym nie rozmawialiśmy aż do listopada 1989.

Twoja praca nad tą inicjatywą nie skończyła się oczywiście na ogłoszeniu Dziesięciolecia.

Oczywiście, ten cel był tylko początkiem. W krótkim czasie przedłożyłem kardynałowi do rozpatrzenia i zatwierdzenia kilka następnych propozycji związanych z Dziesięcioleciem. Wiosną 1988 powstało Ekumeniczne Przesłanie do przedstawicieli Kościoła i wszystkich ludzi dobrej woli w naszym kraju, które miało wyjaśnić ekumeniczny charakter tej inicjatywy i wesprzeć przyjęcie Dziesięciolecia poza Kościołem katolickim. Kardynał przyjął ten tekst (także dzięki wstawiennictwu ks. Pilíka) bez żadnych zastrzeżeń, aczkolwiek chodziło o ważny krok w procesie ekumenicznym, który wskutek niechęci komunistów został u nas oficjalnie mocno zahamowany. Było tam powiedziane między innym: „Patrząc na naszą przeszłość wszyscy mamy powody, by prosić o przebaczenie i Boże miłosierdzie; Kościół katolicki nie ukrywa swoich win, które przyczyniły się do powstania bolesnych kart naszej historii (jak mówił o tym na przykład kardynał Beran w związku ze spaleniem mistrza Jana Husa i stosowaniem przemocy podczas rekatolizacji Czech w okresie po Białej Górze). Pragniemy, aby dzieło Dziesięciolecia dojrzało do tego, byśmy swarów przeszłości nie przenosili przez próg nowego tysiąclecia”. (Proszę sobie uświadomić, że było to jeszcze długo przed dokumentem Tertio millenio adveniente Jana Pawła II).

Z biskupem Lišką przekazaliśmy później to orędzie kierownictwu Ekumenicznej Rady Kościołów w naszym kraju, Czeskobrackiemu Kościołowi Ewangelickiemu. Wtedy osobiście poznałem seniora synodalnego Hromadkę, który potem odegrał wcale nie błahą rolę polityczną w wydarzeniach listopada 1989. Mimo to Odezwa Ekumeniczna na Dziesięciolecie była i pozostała dość fragmentaryczna; po części wynikało to z faktu, że wielu przedlistopadowych funkcjonariuszy Kościołów niekatolickich albo było bezpośrednio związanych z ówczesnym reżimem, albo byli tak ostrożni, że nie chcieli przez zbytnie wiązanie się z kardynałem Tomáškiem i Kościołem katolickim narażać się na niełaskę urzędów wobec swoich Kościołów.

Pod koniec 1988 roku przyszedłem z propozycją, by biskupi diecezji, których łączy kult świętego Wojciecha (łącznie z biskupem Rzymu), wezwali wiernych do corocznego „mostu modlitw o zjednoczenie Europy oraz moralną i duchową odnowę narodów europejskich, o porozumienie i respektowanie wszystkich praw ludzkich”. Tekst ten mówi o świętym Wojciechu jako o „żywym symbolu jedności narodów środkowoeuropejskich” i proponuje założenie międzynarodowego „kręgu świętego Wojciecha”. Myślałem nawet o tym, czy by kardynał nie poprosił papieża o ogłoszenie świętego Wojciecha „patronem Środkowej Europy”, i naradzałem się w tej sprawie z wydawcami samizdatowego podziemnego czasopisma „Střední Evropa”. Moim przyjaciołom wydawało się to jednak zbyt radykalne, więc odstąpiłem od tego. Europejski most modlitw został jednak zrealizowany.

Pod koniec 1988 roku podczas podróży służbowej do Krakowa (którą wykorzystałem do długich i owocnych rozmów o Dziesięcioleciu z kardynałem Macharskim, z kręgiem wokół czasopism „Znak” i „Tygodnik Powszechny” oraz z krakowskimi dominikanami) nadeszła wiadomość o katastrofalnym trzęsieniu ziemi w Armenii. Po kilku dniach przedłożyłem kardynałowi Tomáškowi kolejny pomysł: wezwać wiernych do zakładania „komitetów pomocy chrześcijańskiej” we wszystkich parafiach, najpierw w celu pomocy poszkodowanym w radzieckiej Armenii (tego przecież władza komunistyczna nie może zabronić!); jednak z dalszą perspektywą: troszczyć się o opuszczonych i cierpiących także w naszym kraju. Kierunek był jasny: tym owocem roku Agnieszki, przebiegającego pod hasłem „służby życiu”, skierowanego na ludzi cierpiących, przełamać monopol państwa w dziedzinie pracy społecznej i założyć instytucjonalne podstawy sieci kościelnej działalności charytatywnej. Kardynał w pełni się z tym zgodził i w rezultacie pomysł ten przyjął się w wielu miejscach: właśnie na tych fundamentach mogła po przewrocie zacząć działać Katolicka Organizacja Charytatywna.

Potem Pan podsunął mi kolejny błogosławiony pomysł. Rozmyślałem często o tym, jakie miejsce dla Dziesięciolecia i dla całego procesu odnowy w Kościele jest najdelikatniejsze, czego musimy się najbardziej obawiać. I pomyślałem, że tym najbardziej kruchym ogniwem jest właśnie życie kardynała Tomáška: gdyby ten dziewięćdziesięcioletni starzec „zaangażował w tę sprawę wszystkie swoje siły”, cały dalszy rozwój Dziesięciolecia znalazłby się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Kardynał dzięki swemu stanowisku, wiekowi, rosnącej popularności w kraju i światowej sławie był jedyną tarczą obronną; wierzyliśmy, że komuniści już nie ośmielą się tknąć ani jego samego, ani najbliższych jego współpracowników. Kto jednak mógłby przemawiać do narodu w imieniu Kościoła i z takim autorytetem, gdyby jego usta definitywnie zamilkły? Oprócz komitetów pomocy chrześcijańskiej, które się już pomyślnie rozwijały, zacząłem myśleć nie tylko o możliwych przekształceniach instytucjonalnych w poszczególnych latach, ale o instytucji, która byłaby owocem a równocześnie jakąś bazą całego Dziesięciolecia, o czymś, co mogłoby w wypadku skrajnej konieczności „zastąpić” kardynała, ponieważ ze strony komunistów w kwestii następcy kardynała Tomáška można było oczekiwać wielkiej nieustępliwości.

I wtedy pojawiło się w moim sercu - podobnie jak przy narodzinach idei Dziesięciolecia - kiedy modliłem się szczerze do Ducha Świętego o pomoc - kluczowe pojęcie i zapalne słowo: synod! Trzeba przygotować się do synodu Kościoła czeskiego. Miałby on do spełnienia kilka zdań. Najpierw powinien zrealizować to, czego nie mogło dokończyć po sierpniowej okupacji zlikwidowane Dzieło Odnowy Soborowej: powinien praktycznie wprowadzić Vaticanum II do Kościoła czeskiego, twórczo i krytycznie, ze świadomością wszystkich pozytywnych i negatywnych skutków, jakie posoborowy rozwój przyniósł Kościołowi w świecie. Synod miałby być punktem zwrotnym dla czeskiego katolicyzmu - podobnie jak Drugi Sobór Watykański był zwrotem w dziejach całego Kościoła.

Po drugie synod powinien stać się rzeczywistym dopełnieniem tego, o co staraliśmy się w „Seniorze”: miejscem dyskusji, oceny sytuacji Kościoła, decydowania o priorytetach, miejscem koordynacji sił, przyjęcia „wizji” i koncepcji dla przyszłości Kościoła w naszym kraju. Tej pracy nie mogła wykonywać konferencja biskupów, gdyż takiej nie było, i nie mogła jej też prowadzić ciągle ukryta i nikomu nieznana grupa kilku ludzi, stale narażona na likwidację ze strony policji; i nie można było tego oczekiwać także od dziewięćdziesięcioletniego hierarchy, który w każdej chwili mógł zamknąć oczy. Chodziło o to, aby synod zapoczątkował proces „powszechnej konsultacji” w Kościele, zwiększył poczucie odpowiedzialności za Kościół i odpowiedzialności Kościoła za społeczeństwo, aby pozwolił ujawnić się nowym ludziom, aby w pewien sposób zinstytucjonalizował ruch odnowy w Kościele, wyrażony przez dzieło Dziesięciolecia.

A ponieważ byłem wtedy mocno pochłonięty myślą o europejskim znaczeniu wydarzeń w naszym Kościele, zastanawiałem się nad tym, czy nie powinno się przygotować jakiegoś szerszego synodu, albo czy pomiędzy poszczególnymi konferencjami biskupimi CCEF (Radą Konferencji Biskupów Europy) nie powinien powstać jakiś pośredni szczebel dla Europy Środkowowschodniej. Mógłby on na razie zastąpić brakującą rodzimą konferencję biskupów i w przypadku śmierci kardynała Tomáška nasz Kościół nie byłby całkowicie skazany na państwo komunistyczne i odcięty od Kościoła powszechnego i papieża.

Kiedy podzieliłem się tymi uwagami w „Seniorze”, wydało się to współbraciom chyba dość nierealistyczne. Dominik Duka przyniósł mi od prawnika z kręgów dominikańskich kościelnoprawną analizę wszystkiego, co dotyczy funkcjonowania synodu (posiedzenia plenarnego Kościoła lokalnego) oraz sytuacji synodu w razie śmierci biskupa diecezjalnego. Było dla mnie jasne, że ta sprawa jest niezwykle skomplikowana i wymagałaby wielu „wyjątków” ze strony Rzymu. Tym niemniej nigdy nie przestała zaprzątać mojej głowy i rozmawiałem o niej z zachodnimi hierarchami, którzy przyjeżdżali do Pragi. Wiele lat później, jako sekretarz Konferencji Biskupów, projekt synodu przedłożyłem oficjalnie do zatwierdzenia naszym biskupom.

Wspomniałeś o wizytach zagranicznych biskupów i kardynałów. Jak udało się nawiązać z nimi kontakt w warunkach państwa policyjnego i których z nich najlepiej wspominasz?

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych stało się zwyczajem, że wielu biskupów zagranicznych przyjeżdżało do Pragi, żeby przez swoją wizytę wspierać moralnie praskiego kardynała; podobnie i zachodni dostojnicy państwowi podczas ostatnich wizyt wprowadzali do swojego programu audiencję w praskim pałacu arcybiskupim. Reżimowi oczywiście zależało na dobrej opinii za granicą, więc zgrzytając zębami musiał ten fakt tolerować; i w związku z tym rosła polityczna i dyplomatyczna ranga osoby i urzędu kardynała. W tych latach ksiądz kardynał - oczywiście wielkie zasługi w tej dziedzinie położył jego sekretarz monsignore Vyhlídka - dość często zapraszał mnie do składania wizyt, a ja oprowadzałem gości po Pradze, oficjalnie, jako dobrowolny przewodnik po zabytkach kościelnych i historycznych. Znałem starą Pragę, języki i potrafiłem zachować się zgodnie z protokołem dyplomatycznym, więc czemu nie. W rzeczywistości była to wspaniała okazja, by wymknąć się z podsłuchiwanych pomieszczeń i informować biskupów o naszej prawdziwej sytuacji w Kościele; korzystałem z tego także w drugą stronę i wiele wypytywałem się o sytuację na Zachodzie i o ich doświadczenia. Wiedzieli od kardynała (a później i od swych współbraci w Rzymie), że mogą mi absolutnie wierzyć, i byli wobec mnie tak samo otwarci jak ja wobec nich.

Oczywiście, że całkowicie nie umknęło to uwadze policji; w dostępnych dziś archiwach znajdują się meldunki StB, gdzie określają mnie jako szczególnie niebezpiecznego człowieka, który przygotowuje teksty kardynała i pod jego ochroną spotyka się z najwyższymi hierarchami zachodnimi, „jego aktywności nie udaje się nam stłumić” - kończy się notatka. To był przełom lat 1988 i 1989, w powietrzu czuło się nadejście wielkich zmian, StB już raczej tylko rejestrowała niż likwidowała ruchy dysydenckie (chociaż były wyjątki!), być może niektórzy już zerkali w stronę Zachodu, podczas gdy inni byli za twardym kursem. Ja wtedy tak bardzo zaangażowałem się w sprawę Dziesięciolecia, że nie myślałem w ogóle o sobie i o własnym bezpieczeństwie, jednak pewną częścią mózgu dostrzegałem fakt, że zaczynam grać va banque z reżimem.

Na przełomie marca i kwietnia 1989 przyjechał do Pragi arcybiskup Paryża kardynał Lustiger. Wiedziałem, że chodzi o jedną z najciekawszych postaci ówczesnego katolicyzmu europejskiego, człowieka osobiście bliskiego papieżowi. Spotkaliśmy się potajemnie w nocy na Małej Stranie i przez kilka godzin chodziliśmy najpierw w górę i w dół po schodach zamkowych a potem krętymi uliczkami; w pewnej odległości za nami chodził sekretarz kardynała i kontrolował, czy nie jesteśmy śledzeni i podsłuchiwani przez policję. Rozmawialiśmy na temat ogólnej sytuacji, o Kościele podziemnym, o Dziesięcioleciu, o wpływie gorbaczowowskiej pieriestrojki na kościelną politykę praskiego reżimu. Kiedy zauważyłem, że zainteresowanie kardynała i zdolność zrozumienia naszej sytuacji są nieprzeciętne i nieporównywalnie większe niż u większości pozostałych zachodnich hierarchów, i że między nami przeskoczyła nawet iskra osobistej sympatii, odważyłem się powierzyć mu wszystkie moje przemyślenia o synodzie i środkowoeuropejskiej wzajemności, włącznie z projektem integracji europejskiej struktury kościelnej w środkowo-wschodniej części Europy. Byłem zaskoczony jego bardzo żywą reakcją: „Musi ksiądz spotkać się osobiście z Ojcem Świętym i to wszystko mu wyłożyć”. Odpowiedziałem na to z uśmiechem: „Dla Eminencji z pewnością nie jest to takie trudne, ale ja jestem nieznanym praskim psychologiem i tajnie wyświęconym księdzem i przez pełne dwadzieścia lat reżim nie pozwolił mi nawet na jedną prywatną podróż na Zachód”. Powiedział mi, że musimy się o to modlić i musimy także coś wymyślić. Odpowiedziałem, że może istniałaby pewna iskierka nadziei. Reżim stopniowo pozwala na podróże zagraniczne, i ja w poprzednich miesiącach mogłem dwukrotnie wyjechać za granicę, byłem tylko w podróży służbowej, a teraz postaram się o podróż prywatną - w lecie odbędzie się pielgrzymka do hiszpańskiej Compostelli. „Widzi ksiądz, tam będzie papież i ja też tam będę, więc proszę się do mnie zgłosić, a ja umożliwię księdzu dostęp do papieża; te sprawy są naprawdę ważne, a to spotkanie jest w planie Bożym, tego jestem pewien”.

To niezwykłe spotkanie miało jeszcze ciekawszą kontynuację. Ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu dostałem „klauzulę wyjazdową” do Hiszpanii. Podróżowaliśmy po tradycyjnych trasach z Paryża do Compostelli, zatrzymuj1c sie w takich miejscach, jak Para le Monyal, Le Puy, w wielu wspania3ych starych klasztorach znajduj1cych sie na odwiecznej pielgrzymkowej trasie europejskiej, odwiedziliomy Lourdes, Loyole, miasto rodzinne owietego Ignacego, ma3y kooció3ek romański w górach Hiszpanii, gdzie według legendy przechowywany jest święty Graal i wielkie hiszpańskie katedry. W czasie podróży spotykałem się z wieloma ciekawymi ludźmi, na przykład ze znanym księdzem paryskim Guy Gilbertem, opiekującym się narkomanami. Jako prawdziwy Francuz nie znał nawet jednego słowa poza francuskim, więc w Pampelunie podczas walki byków próbowaliśmy bardzo komicznej łacińskiej konwersacji, która jednak skończyła się wzajemnym błogosławieństwem i uściskiem; w tej dziedzinie rozumieliśmy się.

Ostatni etap był jeszcze bardziej forsowny niż cała wyczerpująca podróż, a warunki rzeczywiście bardzo polowe. Ostatnią noc spragnieni, głodni, źli i wyczerpani spaliśmy na gołej ziemi koło stadionu, gdzie rano papież miał odprawić uroczystą Mszę; wszystko było pokryte pyłem. Właśnie tam miałem niezwykłe przeżycie. Kiedy rano obudziłem się, stwierdziłem, że po pierwsze leżę pod gołym niebem, zakurzony, z nogami w kałuży, co samo w sobie dla ułożonego, nie uprawiającego sportu czterdziestolatka, jest niezwykłym przebudzeniem, a po drugie, że nade mną stoi arcybiskup Paryża. Jedno i drugie jest już czymś dostatecznie niezwykłym; jednak kiedy się te dwie rzeczy połączyły ze sobą, było to już przeżycie tego rodzaju, że znów musiałem zamknąć oczy i pomyśleć, że mi się to tylko zdaje. Ale mi się nie zdawało. Kardynał Lustiger wyszedł rano na spacer i w czasie mojego wylegiwania się na polu, gdzie było około miliona ludzi, którzy przywędrowali tu na Światowy Dzień Młodzieży, rzeczywiście spotkaliśmy się. Od razu mnie poznał, chociaż bylem pokryty kurzem i w dżinsach, i powiedział: „Więc widzi ksiądz, że się udało. Po Mszy papieskiej proszę przyjść do mnie, a ja pomogę księdzu dostać się do papieża”. Cud jednak tutaj pozornie się kończy, ponieważ po papieskiej Mszy nie udało mi się przedrzeć przez kordon policji i milionowy tłum; papież w tym czasie odleciał swoim helikopterem.

Po południu spotkałem się także z Dom Helderem Camarą i ponownie z kardynałem Lustigerem. Usprawiedliwiłem się, że nie udało mi się, a on spokojnie powiedział, że spróbujemy znaleźć jakieś rozwiązanie. Zdawało mi się, że byłoby to możliwe podczas listopadowej kanonizacji Agnieszki w Rzymie, jeśli reżim puści mnie do Rzymu. Kardynał Lustiger powiedział mi, żebym podczas powrotnej podróży zostawił w Paryżu u jezuity Petra Kolářa parę danych o sobie i o całej sprawie, że załatwi spotkanie w Rzymie. Jeśli dostanę się do Rzymu, to powinienem, powołując się na niego, napisać prośbę o osobistą rozmowę z Ojcem Świętym za pośrednictwem sekretarza papieskiego. Podczas podróży powrotnej - 21 sierpnia 1989 - słyszeliśmy o demonstracjach w Pradze. Coś wisiało w powietrzu i bardzo, bardzo żarliwie modliliśmy się.

Tak oto jesteśmy już w słynnym roku 1989, który rozpoczął się „tygodniem Jana Palacha”, uwięzieniem Václava Havla i wzrostem napięcia politycznego. Nikt oczywiście jeszcze nie wiedział, jak się ten rok skończy. Jak w tym okresie przebiegał program Dziesięciolecia i jak wyglądała sytuacja w Kościele?

Komuniści zareagowali na początek Dziesięciolecia najmądrzej jak mogli, czyli milczeniem. Tylko na jednym szkoleniu kadr partyjnych, jak się dowiedzieliśmy, pewien przestraszony instruktor mówił o tym, że stary kardynał, zdominowany przez przedstawicieli podziemnego Kościoła, ogłosił „podwójną pięciolatkę”, a w policyjnym czasopismie „Bezpečnost” ukazał się w podobnym duchu artykuł mówiący, że Dziesięciolecie to plan rekatolizacji ziem czeskich opracowany przez zachodnie wywiady wojskowe; postanowiliśmy nie reagować na takie bzdury.

Nowy kurs kardynała w stosunku do władzy stał się oczywisty po jego listach otwartych, z których dwa - apel do wszystkich wiernych katolików i list do premiera rządu - zostały podpisane w uroczystość świętego Wojciecha 1988 a trzeci był protestem przeciwko policyjnym represjom podczas „Tygodnia Palacha” w styczniu 1989. Kardynał wzywał wierzących, aby aktywnie stanęli w obronie swych praw, a władzę, aby zmieniła swoją postawę i przystąpiła wreszcie do dialogu z obywatelami i opozycją; kardynał proponował samego siebie, ewentualnie swoich współpracowników jako pośredników w tym dialogu. W pierwszym dniu Dziesięciolecia w listopadzie 1987 roku morawski działacz Augustin Navrátil zapoczątkował bowiem akcję podpisów pod petycją „35 punktów”. Podczas kilku miesiecy ten manifest w obronie wolnooci religijnej popar3o ponad pó3 miliona ludzi, a sama inicjatywa sta3a sie prawdopodobnie najwieksz1 akcj1 podpisów w bloku komunistycznym i przygotowa3a grunt pod manifest z kregu Havla pod nazw1 „Kilka zdan”. Prasa partyjna szalała, teksty kardynała, przygotowane w kręgu „Seniora”, były szeroko rozpowszechniane w samizdacie i mediach zachodnich, zaś kardynał stał się jednym z najbardziej znaczących w świecie symboli duchowego i moralnego oporu przeciwko komunistycznemu totalitaryzmowi; zastanawiano się nawet, czy nie powinien dostać pokojowej Nagrody Nobla. (Dzisiaj oczywiście wiemy także, że tajna policja chciała wspierając kandydaturę Tomáška w ramach „akcji Klín” podzielić opozycję i osłabić szansę na ewentualną nominację Václava Havla).

Wiosną 1988 roku jakąś publiczną uwerturą Dziesięciolecia stała się pielgrzymka do praskiej katedry świętego Wita z okazji święta Agnieszki; pierwszy rok był rokiem błogosławionej Agnieszki Czeskiej i miał przygotować społeczeństwo na kanonizację tej księżnej z rodu Przemyślidów. Napisałem tekst nowenny na to święto, a później nowennę zrealizował odważnie i z godnością ojciec Vágner w kościele Najświętszego Salwatora. Po dziewiątej wieczorem na wspólnych medytacjach zakończonych śpiewami z Taizé, spotykały się tłumy ludzi, głównie młodych, na jeden z wieczorów przyszedł także Václav Havel. Oczywiście rozpoznawaliśmy tam figurki tajniaków i zaczynało być jasne, że pielgrzymka nie przejdzie tak łatwo. Kiedy na dwa dni przed pielgrzymką przekazałem kardynałowi propozycję tekstu homilii, o który mnie poprosił oraz tekst przemówienia papieża ze środowej audiencji w Rzymie (o której już mówiłem), czekał na mnie w przedpokoju wikariusz generalny Lebeda, nieco później mianowany z łaski reżimu praskim biskupem pomocniczym. Lebeda solidnie wystraszony wrócił właśnie z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gdzie go wezwali, i nalegał na mnie, żebym odradził kardynałowi pielgrzymkę. „To będzie demonstracja polityczna! Agnieszka by się z tym nie zgodziła, Agnieszka wolałaby ciszę!” - krzyczał na mnie. Lebeda był dziwnym człowiekiem. Kiedy chodziłem do katedry świętego Wita, widywałem celebrujących kanoników, z ich twarzy, sposobu odprawiania Mszy i głoszenia kazań wynikało, że są to nadęte balony; Lebeda różnił się od nich inteligentną i szlachetną twarzą, z której było widać, że jest to człowiek, który się modli i medytuje. Od początku jednak wyczuwałem w nim równocześnie coś pochmurnego i niezdrowego. Ten nieszczęsny człowiek był dziwnie zakochany w cmentarnym spokoju; swój wolny czas poświęcał przede wszystkim na spacery po cmentarzach, a w swoich wierszach i tasiemcowych kazaniach często mówił o swych rozmowach ze zmarłymi; na jednym z cmentarzy koło Pragi widziałem już przed laty grób, który przygotował dla siebie, z ozdobną inskrypcją, i tam chadzał, by użalać się nad sobą. Było oczywiste, że tego rodzaju smutne postacie hierarchów sprawiały reżimowi wielką radość.

Kardynał pokazał mi list z pogróżkami podpisany przez satanistów: „Przekazuję ci to przesłanie z najciemniejszych ciemności od Pana zła i grozy...z woli którego żyjemy, niszczymy i zabijamy..weź zastępy owieczek na tę uroczystość do świętego Wita...wierzymy, że nie ulękniesz się zanadto, kiedy to trzaśnie...”itd. Powiedziałem mu swoje zdanie, że mamy do czynienia z prowokacją StB, która szuka pretekstu do zakazu nabożeństwa i że sprawa przypadkowo wyszła na jaw. Zaśmiał się, ale nie ustąpił.

Komunistyczny reżim policyjny przygotował jednak prawdziwe manewry swoich diabelskich sztuczek: zwołali do Pragi siły policyjne z całej republiki, zmobilizowali Ludową Milicję i zakładowe organizacje partii komunistycznej, zatrzymali pociągi i autobusy jadące z pielgrzymami do Pragi, kazali aresztować dziesiątki czołowych dysydentów w celu „prewencyjnego zatrzymania”, nie wpuścili na Hrad tramwajów i zamknęli pobliskie stacje metra, rozstawili kordony straży i wezwali lekarzy praskich szpitali na nadzwyczajne dyżury w razie konieczności przewozu dużej liczby rannych. Było oczywiste, że reżim wpadł w panikę, ale z kolei byłem przekonany, że ci którzy się boją, potrzebują, żeby inni się ich bali i w swych paranoidalnych reakcjach mogą być naprawdę niebezpieczni. Dwukrotnie zrobiło mi się niedobrze, kiedy wchodziłem do katedry i zobaczyłem tam mnóstwo „cichych panów”, którzy - jak później słyszeliśmy - zafasowali różańce i po jednej koronie do kasetki, a nawet poddali się szkoleniu liturgicznemu („Nie mówimy Cześć pracy, ale Pokój z Tobą!”). Nabożeństwo przebiegło jednak tak godnie, że chyba także ci czeladnicy szatana musieli pod sklepieniem katedry w czasie hymnu ku czci świętego Wacława poczuć coś, czego nie proponowało im szkolenie partyjne.

Jednak trzy tygodnie później w Wielki Piątek odbyło się w Bratysławie kilkutysięczne zgromadzenie modlitewne wiernych w intencji wolności religijnej, które policja brutalnie rozpędziła za pomocą pałek, psów i armatek wodnych; wtedy polała się krew.

Czy w tym okresie zdecydowałeś się wystąpić również publicznie?

Tak. Rok później, w maju 1989, odbywała się pielgrzymka związana z patronem kolejnego roku Dziesięciolecia, świętym Klemensem Hoffbauerem, tym razem w brneńskiej katedrze. Było dla nas oczywiste, że to wielkie zgromadzenie nie może pozostać jedynie przejawem rosnącej samoświadomości i rosnącej liczby zaangażowanych wiernych, ale że Kościół musi zaproponować przede wszystkim siłę Ducha, siłę inspirujących pomysłów. Postanowiłem po dokładnym przemyśleniu, modlitwach i naradach z przyjaciółmi, że nawet za cenę ryzyka wyjdę wreszcie z anonimowości. W ramach „duchowego programu” przed głównym nabożeństwem wystąpiłem w katedrze wypełnionej pielgrzymami z całej republiki i wygłosiłem chyba godzinną mowę, w której jak nigdy dotąd wyłożyłem cały sens oraz cel Dziesięciolecia i zbliżającej się kanonizacji Agnieszki Czeskiej.

Przedstawiłem Hoffbauera jako człowieka „walki o wolny Kościół przeciwko biurokratycznym szykanom ze strony absolutystycznego państwa”, który troszczył się, „by Kościół nie stracił żywego związku ze światem ducha, z czołowymi myślicielami i artystami, ale także ze światem biednych i pokrzywdzonych”; całą mowę oparłem na jego słowach „głosić Ewangelię w nowy sposób”. Powiedziałem: „Wielu koncentruje się teraz na obronie praw ludzi wierzących. Trzeba w tej sprawie stwierdzić jedno: poszukiwanie godnego miejsca dla Kościoła w społeczeństwie, tak, aby mógł on w sposób nieskrępowany pełnić swą służbę i dawać nieustanne świadectwo - to rzecz oczywista. Któż miałby się o to upominać, jeśli nie sami wierni i ich duszpasterze? Ale nie może to być nasze jedyne dążenie: jest to tylko środek, nie nie zaś ostateczny cel. Zbliżamy się do nowego progu na naszej drodze. Do nowego etapu, w którym nie będziemy już kłaść głównego akcentu na nasze prawa, ale na naszą odpowiedzialność. Na naszą współodpowiedzialność za życie narodu i społeczeństwa... A co jest pod tym względem bardziej wymowne, jeśli nie zdolność do ponoszenia odpowiedzialności - nie tylko za siebie, ale i za innych, za cały świat?... Nie chcemy się troszczyć się tylko o siebie, o swoje przeżycie i swój dostatek, nie chcemy ograniczać się tylko do «własnego podwórka». Stanowczo i w nowy sposób podejmujemy fundamentalne przesłanie Kościoła: głosić Ewangelię wszelkiemu stworzeniu, uzdrawiać każdą chorobę w narodzie, być solą ziemi. Ewangelia musi być głoszona i świadczona w zupełnie nowy sposób. Nie znaczy to jednak, że sprawy odnowy moralnej narodu chcemy brać wyłącznie w swoje ręce, według własnego scenariusza. Pragniemy pomagać w tworzeniu dobra wspólnego w duchu dialogu, szerokiej ekumenicznej otwartości i obywatelskiej współpracy z wszystkimi ludźmi dobrej woli”. Przedstawiłem szczegółowo cały program Dziesięciolecia i treść poszczególnych lat oraz symboliczne znaczenie świętego Wojciecha. „We wszystkich przemianach czasu i stając wobec wielu możliwości bądźmy niezmiernie czujni, aby nam serce - jak głosi Pismo Święte - nie obrosło tłuszczem i nie stwardniało. Kościół nie może stać się zamkniętym gettem, nie wolno nam stracić żywej łączności ze zwykłym życiem ludzi wokół nas, z ich problemami i trudnościami, łączności, która właśnie w ostatnich latach tak bardzo się pogłębiła. Strzeżmy się samozadowolenia, nie wracajmy do starych form, zwłaszcza unikajmy wszelkiego triumfalizmu, przepychu, powierzchowności, całej tej pompy, która w przeszłości odstręczyła tylu ludzi! Pod tym względem nasz naród jest niesłychanie wrażliwy. Do jego serca nie można zmierzać ani w podkutych butach, ani w złocie - lecz tylko „bosymi nogami”. Temu narodowi nigdy nie imponowała siła ani przepych; kto chciał go sobie zjednać, a przy tym sięgał po przywileje dla siebie, zawsze u niego przegrywał. Strzeżmy, także w przyszłości ducha pokory i ubóstwa Kościoła jak królewskiego klejnotu i wielkiej szansy!”

Powiedziałem, że współczesne przebudzenie Kościoła i nawrócenie młodych ludzi są owocem cierpienia i podziękowałem prześladowanym: „Jest regułą potwierdzoną przez dwadzieścia wieków chrześcijaństwa, że każde cierpienie i prześladowanie oczyszcza Kościół i umacnia go. Wielu z tych ludzi żyje jeszcze dzisiaj wśród nas. Chciałbym im w moim imieniu, w imieniu mojego pokolenia, i tych wszystkich młodych, którzy dopiero po nas przyjdą, wyrazić z tego miejsca gorące podziękowanie i głęboką wdzięczność. Chrześcijanie pierwszych wieków całowali ręce tym, którzy dźwigali pęta dla Chrystusa. Jeśli czcimy świętych minionych stuleci, to nie zapominajmy też o wielkich wyznawcach, którzy jeszcze dzisiaj żyją wśród nas!”

Zwróciłem się także do księży: „Jesteśmy wdzięczni naszym księżom za ich posługę w niełatwych warunkach. Nie możemy jednak wszystkiego usprawiedliwiać zewnętrznymi trudnościami. Kto nakłoni naszych księży, by zeszli z rusztowania, na które często uciekają przed swoimi podstawowymi zadaniami i udali się do sanktuariów oraz wspólnot parafialnych? Kto ich przekona, że ponoszą znacznie większą odpowiedzialność za żywy Kościół, którym wszyscy jesteśmy, niż za stan kościelnych budynków? Kto z wyobcowanych, samotnych kapłanów uczyni braterską kolegialną wspólnotę? Kto ich nauczy słuchać i rozmawiać z tymi, do których zostali posłani? Kto zatroszczy się o solidniejsze wykształcenie naszych księży? Kto przełamie konserwatywną mentalność w Kościele i rozbudzi w nim apostolskiego ducha założycieli i twórców?” Przedstawiłem wizję, że mimo wszelkich trudności szybko otrzymamy biskupów oraz wyraziłem nadzieję, że będą to ludzie, „którzy sercem zrozumieją, co Duch mówi Kościołowi, którzy pokochają Kościół, a jednocześnie będą rozumieli znaki czasu i świata, w którym żyjemy, zachowają szerokie spojrzenie i głębokie zakotwiczenie w Panu i poprowadzą nas drogą odnowy”.

Mówiłem z głębi serca i zgodnie ze swym najlepszym rozeznaniem i sumieniem, podobnie jak kiedyś podczas swej mowy promocyjnej, i zabroniłem sobie samemu myśleć o skutkach, jakie mogłaby mieć dla mnie ta wypowiedź; byłem przekonany, że właśnie teraz muszę to głośno wyrazić. Wypowiedź ukazała się niebawem w czasopismach samizdatowych, została zapisana na taśmach magnetofonowych i rozprowadzana była po całym kraju. Wielu ludzi powiedziało mi, że dopiero teraz uświadomili sobie jasno, że życie z Kościołem nie oznacza tylko uczestnictwa w obrzędach i troski o uczciwe życie osobiste, ale że Kościół i każdy z jego członków ponosi rzeczywistą odpowiedzialność za ogólny stan społeczeństwa. Kości zostały rzucone.

Czy nastąpiły jakieś represje ze strony reżimu?

Nic bezpośrednio się nie stało, ale czułem, że jestem intensywnie śledzony przez policję. Później dowiedziałem się, że wówczas wydział policji zajmujący się Kościołem uznał Aleša Opatrnego i mnie za dwóch „najbardziej niebezpiecznych ludzi”, ponieważ byliśmy nie tylko organizatorami, ale tworzyliśmy koncepcję i strategię na przyszłość. Raz jednak zaznałem prześladowania: kiedy odbywała się druga szczytowa pielgrzymka tego roku, czerwcowa pielgrzymka w Prachaticach do Jana Nepomucena Neumanna, pięć minut przed moim planowanym i już zapowiedzianym przemówieniem pojawił się miejscowy proboszcz, oznajmiając, że otrzymał rozkaz od policji, aby ?adn1 miar1 nie dopuoci3 do publicznych wyst1pien.

Jednakże prachaticką pielgrzymkę wspominam bardzo mile. Po doświadczeniach z dramatyczną pielgrzymką do św. Agnieszki przedłożyłem kardynałowi propozycję, żeby na każdą z wielkich pielgrzymek Dziesięciolecia zapraszał w charakterze oficjalnego gościa jakiegoś wysokiego przedstawiciela Kościoła z Zachodu. Ponieważ reżimowi zależało na tym, aby zachować pewne pozory wobec zagranicy, byla to jakaś asekuracja. Do Brna przyjechał kardynał Groer z Wiednia, a na prachaticką pielgrzymkę do miejsca narodzin Jana Neumanna, biskupa Filadelfii, przybył jego obecny następca na filadelfijskiej stolicy, arcybiskup Bevilaqua.

Arcybiskup przyjechał nieco wcześniej; spotkaliśmy się w pewnej małej kawiarni w Pradze, a trzy dni później chodziliśmy razem po mieście i bardzo zaprzyjaźniliśmy się. Był to niezwykły człowiek, mocno zainteresowany życiem Kościoła u nas, zwłaszcza życiem Kościoła podziemnego. Odpowiadał mi także z wielką szczerością na wiele pytań dotyczących sytuacji Kościoła na Zachodzie. Kilkakrotnie spotkał się prywatnie z młodymi ludźmi i bardzo oczarował ich swoją bezpośredniością, otwartością i humorem. Mnie także zaszokowało, kiedy na ulicy jakieś pobożne dziewczyny podeszły, żeby ucałować pierścień biskupa, on zareagował: „Nie tu, ale w policzek mnie pocałujcie. W Ameryce mamy taką kampanię: Today kiss yuour wife, Today kiss your dog - a ja dziś mówię: Today kiss your bishop!” W Prachaticach w pełnym stroju biskupim wszedł do miejscowej gospody na piwo i bardzo szybko nawiązał znajomość z wystraszonymi piwoszami. Wysłuchał z amerykańską wspaniałomyślnością wielu moich pomysłów i planów i dał mi mnóstwo pożytecznych rad ze swojego przebogatego doświadczenia życiowego, z którego do dzisiaj korzystam; z Pragi odleciał prosto do papieża i był gotów zawieźć ze sobą mój list dotyczący Dziesięciolecia. Po latach spotkałem się z kardynałem Bevilaquą w Ameryce, gdzie spędziliśmy wspólnie cudowny wieczór w ogrodach jego rezydencji; przyjął mnie bardzo serdecznie i widziałem, że dla niego tamto spotkanie z Pragą było inspirujące: zapamiętałem go zadziwiająco dokładnie.

W ten sposób przybliżyliśmy się do wydarzeń związanych z Agnieszką i listopadem 1989.

Kiedy została wyznaczona ostateczna data kanonizacji i zapadła decyzja, że odbędzie się ona w Rzymie - czescy katolicy pragnęli bowiem, aby papież przyjechał na kanonizację Agnieszki do Pragi - nie wiedzieliśmy, jak reżim ustosunkuje się do tego wydarzenia. Ktoś chytrze ostrzegał władze komunistyczne - chyba jeden z nowo wyświęconych biskupów, Antonín Liška - że jeśli nie pozwolą na masowy udział wiernych z Czechosłowacji, całe wydarzenie zostanie wykorzystane przez emigrację i będzie to dla reżimu ogromny wstyd na skalę międzynarodową. Władze rzeczywiście ustąpiły i postanowiły umożliwić tysiącom wiernych, łącznie z tymi, którzy przez lata nie mogli jeździć na Zachód, wyjazd do Rzymu; mimo to kilku najwybitniejszych dysydentów, którym wcześniej odebrano paszporty - na przykład Josef Zvěřina - nawet wtedy nie otrzymało „klauzuli wyjazdowej”.

Czekałem w napięciu i ku swemu zaskoczeniu dostałem pozwolenie. Kardynał Tomášek poprosił mnie, żebym wyjechał do Rzymu nieco wcześniej i przygotował w czeskiej rozgłośni Radia Watykańskiego cykl rozważań, które byłyby każdego wieczoru przez dziewięć dni przed kanonizacją emitowane do kraju, i których podczas pielgrzymki mogłyby słuchać setki pątników.

Cały pobyt w Rzymie wydawał mi się snem. Znalazłem się tam po prawie dwudziestu latach i spotkałem wielu ludzi, których dotąd znałem tylko z książek i czasopism emigracyjnych, jak biskup Škarvada, rektor „Nepomucenum”, monsignore Vrána czy redaktorzy Radia Watykańskiego Koláček i Čupr. Mieszkałem w domu generalnym jezuitów i właśnie owo centrum zakonu w bezpośredniej bliskości Watykanu, przesycone historią i oddychające światowością Towarzystwa, było dla mnie fascynującym środowiskiem. Wiele czasu spędzałem na tarasie w najwyższym punkcie tego ogromnego budynku, gdzie modliłem się i przygotowywałem medytację dla radia, a podczas wschodów i zachodów słońca oglądałem niepowtarzalną panoramę Wiecznego Miasta. W ciągu dnia oprócz pracy w radiu chodziłem jako pielgrzym po rzymskich kościołach i wstawiennictwu świętych powierzałem swoje wielkie życzenie: by spotkać się z papieżem.

Zgodnie z radą kardynała Lustigera posłałem - za pośrednictwem biskupa Škarvady - list do sekretarza Ojca Świętego, monsignora Dziwisza, z prośbą o audiencję oraz tematami, które chciałbym przedłożyć papieżowi, i w napięciu czekałem, czy w ogóle przyjdzie jakaś odpowiedź. W sobotę byłem w Bazylice Watykańskiej, w kaplicy, gdzie papież odmawiał z wiernymi różaniec; tę modlitwę Radio Watykańskie przekazuje na cały świat. W chwili, gdy papież przechodził w pobliżu ze swoimi współpracownikami, zwróciłem się do jego sekretarza. Ten zapytał mnie o nazwisko i z jego reakcji wynikało jasno, że czytał już mój list. Mrugnął do mnie porozumiewawczo, a potem zaprowadził mnie do jednego z przyległych pomieszczeń, gdzie po raz pierwszy spotkałem się z papieżem. Zdążyłem powiedzieć mu tylko kilka słów na temat duchowej odnowy Dziesięciolecia i o tym, że się cieszymy, że kiedyś do nas przyjedzie. Miałem wrażenie, że na tym wszystko się skończyło, i byłem trochę rozczarowany. Rozmawiałem na temat tego spotkania z biskupem Škarvadą a on na to odpowiedział: „No, poczekaj, to chyba nie jest jeszcze wszystko”.

Dwa dni później przyszedł list od papieskiego sekretarza, że Ojciec Święty zaprasza biskupa Škarvadę i mnie na 7 listopada na prywatną kolację. Popołudnie tego dnia spędziłem w kościele świętego Bartołomieja na Wyspie Tyberyjskiej, gdzie znajdują się relikwie świętego Wojciecha. W czasie południowej przerwie za zamkniętymi drzwiami odprawiałem Mszę w intencji Dziesięciolecia oraz nieszpory w intencji spotkania z papieżem. Kiedy później z biskupem Škarvadą przejeżdżaliśmy przez bramy Watykanu i mijaliśmy w przyćmionych dziedzińcach, jedną po drugiej straż papieską w strojach Michała Anioła, zaczęły mi trochę drżeć kolana. Biskup Škarvada mrugnął do mnie i powiedział: „Tyś chyba nie myślał, że my chłopcy z Pragi pójdziemy kiedyś razem na kolację z papieżem!” Gdy tylko usłyszałem to „chłopcy z Pragi”, opadło ze mnie całe napięcie; wtedy na śmierć i życie pokochałem biskupa Škarvadę.

Jak wygląda kolacja u papieża?

Już sama droga była trochę jak w tych filmach i powieściach, które znałem. Mijaliśmy straże w starodawnych mundurach i stąpaliśmy po szerokich schodach, gdzie kamerdyner poprosił nas, żebyśmy chwilę poczekali. Potem zjawi3 sie ksi1dz sekretarz Dziwisz, któr wprowadzi3 nas do papieskiego mieszkania. Nastepnie wszed3 Ojciec Owiety i zaprowadzi3 nas - jak przy wszystkich innych spotkaniach - najpierw do kaplicy i tam uklekn13 z nami przed tabernakulum na cich1 i d3ug1 modlitwę. Była to właściwie najmocniejsza chwila, widziałem, że papież pogrąża się w modlitwie, jak kamień, kiedy wpadnie do głębokiej studni, a nas jakby wciągał ze sobą w tę głębię. Powiedziałem jsobie: A więc z tego miejsca kieruje się całym Kościołem - i myślałem o różnych sytuacjach w historii świata i Kościoła, które tutaj papież i jego poprzednicy powierzali Panu szukając znaków dla swych decyzji.

Później papież zaprosił nas do jadalni, gdzie jedliśmy we czwórkę jak w kręgu rodzinnym chyba z półtorej godziny. Opowiadałem mu o Kościele podziemnym i ogólnej sytuacji Kościoła u nas. Widać było, że papież jest bardzo dobrze poinformowany, i wypytywał o poszczególnych ludzi, na przykład o ojca Zvěřinę i biskupa Otčenáška.

W jakim języku rozmawia się z papieżem?

Już na początku papież zapytał, „Jak będziemy mówić?”, a ja zaproponowałem mu łamaną polszczyzną, że najlepiej po niemiecku, albo po angielsku. Papież na to: „Ksiądz bardzo świetnie mówi po polsku!” Zaprzeczyłem, że to nie jest „po polsku”, ale że „to jest takie pansłowiańskie esperanto”. Papież poklepał mnie po ramieniu i powiedział: „Więc będziemy rozmawiać w pansłowiańskim esperanto”. Rozmawialiśmy więc tym szczególnym, uniwersalnie słowiańskim dialekcie i dobrze rozumieliśmy się.

Było czymś niezwykłym obserwować, jak papież i jego sekretarz są doskonale zgrani, że tworzą prawie jedną istote; papie? przewa?nie tylko s3ucha3 z uwag1, a tym, który czesto zadawa3 pytania i reagowa3, by3 sekretarz papie?a. Kiedy mówi3em o potrzebie integracji pracy Koocio3a w krajach Europy Orodkowowschodniej, rozmowa oczywiocie zesz3a na polityke - by3o to wieczorem, dzień przed upadkiem muru berlińskiego i telewizja właśnie podawała wiadomość o nasilających się demonstracjach we wschodnich Niemczech. „To jest koniec komunizmu, i to nie tylko we wschodnich Niemczech - przygotujcie się, wy też będziecie wkrótce wolni!” Pomyślałem, że na te sprawy nie rozciąga się papieska nieomylność, i pozwoliłem sobie wyrazić swój sceptycyzm, że może raczej nastanie jakieś kilka lat gorbaczowskiej pieriestrojki. Papież wspomniał, że niedawno właśnie w tym miejscu rozmawiał z Gorbaczowem. Znowu jednak powtórzył, że komunizm szybko się „zawali” i nasz Kościół powinien się przygotować na ten czas.

Potem pytał się także o moje plany osobiste. Zwierzyłem mu się ze sprawy, o której myślałem podczas ostatnich miesięcy, że mam zamiar wstąpić do wymierającego prawie zakonu krzyżowników z czerwoną gwiazdą - jedynego zakonu czeskiego pochodzenia i jedynego zakonu męskiego, który założyła Agnieszka, córka Przemysława - i że postarałbym się przy okazji kanonizacji wnieść do niego nowego ducha: ten pierwotnie szpitalny zakon mógłby skupić się na problemach dotyczących etyki lekarskiej i ewangelizacji środowiska lekarskiego, mógłby pielęgnować szczególny kult świętych czeskich - czyli być jakimś duchowym motorem Dziesięciolecia. A ponieważ był w przeszłości związany personalnie z biskupami praskimi, mógłby zaproponować dzisiaj arcybiskupowi praskiemu służbę szczególnej wierności, podobnie jak jezuici składają ślub szczególnego posłuszeństwa i oddania papieżowi. Papież wysłuchał tego, ale pokręcił głową: „Twoim zakonem, księże, będzie Kościół!”

Potem znów udaliśmy się do prywatnej kaplicy papieża na krótką modlitwę - pozwoliłem sobie poprosić Ojca Świętego o wstawiennictwo, abym mógł kiedyś odprawić publicznie Mszę św. - i nadszedł czas rozstania. Dziesięć dni później doszło w Pradze do słynnych wydarzeń 17 listopada i drzwi do wolności otworzyły się szeroko. Wielu mówiło wtedy o „rewolucji Świętej Agnieszki”.

Jak przeżywałeś dni kanonizacji w Rzymie?

W niedzielę 12 listopada odbyła się właściwa kanonizacja, a dzień później miała miejsce audiencja jedenastu tysięcy czeskich i słowackich pielgrzymów u papieża. Uzgodniono, że mam wygłosić słowo pozdrowienia do pielgrzymów tuż przed wejściem papieża do auli. Pamiętam, jak poprzedniego wieczoru chodziłem po Rzymie i zastanawiałem się, czy mam nareszcie zerwać z konspiracją i przemówić otwarcie jako ksiądz. Rano spytałem o to biskupa Škarvadę, a on zaprowadził mnie do Sekretariatu Stanu; arcybiskup Colasuonno i monsignore Bukowski, którzy w ostatnich latach pertraktowali w imieniu Watykanu z rządem czechosłowackim i znali naszą sytuację, byli zdania, że na razie trzeba jeszcze zachować incognito. Wygłosiłem przemówienie do pielgrzymów, w którym przypomniałem, że istnieje czeska legenda z okresu baroku, mówiąca, że kiedy Agnieszka zostanie kanonizowana, w Czechach nastąpią wreszcie dobre czasy; że już pragniemy nadejścia tych lepszych czasów jak powiewu wiosny, dotykającego naszych serc. Pielgrzymi odpowiedzieli na to burzą oklasków. Zdążyłem jeszcze zobaczyć przepełnione nienawiścią spojrzenia siedzących w pierwszym rzędzie przedstawicieli czechosłowackiego Urzędu do Spraw Wyznań. (Tydzień później w praskiej katedrze opowiadała mi pewna kobieta, jak na drugi dzień po powrocie wspomniała o tym proroctwie swojemu szefowi, który ją ordynarnie wyśmiał; po trzech dniach jednak w obliczu wydarzeń 17 listopada przeprosił ją i dodał, aby powiedziała Agnieszce, że jest „kochana”.)

17 listopada 1989 jest tak samo symboliczną datą jak przedtem 21 sierpnia 1968. Ludzie wspominają, co robili tego dnia. Jak to wyglądało w Rzymie?

Wiadomość o wydarzeniach w Pradze usłyszałem następnego dnia. 18 listopada byłem z profesorem Karlem Skalickim w Ostii i od niego dowiedziałem się, że w Pradze została stłumiona jakaś demonstracja studentów. Dalsze informacje nadchodziły stopniowo. Zaraz rano 20 listopada celebrowałem Mszę św. z monsignorem Laštovicą przy ołtarzu świętego Wacława w pustej jeszcze watykańskiej Bazylice Świętego Piotra. Było już oczywiste, że w kraju coś się dzieje. Powierzyłem wtedy podczas tej Mszy na czeskim ołtarzu w sercu Kościoła losy naszego narodu. Wieczorem wracałem do domu samolotem z kardynałem Tomáškiem. Ponieważ był to czeski samolot, mogliśmy przeczytać „Rudé Právo”, gdzie były informacje o tym, że podczas demonstracji zginął, być może, jakiś student i że pojawiają się wezwania do strajku generalnego. Pamiętam, jak kardynał Tomášek przeszedł swym charakterystycznym krokiem przez uliczkę i pokazał mi gazetę: „Co powiesz na ten temat?” Na lotnisku czekał na kardynała ambasador Włoch, a pierwsze jego słowa brzmiały: „Eminencjo, tu jest rewolucja”.

Środowisko studenckie, z którego wyszedł impuls rewolucyjny, było ci zawsze bliskie. W jaki sposób współpracowałeś ze studentami podczas tych listopadowych dni?

Już na lotnisku czekała na mnie grupa przyjaciół, którzy szybko zabrali mnie do siebie i opowiadali mi o przebiegu demonstracji i o tym, że czują się z dnia na dzień coraz silniejsi. Kiedy dotarłem do domu, przyjechali do mnie północy dwaj studenci i napisaliśmy oświadczenie katolików na temat aktualnej sytuacji. Od następnego dnia zacząłem otrzymywaa zaproszenia od strajkuj1cych studentów na wyk3ady. Podczas strajku okupacyjnego studenci zorganizowali cykl pod nazw1 „Czego nas w szkole nie uczono”, zapraszaj1c ró?nych wyk3adowców, którzy nie mogli uczya na uniwersytecie i którzy odkrywali przed nimi zakazane dotychczas tematy. Miałem kilka wykładów o Dziesięcioleciu. Zaskoczyło mnie, że prawie na wszystkich wydziałach podczas strajku wytworzyła się pewna przestrzeń dla modlitwy i medytacji; pomieszczenie, w którym wielu studentów modliło się przez dwadzieścia cztery godziny, a wszyscy - w społeczeństwie formowanym prawie czterdzieści lat przez państwową ideologię ateizmu - traktowali to jako rzecz oczywistą. Chodzili tam nie tylko studenci z rodzin wierzących, ale i ci, którzy nawrócili się w ostatnich latach - i było oczywiste, że są tu w absolutnej większości wierni wszystkich Kościołów - ale i wielu takich, którzy właśnie w tych dramatycznych dniach odkryli Boga; niektórych z tych „konwertytów 17 listopada” ochrzciłem następnych latach, dla innych był to tylko epizod na ich drodze życia. Uświadomiłem sobie, że w momentach, kiedy chodzi o wszystko, kiedy zwłaszcza młode serca doznają tak mocnych przeżyć i doświadczeń - radość z nowej perspektywy życia, nadzieje, ale także obawy, czy „aksamitna rewolucja” nie zostanie stłumiona przez terror chwiejącego się reżimu - ludzie spontanicznie rozumieją, że nie można tego wyrazić inaczej niż przez modlitwę. Odwagę do modlitwy znajduje także ten, któremu takie postępowanie wydawało się dotychczas zupełnie obce i szaleńcze.

Były to niezwykłe chwile, gdy działy się rzeczy, które jeszcze przed kilku laty były nie do pomyślenia. Na Placu Wacława na przykład w czasie demonstracji spotkałem Pavla Pecháčka, z którym widziałem się przed kilkoma dniami na kanonizacji w Rzymie: to był szok, reporter Wolnej Europy nagle jest w Pradze! Nawet dla komunistów było to jednak za wiele, więc po kilku dniach wyrzucili go z kraju. Praga miała wtedy dwóch bohaterów: Václava Havla i Václava Malego. Poza Pragą i poza kręgami dysydenckimi nie byli zbyt znani, jedynie z nienawistnych artykułów prasy komunistycznej na temat Karty, Komitetu Obrony Niesprawiedliwie Ściganych i manifestu Kilka Zdań. Havel stanął na czele Forum Obywatelskiego, a Václav Malý wziął na siebie niezmiernie trudne zadanie moderatora masowych demonstracji. Widziałem też inny wymiar jego osobistego charyzmatu, ale i charyzmatu kapłaństwa: swą moralną pewnością, spokojem i humorem potrafił opanować nastroje tłumu. Gdyby na jego miejscu był jakiś demagog, mógłby w tej napiętej atmosferze przemienić owe setki tysięcy w niszczący żywioł; ojciec Malý potrafił stymulować tym co najlepsze, co leży w głębi czeskiego charakteru i wynurza się niestety bardzo rzadko, w chwilach totalnego zagrożenia: zdolnością do prawdziwej solidarności, wzajemną życzliwą uwagą, twórczą reakcją, a przede wszystkim cudownym humorem. Rewolucja przebiegała pod znakiem dowcipu, śmiechu i pieśni, ludzie nie wieszali nikogo na latarniach, ale „oddzwaniali” reżimowi kluczami i dzwoneczkami. Politolodzy i psychologowie społeczni powinni studiować tę niepowtarzalną sytuację, gdzie tłumy prowadziły dialog z Václavem Malym i odpowiadały dosłownie „jak jeden mąż”. Wielu z nas, którzy staliśmy w tłumie na Placu Wacława, nie mogło jednak wyprzeć z serca jednej, ale tylo jednej, bolesnej refleksji: że nie dożyli tego nasi rodzice, krewni, przyjaciele, wszyscy ci, którzy w ponurych latach pięćdziesiątych co roku mieli nadzieję, że „do Bożego Narodzenia to pęknie”! W tych zimnych dniach listopadowych rozgrzewała nas myśl, że zbliżające się Boże Narodzenie będzie być może tym pierwszym, naprawdę wolnym w naszym życiu.

Do niejasnych momentów wydarzeń listopadowych należy wizyta sekretarza KSČ Štěpána u kardynała Tomáška. W jakich okolicznościach do niej doszło i o co naprawdę chodziło?

Oto Mádr ułożył dla kardynała tekst radykalnej deklaracji w sprawie wydarzeń i przedstawił mu ją do zatwierdzenia i podpisu zaraz po przylocie z Rzymu. Następnie wyszła w „Rudym Prawie” wiadomość, że tekst został sfałszowany przez wrogów socjalizmu i kardynał się od niego dystansuje. Kardynała Tomáška odwiedził także sekretarz partii Miroslav Štěpán, który oznajmił potem, że kardynał nie widział listu; zdjęcia z tego spotkania pokazała telewizja. U wielu osób wywołało to rozczarowanie i opinia publiczna była zdezorientowana. Pośpieszyłem więc, żeby poinformować księdza kardynała o powadze sytuacji - telewizyjne zdjęcia ze Štěpánem mogą oznaczać ogromną utratę prestiżu. Zdecydowaliśmy, że ksiądz kardynał wypowie się w całej tej sprawie po sobotniej Mszy dziękczynnej za kanonizację świętej Agnieszki w katedrze. Odpowiedział mi rozkazującym hasłem: „Proszę przygotować tekst. Niech to będzie ostre”.

To było po raz pierwszy w historii telewizji czechosłowackiej, gdy odbywała się bezpośrednia transmisja czeskiego nabożeństwa. Katedra była wypełniona do granic możliwości, przed ekranami zasiadły miliony widzów. Przed transmisją Mszy telewizja nadawała fragmenty z nocnego posiedzenia ÚV KSČ, na którym komuniści pięć minut po dwunastej zdecydowali się zaproponować narodowi wprowadzenie refrorm: nikogo to jednak nie interesowało. Bezpośrednia transmisja uroczystego nabożeństwa z katedry i ideologicznego komunistycznego bełkotu pokazała po prostu kontrast tych dwóch światów. Naród był przez całą tę godzinę myślą w katedrze, komunizm się rozpadł jak domek z kart. Naród znów nad grobami swych świętych i królów zaczął przeżywać swą wielką historię.

Kardynał wygłosił na koniec Mszy historyczne słowa: „Napisałem wam przesłanie i stoję za każdym jego słowem. W tej ważnej godzinie walki o prawdę i sprawiedliwość w naszym kraju także ja i cały Kościół katolicki stoimy po stronie narodu! Nikt z nas nie może stać z boku, kiedy chodzi o lepszą przyszłość narodu. Proszę was, abyście w czasie tych dni łączyli odwagę z mądrością i odrzucili drogę przemocy. Boże, wyzwól nas przez prawdę i odnów oblicze naszej Ojczyzny, całej Ziemi, całego świata!” Miałem w tej chwili zawrotne poczucie, że nagle runęła ta wielowiekowa bariera między Kościołem a narodem, że zabliźniły się nie zagojone rany naszej historii, a my wszyscy wspólnie przekroczyliśmy nowy próg.

Z katedry tłum parł na Letną na największą manifestację, jaka odbywała się w historii Pragi: było tam z milion ludzi. Tłumy powitały Václava Havla i wygwizdały premiera Adamca. W powietrzu czuło się znaczne napięcie, kiedy na trybunę wkroczył jeden z policjantów, który był przedstawicielem komendy odpowiedzialnej za tłumienie demonstracji studenckiej; przy pierwszych jego słowach tłum zahuczał i czułem, że może wybuchnąć duch zemsty, który by tego człowieka rozszarpał. Młody policjant, jąkając się, zacz13 przepraszaa, a Václav Malý wezwa3 do pojednania i przebaczenia, do modlitwy Ojcze Nasz ze spojrzeniem na katedre i zaakcentowaniem s3ów „odpuoa nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. By3a to po prostu niezapomniana chwila, tam ju? nie chodziło o walkę polityczną, ale o uzdrowienie duchowe. Widziałem, jak wielu wyławiało z pamięci słówka z Ojcze Nasz, które kiedyś być może znali...To była niemal święta chwila o znaczeniu terapeutycznym. Słyszałem potem wielu ludzi krytykujących Václava Malego za to wezwanie: wierzących, którzy twierdzili, że modlitwa to sprawa Kościoła, a nie demonstracji politycznej, i niewierzących, którzy widzieli w tym pokusę ideologicznego wykorzystywania dramatycznej chwili; jestem jednak przekonany, że ksiądz Malý był wtedy rzeczywiście w Bożych Rękach i że stało się tam coś wielkiego. Historycy niech się spierają, w którym momencie listopadowych wydarzeń nastała owa chwila załamania się totalitarnego reżimu; ja byłem pewien, że stało się to wówczas, gdy tym właśnie symbolicznym gestem został przecięty najgrubszy korzeń komunizmu, czyli nienawiść.

Prawie równolegle z przemianami społecznymi zaczęły się bardzo szybkie zmiany w twoim życiu osobistym. Jak przebiegało to twoje stopniowe wchodzenie w życie oficjalnego Kościoła?

Pewnie wielu w to nie uwierzy, ale mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że w ogóle nie zajmowałem się pomysłami dotyczącymi swojej własnej drogi: byłem całkiem pochłonięty ideą Dziesięciolecia odnowy Kościoła i społeczeństwa oraz anonimową służbą w cieniu kardynała Tomáška. Nie uświadamiałem sobie zbytnio, jak bardzo po wystąpieniach w Brnie i Rzymie moje nazwisko stało się znane. Po reakcji papieża przestałem myśleć o wstąpieniu do krzyżowników, nadal chodziłem do pracy u „Apolinarego” i zaangażowałem się w otaczającą rzeczywistość. Na rozważania o swojej przyszłości po prostu nie miałem czasu.

Potem otrzymałem wiadomość od kleryka Vojtěcha Eliáša, że także w seminarium w Litomierzycach jest strajk i studenci żądają, aby odeszli z wydziału skompromitowani wykładowcy; wśród tych, których przyjścia życzyliby sobie studenci wydziału teologicznego, było także moje nazwisko. Chcieli, żeby zamiast marksistowskiej „wiedzy o społeczeństwie” zaczęto tam wykładać psychologię i socjologię. Napisałem wtedy list urzędowy do kardynała Tomáška o okolicznościach swoich święceń i swoich kwalifikacjach, i wspomniałem, że jestem gotów natychmiast zrezygnować ze swojej świeckiej pracy i oddać się bez reszty na służbę Kościoła. Napisałem, że chętnie spełnię prośbę litomierzyckich studentów i poprowadzę wykłady na wydziale teologicznym, że już od dawna czuję potrzebę zrealizowania naszego marzenia z 1968 roku i zorganizowania duszpasterstwa akademickiego, ale że wszystkie te sprawy składam całkowicie w jego ręce i jestem gotów stanąć jako ksiądz wszędzie tam, on jako biskup mnie pośle, choćby to było miejsce na najbardziej odległym probostwie przy samej granicy - i pisa3em to zupe3nie szczerze.

Na odpowiedź musiałem długo czekać, jak to zazwyczaj bywa w Kościele - dopiero w styczniu dostałem urzędowe zawiadomienie, że kardynał mianuje mnie „veniam docendi” dla nauczania na Wydziale Teologicznym, a także ustanawia mnie rektorem kościoła Najświętszego Salwatora z zadaniem reaktywowania tam duszpasterstwa akademickiego. Złożyłem wypowiedzenie u „Apolinarego” i udałem się do „wydziału kościelnego” w urzędzie miejskim - byli tam jeszcze starzy „sekretarze do spraw wyznań”, oczywiście pochlebczo mi usłużni. Wydali mi dekret i ustalili wysokość płacy na tysiąc dwieście koron miesięcznie, co było chyba jedną czwartą dotychczasowej pensji w szpitalu; byłem bardzo zadowolony i zacząłem uczyć się wypełniania ksiąg metrykalnych, używania naczyń liturgicznych i innych umiejętności kapłana-elewa.

Jak rozstałeś się ze środowiskiem swoich współpracowników i jak ciebie przyjęło nowe środowisko, to znaczy przede wszystkim księża parafialni?

W czasie wieczerzy wigilijnej oznajmiłem swoim współpracownikom i pacjentom z „Apolinarego”, że od jedenastu lat jestem księdzem i że teraz odejdę z kliniki, aby poświęcić się całkowicie pracy w Kościele. Rozstanie nie było zbyt łatwe, ponieważ z większością kolegów i pacjentów miałem przyjazne stosunki; byłem zaskoczony, że wiadomość o moim kapłaństwie wszyscy przyjęli z wielkim zrozumieniem i sympatią, i wielu, także niewierzących, twierdziło, że o „coś takiego” mnie podejrzewali...

Podobnie zareagowali niemal wszyscy z wielkiego grona znajomych, którym mogłem powiedzieć o wszystkim dopiero teraz; wierzący i niewierzący życzyli mi, abym w nowej sytuacji mógł zrealizować to, na co przed laty zdecydowałem się z własnej woli. Nie było zbyt wiele czasu, żeby tłumaczyć, że również „ukryta droga” kapłaństwa była dla mnie pełnowartościowym kapłańskim doświadczeniem, był to burzliwy okres rewolucyjny: nawet ja sam zbytnio zbytnio nie zastanawia3em sie nad tym, czy przez przejocie do publicznej s3u?by w Koociele nie sprzeniewierze sie charyzmatowi i duchowooci mojego kap3anskiego powo3ania - odda3em sie po prostu do dyspozycji biskupa i jego decyzje oczywiocie przyj13em z pos3uszenstwem. Ostatecznie, nie ?a3uje tego:

Pan Bóg sam póYniej postara3 sie o to, abym drogi, któr1 mi wyznaczy3, nie zagubi3.

„Wejocie w pbliczne struktury Koocio3a” by3o jednak trudniejsze ni? przypuszcza3em. Pod koniec 1989 roku przyjecha3 do Pragi biskup Škarvada i powiedzia3 mi, ?e czeski Kooció3 wydaje mu sie dooa podzielony, bo teraz, gdy ludzie wychodz1 z konspiracji, s3yszy się o przejawach niechęci jednych wobec drugich, nawet o narzekaniach księży na ludzi tak zasłużonych, jak Mádr i Zvěřina. Powiedział mi, że jednak po moich niedawnych publicznych wystąpieniach w Brnie i Rzymie słyszy od wszystkich ludzi pochwały pod moim adresem - i zaraz dodał, żebym się przygotował, że się to wkrótce zmieni, jak wyjdzie na jaw, że jestem księdzem, ponieważ „invidla clericalis”, kapłańska zawiść, jest jedną z największych chorób w Kościele. Jak często potem przypominałem sobie te jego słowa!

W pierwszych dniach grudnia mój przyjaciel Josef Hrdlička, późniejszy biskup pomocniczy Ołomuńca, zaprosił mnie na spotkanie księży archidiecezji ołomunieckiej, abym powiedział im o zadaniach, które obecnie czekają Kościół; wystąpiłem tam jeszcze jako świecki. Kiedy jechałem z powrotem z ojcem Brunem Sklenovskim, słuchaliśmy transmisji z posiedzenia parlamentu, na którym zniesiony został zapis o przewodniej roli partii komunistycznej. Było jasne, że komunizm już definitywnie przegrał i że nie będzie chodziło tylko o jakąś wewnętrzną reformę dotychczasowego systemu w stylu „socjalizmu z ludzką twarzą”.

Dnia 14 grudnia nastąpiło historyczne spotkanie księży archidiecezji praskiej w kościele świętego Józefa na Placu Republiki. Po raz pierwszy spotkali się tu księża oficjalnie wyświęceni, ci bez zgody państwowej i ci z tajnego Kościoła, i ojciec Mádr, który mnie przyprowadził, po raz pierwszy przedstawił mnie wszystkim księżom jako ich współbrata. Przyniosłem tam dopracowaną wersję referatu z Ołomuńca i to wystąpienie ukazało się potem jako tekst programowy jednego z pierwszych numerów „Katolickiego týdeníka”.

Spróbowałem zawrzeć w dziesięciu punktach koncepcję działalności Kościoła w wolnym społeczeństwie. Najpierw wyraziłem księżom działającym oficjalnie szacunek i podziękowanie za to, że w ciężkich warunkach utrzymali to co mogli; szczerze powiedziałem, że teraz najchętniej podszedłbym do każdego z nich i ucałował im ręce. Chciałem zadać kłam obawom, że księża z podziemia wystąpią jako sędziowie tych, którzy byli zmuszeni pójść na różne kompromisy, chodziło o przebaczenie i pojednanie. Pod adresem Pacem in terris powiedziałem, że kolaborację trzeba nazwać po imieniu i przyznać się do niej, potępić ją jako postawę, jednak winę konkretnych jednostek wśród księży może osądzić tylko sam Bóg, my zaś musimy starać się o przebaczenie, uzdrowienie i pojednanie. Powiedziałem, że jeszcze nie jesteśmy w Ziemi Obiecanej, ale że dopiero wychodzimy z Egiptu na pustynię i mamy przed sobą długą drogę. Nie możemy ulegać tryumfalizmowi, kiedy widzimy zachwyt nad Kościołem katolickim. Elementy czeskiego antyklerykalizmu mogą powrócić, zwłaszcza jeśli nie ustrzeżemy się pewnych niebezpiecznych błędów: „Wspomnianej sympatii do Kościoła... nie wolno przeceniać i trzeba sobie uświadomić, że Kościół może łatwo ją utracić - szczególnie wtedy, gdy ulegnie tryumfalizmowi, żądzy władzy, bogactwa itp., lub czemukolwiek, co dałoby się tak zinterpretować. Zachowajcie pokorę, wstrzemięźliwość, smak i dyskrecję”.

Powiedziałem: „Nie możemy liczyć na to, że do Kościoła będą nadal garnąć się wszyscy, którzy byli niezadowoleni z poprzedniego re?imu. Nie mo?emy zabiegaa o sympatie narodu g3osz1c program: jest nas wielu - nie bójmy sie - wiele cierpieliomy. Nie mo?emy ograniczaa sie do tradycyjnych form pracy Koocio3a. Mamy obowi1zek przedk3adaa narodowi przes3anie Ewangelii w sposób adekwatny do dzisiejszych czasów, starać się o „inkulturację”, wchodzić jako kompetentny partner w dialog z różnymi nurtami duchowymi i społecznymi w pluralistycznym społeczeństwie”.

Jako pierwszy punkt zaproponowałem rzeczywiste poznanie prawdziwej sytuacji Kościoła, które zawierałoby wszystkie analizy socjologiczne. Ostrzegałem przed tendencją restauracyjną - próbą odnowienia „federalnego katolicyzmu” z okresu przed 1948 rokiem i zamknięcia się w getcie. Zaproponowałem zwołanie synodu, ktory byłby punktem zwrotnym w życiu Kościoła. Apelowałem o systematyczną pracę przy tworzeniu podstawowych struktur w Kościele w duchu Drugiego Soboru Watykańskiego - poczynając od Konferencji Biskupów z jej profesjonalnymi grupami konsultantów a? po rady parafialne i w31czenie owieckich w dzia3alnooa duszpastersk1. Zaproponowa3em opracowanie i przyjecie d3ugofalowej koncepcji pracy duszpasterskiej z jasnymi priorytetami, które mog3yby sie opieraa na planie ideowym Dziesięciolecia. Zaproponowałem reformę administracji kościelnej, w której dotychczasowy józefiński model parafii zosta3by zast1piony bardziej elastyczn1 struktur1, rozpoznaj1c1 dziedziny dzia3ania i tereny misyjne, które wymagaj1 specyficznego podejocia. Zaproponowa3em stworzenie Akademii Chrzeocijanskiej i wypracowanie skutecznej koncepcji kszta3cenia, w tym niezbedne reformy uczelni teologicznych dla przyszłych księży; apelowałem o wprowadzenie instytucji sta3ych diakonów, którzy bed1 potrzebowali dobrego przewodnika duchowego, aby przywrócona została duchowa tożsamość tej posługi w Kościele i nie pojawił się jakiś rodzaj „centaura” między proboszczem a świeckim.

Prosiłem, żeby zatroszczono się należycie o wczesne włączenie tajnie wyświęconych księży w szeregi prezbiteriatu, tak aby nie doszło do uniformizacji kleru, lecz do „jedności w różnorodności”, a przy tym nie wolno nam nie doceniać i zapominać o doświadczeniach „tajnego Kościoła” w zakresie łączenia kapłaństwa z zawodem cywilnym: „Strzeżmy go jak oka w głowie, nie likwidujmy go przez krótkowzroczne przenoszenie księży do administracji kościelnej! Szanujmy powołanie i decyzję tych księży, którzy będą nadal chcieli pracować również w cywilnych zawodach, i w ten sposób mieć kontakt z ludźmi, do których ksiądz parafialny nie dotrze, albo przez których nie będzie poważnie traktowany. Wiem, jak palący jest brak księży na probostwach, mimo to, opierając się na długoletnim, starannie pod względem teologicznym i socjologicznym przemyślanym, doświadczeniu, błagam biskupów i ordynariuszy: bądźmy dalekowzroczni i wielkoduszni, nie myślmy tylko o chwilowych potrzebach dnia dzisiejszego, zatroszczmy się odpowiedzialnie i dalekowzrocznie już dzisiaj o dalszą przyszłość Kościoła w naszej Ojczyźnie i nie tylko w niej”.

Zwróciłem uwagę na niebezpieczeństwo praktycyzmu, na to, że księża uważają kształcenie się za jakiś luksus, a nie za oczywisty wymiar naszego powołania, zwróciłem uwagę na brak u nich teoretycznej wizji i teologiczne zapóźnienie. Prosiłem, żebyśmy przy kontaktach z Zachodem nie ulegli żadnym ekstremizmom: żebyśmy nie przejmowali bezkrytycznie wszystkiego, ale też, żebyśmy nie bali się Zachodu i nie wmawiali sobie (z powodu bezpodstawnego kompleksu niższości) nieprawdziwego obrazu Kościoła na Zachodzie jako źródła błędów i rozkładu, podczas gdy u nas istnieje jedyna prawdziwa wiara i entuzjazm religijny.

Prosiłem, żeby Kościół zaczął uczyć się dialogu wewnętrznego, by po okresie długiego milczenia każdy miał możliwość wypowiadania się, by wszystkie propozycje i inicjatywy mogły zostać zebrane, ale przede wszystkim, by powstały zespoły prawdziwych specjalistów, zwłaszcza ludzi świeckich. Zwróciłem uwagę, że będziemy musieli znaleźć wyważony stosunek do sfery polityki, że Kościół nie może zbyt ściśle wiązać się z żadną siłą polityczną, ale że będzie musiał nauczyć się w odpowiednim czasie i bardzo kompetentnie zabierać głos na temat problemów ogólnospołecznych. Na koniec znów zwróciłem uwagę na znaczenie Dziesięciolecia: „W okresie, gdy kilkudniowa rewolucja zmieniła w społeczeństwie tyle, że wiele spraw przestaje nagle obowiązywać i nikt nie ma odwagi prognozować dalszego rozwoju, Kościół katolicki stanowi w społeczeństwie praktycznie jedyną siłę proponującą przemyślany i długofalowy program życia narodu, nie konkurujący z żadnym rodzącym się programem politycznym, ponieważ zmierza daleko głębiej. Zmierza ku tej płaszczyznie życia narodu, która zaczyna się objawiać jako podstawowa i bez której wszystkie reformy polityczne i ekonomiczne nie osiągnęłyby celu - ku płaszczyznie duchowej i moralnej... Właśnie teraz okazuje się, jak głęboki związek może wytworzyć Dziesięciolecie między odnową Kościoła a współczesną odnową narodu”.

Na zakończenie poprosiłem, żebyśmy przed wszystkimi naszymi koncepcjami i planami dawali zawsze pierwszeństwo natchnieniu Ducha, żebyśmy w modlitwie ciągle wracali do owego centrum Kościoła, jakim jest Jezus Chrystus, i w świetle jego Ducha badali znaki czasu i mieli odwagę ojca wierzących Abrahama, który „uwierzył Panu i udał się w drogę, chociaż nie wiedział, dokąd idzie”.

Księża wprawdzie nagrodzili mnie oklaskami i wielu klepało mnie po ramieniu, ja jednak przypomniałem sobie pewną scenę z Pamiętnika wiejskiego proboszcza Bernanosa, kiedy parafianie mówią księdzu, który właśnie wyrzucił z siebie to co mu leży na sercu: „Pięknie się ksiądz zirytował!” W oczach wielu odczytałem nieufność: „Kim on jest, że ma odwagę nas pouczać? Przed kilkoma miesiącami nikt go nie znał, a teraz wszędzie go będzie słychać!” Uświadomiłem sobie, że będę musiał jeszcze zapłacić daninę za cały okres podziemia, kiedy pracowałem anonimowo w cieniu kardynała Tomáška. Stwierdziłem, że wielu księży było zaskoczonych tym, że wizję życia Kościoła przedstawia im ktoś, kto nie przeszedł przez zwyczajne życie na probostwie jak oni.

Często zadaję sobie dzisiaj pytanie, gdzie popełniłem błąd. Gdybym dzisiaj był w podobnej sytuacji, jak trzy tygodnie po wydarzeniach listopadowych, powiedziałbym właśnie tak: myślę, że dalszy rozwój faktów w pełni potwierdził słuszność tej koncepcji i zasadność ostrzeżeń. Co miałem wtedy jeszcze zrobić w tym kierunku, żeby odpowiedni ludzie Kościoła przynajmniej zastanowili się nad tymi koncepcjami? Nie, nie chcę odgrywać roli niedocenionego proroka, którego słowa się spełniły, „historia nie zna żadnego gdyby”. Nie chcę też nikogo sądzić. Jeśli mówi się, że „Kościół zawiódł”, mogę tylko jako jego cząstka powiedzieć, że ja także zawiodłem. Być może powinienem te swoje pomysły bardziej cierpliwie i wciąż od nowa, i jeszcze częściej sączyć w małych dawkach. Być może w następnych latach powinienem poświęcić się jedynie przemyśleniu, propagowaniu i organizowaniu Dziesięciolecia i odrzucać wszystkie inne zadania, zwłaszcza potem, gdy moi najbliżsi współpracownicy zawaleni byli pracą: większość członków „górnego konsystorza” stała się biskupami, Petr Piťha został ministrem, ludzie z „dolnego konsystorza” odeszli do wielkiej polityki albo na uniwersyteckie posady...

Najbardziej jednak skłaniam się ku twierdzeniu, że przeceniłem sytuację i możliwości Kościoła. Obracałem się w końcu tylko w dość wąskim kręgu i chyba podświadomie - i bardzo naiwnie - sądziłem, że większość księży to osobowości typu Zvěřiny lub Mádra. Później musiałem z przykrością stwierdzić, że czterdzieści lat komunizmu zdewastowało Kościół daleko bardziej, niż przypuszczałem. Ten okres represji odcisnął się bardzo wyraźnie zwłaszcza na księżach. Mam przy tym ogromny szacunek dla księży - to, co przeżywałem, było mieszaniną ludzkiego szacunku i wielkiego przygnębienia. Księża byli przez długie lata pozbawieni kontaktu z Kościołem powszechnym, z myślą teologiczną i otaczającym nas życiem. Niektórzy byli wspaniali w okresie totalitaryzmu, ale nadejście wolności właściwie strasznie ich zaskoczyło. Nagle, niejako wskutek nagromadzonego zmęczenia, zestarzeli się o całe pokolenie. Już nie byli na tyle chłonni, by orientować się w nowej sytuacji i nie mieli siły do nowych zadań. Uświadomiłem sobie, że podczas gdy wspaniale rozumiem się z wieloma ludźmi ze środowiska uniwersyteckiego, mediów, polityki, sztuki i innych dziedzin, to w kregach kap3anskich - z wyj1tkiem kilku przyjació3, przede wszystkim z szeregów zakonnych - pozostaje bardzo osamotniony. Rozbie?nooci w naszych pogl1dach przejawia3y sie coraz wyraYniej. Tak?e dzisiaj musze z przykrooci1 stwierdzia, ?e kiedy przyjeżdżam na Zachód, od razu z tamtymi księżmi spotykam się jak ze swoimi kolegami i braćmi. Czytamy te same książki, mamy te same zmartwienia i zadajemy te same pytania; kiedy jednak wracam do swoich, wydaje sie sobie cudzoziemcem. A niekiedy cz3owiekiem, którego machina czasu cofne3a przynajmniej o pieadziesi1t lat.

Na przełomie roku zapadła także pierwsza decyzja o zaproszeniu do nas papieża. O okolicznościach narodzin tego zaproszenia prawie nic się nie wie, a ty byłeś przy tym. Jak do tego doszło, że papież został zaproszony i że równie nieoczekiwanie i szybko przyjechał z krótką wizytą.

Przed Bożym Narodzeniem przyjechał do Czechosłowacji biskup Škarvada, a ja oprowadzałem go po Pradze. 23 grudnia wziąłem go do „Špalíčka”, gdzie była siedziba Forum Obywatelskiego, do Václava Havla. Wtedy już niemal z pewnością mówiło się o tym, że zostanie wybrany prezydentem. Przy okazji tej wizyty powiedziałem też Havlowi, że jestem księdzem. On na to, że przecież wie już od dawna, że jestem jezuitą. Powiedziałem mu, że tak zawsze myślała StB, ale że to nieprawda. On się zaśmiał i odparł, że od nich tego nie słyszał. To było kilka dni przed wyborami prezydenckimi i Havel wspomniał również o tym, że gdyby został prezydentem, bardzo chętnie zaprosiłby papieża. Cieszyłby się, gdyby ta wizyta stała się jak najprędzej faktem, jeszcze przed pierwszymi wolnymi wyborami do parlamentu. Chciał, żeby to wpłynęło na duchową atmosferę kraju. Biskup Škarvada sądził, że nie jest to możliwe, że taka wizyta musi być zaplanowana przynajmniej dwa lata wcześniej. Václav Havel jednak nie rezygnował ze swego pomysłu i powiedział: „Gdyby można było przynajmniej na jeden dzień”.

Teraz trochę przeskoczę bieg wydarzeń, ponieważ w tej sprawie następował zaskakujący rozwój wypadków. Kiedy monsignore Škarvada wrócił do Rzymu, znalazł się na kolacji u papieża i przekazał mu nieoficjalne zaproszenie Havla. Ku swemu wielkiemu zaskoczeniu usłyszał pozytywną odpowiedź, że chyba dałoby się to zrealizować. Jeszcze tego dnia wieczorem telefonował do mnie do Pragi, że trzeba przygotować oficjalne zaproszenie. Poszedłem więc do prezydenta i przekazałem mu to. Czeski kraj otworzył bramę dla pierwszej w dziejach wizyty głowy Kościoła katolickiego.

Przed Bożym Narodzeniem prowadziłem po raz pierwszy oficjalne ćwiczenia duchowe dla studentów, było to na Lomečku na przedgórzu Šumavy. W Wigilię też po raz pierwszy oficjalnie koncelebrowałem Mszę z ojcem Reisnbergiem około północy w kościele świętego Gawła. Po kilku dniach oglądałem w telewizji wybory prezydenta i uroczyste Te Deum. Później z przyjaciółmi pojechałem do Wrocławia na Europejskie Spotkanie Młodych Taizé. Tam także wysłuchaliśmy z tranzystora noworocznego orędzia prezydenta. Wyraził w nim również zamiar zaproszenia papieża do Czechosłowacji. Z Wrocławia wracaliśmy już w ciemnościach, było mroźno, prószył śnieg. Czułem się w ten noworoczny wieczór podobnie jak kiedyś podczas podróży z Londynu do Bangoru; zaczynało się coś nowego, zupełnie nieznanego.

Jak wkraczałeś w pierwszy rok wolności?

Rok 1990 był dla mnie absolutnie przełomowy i oznaczał po prostu zmianę stylu życia. 25 stycznia wieczorem odbywały się w kościele Tyńskim moje spóźnione prymicje. Tą datę wybrałem celowo, ponieważ było to święto nawrócenia świętego Pawła Apostoła. Postać Pawła była mi zawsze bardzo bliska i wziąłem pod uwagę także fakt, że jest to wielkie święto reformacji; chciałem, żeby moja pierwsza Msza miała również charakter ekumeniczny, ponieważ troskę o jedność pojmowałem jako jeden z istotnych wymiarów mojego kapłaństwa. Podczas tej liturgii Petr Erben odprawił swoją Mszę polową. Koncelebransami byli biskupi Liška i Otčenášek, księża Zvěřina, Madr, Reinsberg, Duka, Opatrný i inni przyjaciele, a przy ołtarzu stało także dwóch pastorów ewangelickich, Alfréd Kocáb i Miroslav Heryán. Koncelebrowali też dwaj inni „neoprezbiterzy”, wyświęceni kiedyś tajnie w Berlinie - Radek Pokorný i Jiří Kusý - i zakonnik Karel Stádník. Krótkie przyjęcie odbyło się później w domu u Kapłanów, a więc w miejscu, gdzie zaznajomiłem się z wieloma ludźmi, z którymi współpracowaliśmy w okresie komunizmu. Była to naprawdę uroczysta chwila.

Z dniem 1 lutego złożyłem wypowiedzenie u „Apolinarego”. Rozpocząłem pracę na Wydziale Teologicznym i zostałem mianowany u Salwatora duszpasterzem akademickim. Opanowanie liturgii w kościele nie było dla mnie łatwe po jedenastu latach konspiracji. Na palcach jednej ręki można było policzyć, ile razy do tej pory miałem na sobie ornat, ponieważ celebrowałem w domu „w cywilu” przy małym, zwyczajnie rozłożonym stoliku, w chacie albo na łonie natury. I oto nagle dostałem pod opiekę ogromny kościół barokowy w centrum Pragi. Ludzie zaczynali zwracać się do mnie w sposób kościelny, co spowodowało u mnie „kryzys tożsamości”. Był to okres, kiedy zmieniały się także stosunki między państwem a Kościołem. Sprawy administracyjne omawiałem z „sekretarzami kościelnymi”, którzy jeszcze kilka miesiący temu byli aroganckimi władcami. Teraz byli już bardzo stonowani i niemal natrętnie uprzejmi i usłużni. Trwały dopiero poszukiwania prawnej drogi wolności Kościoła.

Ludzie związani z Dziesięcioleciem Odnowy Duchowej uczestniczyli potem jeszcze wspólnie w podróży zagranicznej, którą czasami wspominasz.

Na początku lutego podjęliśmy decyzję o podróży kilku księży (Vlk, Radkovský, Opatrný, Lobkowicz, Graubner, Mikulášek i ja) po niemieckich i austriackich diecezjach. To wszystko byli księża, którzy wywodzili się z kręgu Dziesięciolecia Odnowy Duchowej. Chcieliśmy poznać dobre i złe doświadczenia w okolicznych krajach, organizację pracy Kościoła w wolnym społeczeństwie. Zobaczyliśmy, jak różne są tamte diecezje. Niektóre były pod względem duszpasterskim bardzo otwarte, inne zaś skrępowane biurokracją. Doszło także do zdarzenia, które mogło - biorąc pod uwagę skład uczestników - zmienić trochę dalsze losy Kościoła - podczas drogi powrotnej z Grazu do Monachium wpadliśmy na autostradzie w paskudny poślizg, ledwie unikając śmierci. W nieprzyjemnej zamieci śnieżnej dojechaliśmy do Monachium, gdzie w wiadomościach usłyszeliśmy, że Miloslav Vlk został mianowany biskupem czeskobudziejowickim. Wiedziałem już o tym tydzień wcześniej, ale nie mogłem rozmawiać na ten temat. Wieczorem święciliśmy to zdarzenie, a następnego dnia rano poszliśmy - Vlk, Radkovský i ja - do specjalnego sklepu kościelnego kupować dla nowego biskupa potrzebny ubiór. Sam sposób, w jaki wybieraliśmy solideo i mitrę i jak sobie z tego żartowaliśmy, wzbudził podejrzenie sprzedawcy. Był przyzwyczajony do dystyngowanych monsignorów i podejrzewał, że jesteśmy jacyś szachraje. Potem jednak nam uwierzył i poddał się razem z nami radosnemu nastrojowi.

Jednego wieczoru podczas podróży, kiedy odmawiałem modlitwę, przyszła mi do głowy natrętna i dziwna myśl, z której rano zwierzyłem się przyjaciołom: że w tej grupie mianowanie na biskupa nie jest ostatnie. Że nie spotkaliśmy się tu przypadkowo. Że każdy z nas - czy to jako biskup, czy w innej roli - będzie mieć swą niezastąpioną funkcję w Kościele, że powinniśmy pielęgnować naszą przyjaźń, którą tak spontanicznie przeżywaliśmy w czasie tych dni u progu wolności, że musimy w dalszym ciągu wspierać się nawzajem, także w swojej odrębności, abyśmy udźwignęli tę odpowiedzialność za Kościół w naszym kraju.

Później pojechaliśmy w trójkę z Vlkiem i Radkovskim do Linzu, do tamtejszego wspaniałego biskupa, a potem w takim samym składzie wracaliśmy przez Czeskie Budziejowice do Pragi; mogłem być świadkiem, jak nowo wyświęcony biskup modli się się w ciszy nad grobem swego poprzednika i po raz pierwszy, całkiem niezauważalnie, wkracza do swej katedry.

Uczestniczyłeś także w przygotowaniach do pierwszej wizyty papieskiej u nas. Jak wspominasz ten okres?

Wkrótce po powrocie z podróży do Austrii i Niemiec kardynał Tomášek zaprosił mnie do pałacu arcybiskupiego. Tam oczekiwał mnie legat papieski arcybiskup Colasuonno, który przekazał mi na następny dzień bilet lotniczy do Rzymu. Mam zatrzymać się w Watykanie przez miesiąc i brać udział w przygotowaniu wizyty papieża; o szczegółach mojej pracy nie wolno mi z nikim rozmawiać. Udać się w podróż w ciągu kilku godzin nie było sprawą prostą, ponieważ musiałem w ostatniej chwili zmienić całkowicie swój przeładowany program aż do Wielkanocy i zorganizować wszystko co potrzebne. Na drugi dzień odleciałem i zaraz następnego ranka miałem stanąć przed papieżem. Podkreślano, że mam przyjść w koloratce i odpowiednim stroju kapłańskim. To był kolejny drobny problem, ponieważ do tej pory nic takiego nie posiadałem.

Tak rozpoczął się następny ciekawy rozdział mojego życia. Kiedy wylądowałem w Rzymie, czekało na mnie dwóch przedstawicieli Watykanu, którzy z wielką gracją przeprowadzili mnie przez wszystkie kontrole celne, wsadzili do auta i zawieźli do domu, gdzie zazwyczaj mieszkają biskupi w trakcie swoich wizyt ad limina. Drugiego dnia rano udałem się do sklepu z odzieżą dla księży, żeby przygotować się odpowiednio do papieskiej audiencji. Było bardzo wcześnie rano, przynajmniej jak na włoskie zwyczaje, i było jeszcze zamknięte. Kiedy otworzyli, wpadłem "w cywilu" jako pierwszy do sklepu i wziąłem pierwszą koszulę z koloratką, jaka znalazła się w zasięgu ręki. Była na mnie za mała. Z trudem ubrałem się i przebiegłem - machając świeżym dokumentem - przez Spiżową Bramę do Watykanu, gdzie odbywało się pierwsze spotkanie przygotowawcze.

Jak wyglądało takie przygotowanie podróży papieskiej?

O moim wkładzie do przygotowań nie mogę mówić, ponieważ byłem związany ślubem milczenia. Chętnie jednak mogę przypomnieć całą atmosferę. Na pierwszą audiencję z papieżem poszedłem z biskupem Škarvadą i kardynałem Tomko. Kiedy spotkaliśmy się z kardynałem Tomko w przedpokoju, powiedziałem mu, że mam na sobie po raz pierwszy sutannę i koloratkę. On zdradził to później papieżowi, który uśmiechnał się i pobłogosławił moją sutannę. Potem zaczął się miesiąc intensywnej pracy. Każdego dnia wstawałem bardzo wcześnie i zachodziłem o świcie do Bazyliki Świętego Piotra. Tam odprawiałem Mszę przy jednym z ołtarzy w krypcie pod bazyliką. W wielkiej zakrystii spotykało się wielu księży i biskupów wszystkich kolorów skóry i ze wszystkich kontynentów. Była tam już przygotowana brygada ministrantów, przeważnie uczniów ze szkół kościelnych.

Z czasem zaprzyjaźniłem się z pewnym ministrantem Murzynem, który potem każdego ranka mnie wyczekiwał. Przybiegał z mszałem i kielichem, a ja wybierałem sobie jakiś ołtarz w bazylice, czy był to ołtarz świętego Wacława, czy też któregoś z moich ulubionych świętych. Niekiedy odprawialiśmy Mszę na dole w kaplicy, gdzie znajduje się grób kardynała Berana. Była to dla mnie zawsze żywa łączność z tradycją i historią Kościoła i bardzo chętnie modliłem się rano właśnie w tym sercu Kościoła.

Następnie przechodziłem przez Spiżową Bramę i zaczynałem pracę. Dostałem identyfikator pracownika Watykanu. Na korytarzach salutowały straże w mundurach Michała Anioła, których było po drodze chyba sześć, i wszystkie pozdrawiały przechodzących halabardą. Przechodziłem przez małe watykańskie dziedzińce aż do klasycznej windy z początku wieku. Tam spotykałem się z różnymi prałatami i kardynałami. Przed południem dzieliłem biuro wspólnie z biskupem Škarvadą. Było to piękne pomieszczenie ze wspaniałym widokiem na Rzym; miałem na początku wątpliwości, czy w ogóle coś tam zdołam zrobić, ponieważ widok był fascynujący.

Watykański rytm oznacza, że przed południem pracuje się mniej więcej do godziny pierwszej, potem chodziłem na obiad, a po niezbędnej sjeście kontynuowałem pracę aż do wieczora. W czasie cudownych chwil wieczorem albo w niedzielę wałęsałem się po starym Rzymie zwiedzając świątynie i zabytki. Podczas tego pobytu znów miałem możliwość porozmawiania z papieżem.

Jakie było to spotkanie z papieżem?

Papież starannie przygotowywał się do tej podróży. Chciał jak najwięcej wiedzieć o czeskiej kulturze i historii. Zaskoczyło mnie, z jakim ponagleniem ciągle wracał do problemu Husa i chciał wiedzieć, dlaczego Czesi nic jeszcze w tej sprawie nie zrobili. Zobaczyłem, że ten papież, który zrehabilitował Galileusza i dla którego zaleczenie blizn historii oraz rozliczenie się z ciemnymi stronami przeszłości Kościoła jest wielkim tematem, w tym właśnie kontekście widział także przypadek Husa. Kilka razy przypomniał mi z uśmiechem, że jedynym człowiekiem, który na Soborze w Konstancji stanął w obronie Husa, był polski teolog. Któregoś dnia papież pokazał mi na swoim stole szereg książek Václava Havla i zapytał, co powinien przede wszystkim przeczytać. Przypadkowo wymieniłem chyba trzy tytuły, które uważałem za najważniejsze, a on mi odpowiedział: "To już czytałem". Byłem zaskoczony, a on dokończył: "Papież czyta w nocy".

Papież ma wielkie poczucie humoru. Zdawało mi się, że nie podoba mu się zbytnio, kiedy ksiądz nosi brodę. Kilkakrotnie na początku naszych spotkań zrobił jakąś uwagę na temat mojej brody i czasami żartobliwie mnie za nią pociągnął. "Ma zarost jak prawosławny, chyba wyślemy go do Rosji!" - powiedział kiedyś do sekretarza Dziwisza. "Ale ja już sobie nie mogę zgolić brody!" - zaprotestowałem. "Czemu?" - zdziwił się papież. "Ponieważ została już dotknięta przez papieża - to znaczy, że jest już czymś w rodzaju relikwi!" - odpowiedziałem. Papież roześmiał się i nigdy już nie mówił nic na temat mojej brody.

To robocze spotkanie zazwyczaj odbywało się podczas obiadu lub kolacji, czasami w bardzo wąskim kręgu, kiedy indziej w obecności innych ludzi z otoczenia papieża.

A kim byli ludzie z otoczenia papieża?

Kiedyś miałem możliwość koncelebrować Mszę, a potem podczas roboczego śniadania rozmawiać z kardynałem Ratzingerem, którego zawsze ceniłem jako teologa, ale także dla jego wspaniałych umiejętności postępowania z mediami.

Skwapliwie wykorzystałem tę okazję, żeby zaprosić go w imieniu naszej Akademii Chrześcijańskiej na wykład o eschatologii - i rzeczywiście mogliśmy po pewnym czasie gościć kardynała Ratzingera u nas w Pradze. Często spotykałem się z kardynałem Tomko, który napisał mi w swojej książce dedykację jako "rodakowi"; miałem wrażenie, że ten doświadczony dyplomata kościelny dobrze wiedział, że jestem bliski prezydentowi Havlowi i ówczesnemu rządowi i pragnął wysłać do Pragi sygnał, że nie reperezentuje antyczeskiej orientacji, jak niektórzy jego rodacy w Rzymie. Poznałem też osobiście drugiego człowieka w Watykanie, sekretarza Stanu, kardynała Sodano, i przelotnie jego poprzednika kardynała Casarolego. Z niektórymi ludźmi Watykanu spotykałem się też prywatnie, ponieważ mieszkali w tym samym domu dla księży co ja. Byli tam także zakwaterowani biskupi z różnych krajów świata, przyjeżdżający z oficjalną wizytą "ad limina"; rozmowy z nimi wieczorem w jadalni były bardzo interesujące.

Odniosłem wrażenie, że życie wielu wysokich dostojników Watykanu jest dość stereotypowe. Mieszkali przeważnie w jednym skromnie urządzonym pomieszczeniu, a ich życie płynęło w rytmie watykańskiego urzędowania. Pracowało się także w sobotę, jednak Watykan świecił szereg świąt kościelnych jako dni wolne. Widziałem, że ci ludzie są częścią wielkiego urzędniczego systemu i często nie mają żadnego innego wymiaru życia, ani rodziny, ani parafii. Tylko czasami wspomagali niektóre z rzymskich parafii, a w wolne czwartkowe popołudnia spotykali się na uroczystościach albo wyruszali na łono przyrody. Było to bardzo ciekawe doświadczenie zobaczyć Watykan z tak bliska, ponieważ przez to nabył on dla mnie określonych ludzkich wymiarów. Zobaczyłem, że tworzą go zwyczajni ludzie ze swymi problemami. Stracił dla mnie aurę czegoś tajemniczego i ponadziemskiego, a z drugiej strony zrozumiałem, że dziennikarski punkt widzenia, nastawiony na skandale i "czarne tajemnice Watykanu", jest tak samo naiwny i daleki od rzeczywistości.

Kiedy miałem możliwość także później, w okresie swych rzymskich studiów i podróży służbowych poznać życie dykasterii watykańskich, to też dla mnie wiele znaczyło.

Zrozumiałem, jakie to było mądre, że Kościół wysyłał niektórych księży, przede wszystkim tych, którzy mieli później odpowiadać za swoje w Kościoły lokalne, na studia do Rzymu. Dopiero w Rzymie człowiek uświadamia sobie pełny wymiar tego, czym jest Kościół katolicki. Księżom, którzy wyrastali jedynie w swoim rodzimym środowisku, raczej trudno do głębi to przeżyć. Mogłem niemal objąć skalę tego wszystkiego, co gromadzi w sobie historia Kościoła, od katakumb i miejsc, gdzie Kościół ma swoje początki, poprzez kapiące przepychem zabytki z okresu renesansowych papieży i dalej, aż po naszą współczesność. W oblicze Rzymu wpisała się na trwałe dramatyczna historia Kościoła. Tutaj uświadamiamy sobie także uniwersalizm Kościoła. Spotykałem w akademiku studentów wszystkich ras, rozmawiałem z nimi o problemach Kościoła w Azji, Afryce, Ameryce Południowej. O czym do tej pory wiedziałem tylko teoretycznie, teraz mogłem bezpośrednio dotknąć - zobaczyłem cały ten ogromny uniwersalizm Kościoła i jego wewnętrzny pluralizm. Dopiero tam ksiądz uświadamia sobie, co to znaczy katolicyzm, gdzie jest jego miejsce, czemu może służyć. Można wtedy uniknąć obu ekstremizmów - zarówno pesymistycznego spojrzenia, nastawionego tylko na cząstkowe przejawy i lokalne problemy Kościoła, jak i iluzji oraz ideologicznych okularów, które nie biorą pod uwagę słabości i ludzkiej strony Kościoła.

Poznałeś w Rzymie zapewne także innych ludzi niż tylko biskupów i kardynałów.

Oczywiście, i wielu z nich bardzo mile wspominam. Zaprzyjaźniłem się na przykład z kierownikiem sekcji niemieckiej Radia Watykańskiego jezuitą ojcem von Gemmingenem, który uczestniczył we wszystkich papieskich podróżach, a rozmowa z nim dawała mi zawsze bardzo głęboki wgląd w problemy poszczególnych kościołów lokalnych na całym świecie. Poznałem też dobrze pierwszego człowieka Opus Dei w Watykanie, rzecznika Ojca Świętego doktora Joaquina Navarro Vallsa, Hiszpana, psychiatrę z wykształcenia; jest to człowiek o cudownej inteligencji, z nadzwyczajną znajomością problemów światowych. Interesował się bardzo rozwojem wydarzeń w świecie pokomunistycznym. Zaprosił mnie, żebym zawsze go odwiedzał, kiedy będę w Rzymie, co też robiłem regularnie. Za jego radą odwiedziłem centralę prałatury Opus Dei. Jest to bardzo szczególne, nie rzucające się w oczy miejsce w jednej z najbogatszych części Rzymu. W podziemiach domu znajduje się kilka pięter, a jedno z nich tworzy wielką sakralną przestrzeń, pod którą umieszczony został grobowiec założyciela Opus Dei i jego siostry. Rozmawiając z ludźmi z tej centrali, zrozumiałem, że są to osoby o wysokiej inteligencji i szerokich horyzontach. Równocześnie jednak uwiadomiłem sobie, że moja droga tędy nie prowadzi.

Poznałem też tak zwaną "watykańską Polskę", bliskich współpracowników papieża, których wziął ze sobą z kraju. Należał do nich także obecny nuncjusz papieski w Polsce arcybiskup Kowalczyk, człowiek bardzo bystry i wrażliwy na złożone problemy społeczeństwa pluralistycznego, i wielu innych Polaków. Szczególnie bliski kontakt nawiązałem z profesorem Stanisławem Gryglem, filozofem z Krakowa. W jego rodzinie spędziłem sporo czasu i poznałem tam również krakowskiego profesora Tischnera, filozofa o orientacji fenomenologicznej, wnikliwego analityka duchowych i moralnych problemów naszych czasów, jednego z duchowych ojców "Solidarności". Z Tischnerem widywaliśmy się też w późniejszych latach w różnych zakątkach Europy; niedawno właśnie przyjaciel Adam Michnik posłał mi książkę swoich rozmów z Tischnerem i ja muszę szczerze przyznać, że jeśli z kimś jestem bliski pogladami na sprawy dzisiejszego katolicyzmu, to właśnie z Tischnerem.

Lepiej zrozumiałem wtedy ów nurt intelektualny, z którego wyszedł "polski papież", a który polega na twórczym połączeniu fenomenologii, francuskiego tomizmu i personalizmu oraz motywów mistyki karmelitańskiej. Zgłębiałem teksty papieża i mogłem zastanowić się nad tym, co "fenomen Wojtyła" oznacza w Kościele, przede wszystkim jeśli chodzi o ekumenizm, ale i o wzbogacenie nauki Kościoła o inspirowaną fenomenologicznie antropologię filozoficzną oraz teologiczne uzasadnienie praw ludzkich. To pozwoliło mi później bronić tego papieża w dyskusjach z szeregiem "zachodnich teologów", którzy byli skądinąd mi bliscy; zdawało mi się wielokrotnie, że są wobec "polskiego papieża" a priori uprzedzeni, bez należytej znajomości całego kontekstu jego myślenia oraz wszystkich wymiarów jego dość rozległego dzieła.

Czy miałeś jakieś kontakty z włoskim światem intelektualnym i akademickim poza kręgami kościelnymi?

Z włoskich filozofów osobiście zaznajomiłem się z Rocco Butiglionim i niektórymi jego przyjaciółmi, bliskimi ruchowi Communione e Liberazione (CEL), i oczywiście byłem w kontakcie z grupą skupioną wokół czasopisma "Il nuovo Areopago", ktore w czasach totalitaryzmu drukowało nasze teksty. Butiglioni był przez pewien czas w Rzymie uważany za "nadwornego filozofa" Jana Pawła II. To, co kryło się za tym przydomkiem, trochę zabarwionym zazdrością, trochę ironią, było prawdziwą duchową i intelektualną bliskością tych dwóch ludzi. Butiglioni był po dużym wpływem fenomenologa Ditricha von Hildebranta, który oprócz nieco niefortunnej książki o posoborowym rozwoju Kościoła - "Koń Trojański w Mieście Bożym" - był autorem głębokich tekstów, dotyczących filozofii religii, antropologii filozoficznej i etyki. Hildebrant zainteresował mnie, ponieważ był jednym z tych uczniów Husserla, którzy usiłowali powiązać fenomenologię z tradycją katolicką, czy to z tomizmem, metafizyką klasyczną (philosophia perenis), egzystencjalnie ukierunkowanym personalizmem, czy mistyką. Najwybitniejsi spośród tych ludzi to - błogosławiona Edyta Stein i Max Scheler. Idee Hildebranta krzewiono głównie w centrum międzynarodowym w Luksemburgu, a Butiglioni był jednym z filarów, zanim włączył się aktywnie w wielką politykę. Butiglioni zwrócił moją uwagę na rozwój amerykańskiej socjologii religii, po tym jak P.L. Berger poddał w wątpliwość tezę o sekularyzacji współczesnego świata i doradził mi lekturę Richarda Neuhausa. Myślę, że to głównie Butiglioni razem z Michaelem Novakiem sprawili, że zostałem zaproszony do USA w 1994 roku, gdzie mogłem poznać osobiście P.L. Bergera i Neuhausa.

A jak rozstałeś się wtedy z Rzymem? Czy przeczuwałeś, że do tego miasta będziesz częściej wracać?

Wkrótce przed moim odlotem z Rzymu zatelefonował do mnie substytut Papieskiej Rady Justita et Pax, zajmujący się stosowaniem nauki Kościoła w życiu publicznym, zwłaszcza jeśli chodzi o przestrzeganie praw człowieka i wspieranie pokoju na świecie. Powiedział, że Jan Paweł II wyraził zamiar włączenia mnie w przyszłości do tej komisji; okazało się jednak, że obrady odbywają się głównie po francusku i moja niedostateczna znajomość tego języka stanowi przeszkodę nie do pokonania. Kiedy przyszedłem pożegnać się z Ojcem Świętym przed swoim odlotem, zaprosił mnie jeszcze na kolację i wyraził życzenie, żebym na którymś z papieskich uniwersytetów odbył studia podyplomowe z teologii, a potem zdobył doktorat z filozofii lub teologii w Polsce; to powiązanie Pragi, Rzymu i Polski byłoby podobno dobrym wkładem w moją dalszą działalność. Monsignore Dziwisz obiecał mi stypendium watykańskiego Sekretariatu Stanu na studia podyplomowe, i w ten sposób na sam koniec swego pobytu w Rzymie uzgodniłem z profesorem Skalickim, że jeśli kardynał Tomášek wyrazi zgodę, to w przyszłym roku akademickim rozpocznę studia licencjackie pod jego kierunkiem na Papieskim Uniwersytecie Laterańskim.

W tymże roku Jan Paweł II wspomniał mnie jeszcze dwa razy: kiedy dowiedział się w sierpniu o nagłej śmierci Josefa Zvěřiny, którego mianował doradcą teologicznym w sprawie przygotowania synodu europejskiego, wyraził życzenie mianowania mnie na jego miejsce; ponieważ jednak nie udało się mnie latem zastać w Pradze - byłem na konferencji międzynarodowej w angielskim opactwie Ampleforth - musiał to miejsce zająć inny kandydat. Później dostałem list, w którym papież Jan Paweł II mianował mnie konsultorem Papieskiej Rady do Dialogu z Niewierzącymi, co przez trzy lata otwierało mi możliwość bliskiej współpracy ze Stolicą Apostolską.

Czy papież i jego otoczenie nie podejrzewali cię o to, że jesteś "żydomasonem", jak głosiły o tobie plotki w pewnych kręgach Kościoła w Czechach i na Morawach?

Papież i jego współpracownicy to rozumni ludzie, mocno trzymający się faktów i stojący ponad tego typu pomówieniami. Poza tym jestem przekonany, że w Rzymie solidnie mnie sprawdzili, zanim zaprosili mnie do tak ścisłej współpracy. W Kościele niestety o wielu ludziach, którzy trochę wyrastają nad innych, mówi się różne bzdury - konserwatywne kręgi widzą wszędzie "masonów", a kręgi progresistów - zupełnie na odwrót - "tajnych członków Opus Dei". W swoim życiu byłem podejrzewany o obie rzeczy, w Rzymie chyba bardziej o to, że należę do Opus Dei. I jeden i drugi zarzut jest bez sensu, ale tak jak w Opus Dei mam rzeczywiście kilku przyjaciół, tak nigdy w życiu nie rozmawiałem z żadnym masonem, albo ściślej mówiąc z nikim, kto by się deklarował jako mason. Wszystko, co wiem o masonach, pochodzi z dwóch książek, a przy tym obie są interesujące, jedna w sposób pozytywny, druga - negatywny; myślę, że dziewięćdziesiąt procent tego, co się o nich mawia, to fantazje albo rzeczy już dawno nieaktualne. W rzeczywistości tę etykietkę przyklejono mi chyba naprawdę w Rzymie, i to w pewnych kręgach słowackiej emigracji. Dowiedzieli się, że dostałem się blisko papieża, i podejrzewali mnie, że bronię jakichś interesów Czechów przeciwko Słowakom. Ludzie ci spędzili młodość jako zagorzali zwolennicy gwardii Hlinki i po upadku reżimu Tisy znaleźli się w Rzymie, gdzie niestety mają pewne wpływy; ich głównym dążeniem było doprowadzenie do kanonizacji Tisy jako męczennika i do reaktywowania Republiki Słowackiej w duchu tisowskim. Wyraz "żydomason" pochodzi z książki ideologa nazizmu Alfreda Rosenberga, a idea światowego spisku Żydów i masonów jest typowa dla myślenia nazistowskiego; jednak w wersji nazistowskiej (podobnie jak u członków Kukluxklanu i w pewnych kręgach rosyjskich nacjonalistów) do Żydów i masonów dołączeni zostali, jako do "trójcy wrogów ludzkości", także katolicy, zwłaszcza jezuici. Ten drobiazg jest przez obrońców katolickiej wersji faszystowskiego mitu taktownie przemilczany, jednak podstawowy model zostaje taki sam. Kiedy po raz pierwszy tę plotkę o sobie słyszałem, strasznie mnie to wzburzyło i chciałem doprowadzić do konfrontacji pod przysięgą z szerzycielem tego pomówienia. Pewien mądry ksiądz w Rzymie uspokoił mnie, że tak mówi się o przeszło połowie kardynałów i teologów w Rzymie i pokazał mi czasopismo lefebrystyczne, w którym za masona został uznany Jan Paweł II. "Dowodem" były jego starania o poprawę stosunków z Żydami i zgromadzenie ekumeniczne w Asyżu, które rzekomo absolutnie realizowało ideę masońskiego zbratania według zasad deistyczno-humanistycznego ideału pokoju i braterstwa. "W rzeczywistości jesteś w najlepszej wspólnocie" - powiedział mi ten mądry ksiądz, "za masonów uznawani są przeważnie bardzo przyzwoici księża, wobec których ich nieprzyjaciele nie potrafili wnieść realnego oskarżenia. Oskarżyć księdza o to, że głosi bluźnierstwa, albo że jest alkoholikiem czy homoseksualistą, że ma kochanki albo defrauduje pieniądze parafialne, to wymaga przynajmniej jakichś dowodów, tymczasem, jeśli potrzebujecie kogoś zastrzelić i nie macie przeciwko niemu nic konkretnego, wystarczy stwierdzić, że to mason; to jest tajne stowarzyszenie, więc żadnych dowodów z zasady nawet nie można żądać..." I tak oto od tisowczyków plotka przeniknęła do pewnych kręgów na Morawie i w Pradze, ale przypuszczam, że rozumni ludzie nie przywiązują do tego dużej wagi, podobnie jak ja. W ostatnim czasie funkcjonuje jeszcze bardziej podstępna wersja, która mówi o tzw. kościelnych masonach - prawdopodonie chce się przez to powiedzieć, że ci, którym przykleja się tego rodzaju etykietki, nie są wprawdzie "rzeczywistymi masonami", nie mają nigdzie w domu owych masońskich fartuszków, młotków i Bóg wie czego, ale że są czymś podobnym do masonów, po prostu są to świadomi lub nieświadomi "rozbijacze Kościoła od wewnątrz". Takie określenia pojawiają się w tekstach maryjnego wizjonera don Gobiego, które także z innych względów należą moim zdaniem raczej do sfery psychopatologii niż zdrowej duchowości. Jego teksty mówią o księżach jako o "najmniejszych syneczkach" Maryi Panny, która ich jednak wkrótce poprowadzi do zaciekłej bitwy przeciwko "wewnętrznym wrogom" Kościoła; sądzę, że nie chodzi tu o wyobrażenie Matki Bożej, jakie możemy wyprowadzić z Ewangelii i zdrowej tradycji Kościoła, ale o przejaw znanej psychologom, patologicznej mieszaniny infantylizmu i agresji u ludzi niedojrzałych wewnętrznie i pełnych kompleksów. Watykan słusznie zabronił owemu księdzu wyrażać tego typu myśli jako "dyktando Panny Maryi", pozwolił je przedstawiać jedynie jako prywatną "medytację", obawiam się jednak, że ten typ pseudomaryjnej duchowości jest zdecydowanie szkodliwy.

Wspomniałeś o Communione e Liberazione i o Opus Dei. Czy poznałeś w Rzymie jeszcze jakiś inny ruch w Kościele?

Ze wszystkich ruchów, które poznałem w Rzymie, najsympatyczniejszy dla mnie osobiście był ruch San Eggidio, który powstał jako modlitewna i zaangażowana społecznie grupa młodych przy kościółku pod takim samym wezwaniem w rzymskiej dzielnicy Trastevere blisko najdroższego mi w Rzymie kościoła świętego Bartłomieja. Ten ruch nie tylko pracuje ofiarnie na rzecz biednych w Rzymie i w najuboższych krajach świata, ale wiele działa też w ramach dialogu międzyreligijnego - na ich zaproszenie wziąłem udział w kolokwium chrześcijan, żydów i muzułmanów zorganizowanym w rzymskim ratuszu. Ludzie z ruchu San Eggido wydawali mi się normalnymi, autentycznymi chrześcijanami, którym nie chodzi o władzę. Cieszę się, że mają swych zwolenników także w Pradze i od czasu do czasu bywam z nimi w kontakcie.

Wróćmy jednak jeszcze do tego, jak przeżywałeś wizytę papieża w Czechosłowacji.

Ostatniego dnia marca 1990 roku wróciłem do Pragi. Przed wizytą papieża spotkałem się jeszcze kilka razy z Václavem Havlem, który także bardzo odpowiedzialnie przygotowywał się do tej wizyty. W Wielką Sobotę po południu spotkaliśmy się w Lánach i rozmawialiśmy na temat niektórych szczegółów a także o przesłaniu, które papież przekazał Havlowi za moim pośrednictwem. Następnie prezydent zabrał mnie autem z powrotem do Pragi, ponieważ chciał uczestniczyć w nabożeństwie w kościele świętego Gabriela, gdzie wtedy działał Václav Malý. Poprosił kierowcę, aby sam mógł prowadzić wóz. Zrobił także jeden ze swych słynnych "wypadów". Zatrzymaliśmy się w pewnej ludowej karczmie na peryferiach Pragi, gdzie nieoczekiwana wizyta prezydenta wywołała prawdziwe zamieszanie. Dziwiłem się brawurze, z jaką Václav Havel potrafił komunikować się z ludźmi, którzy zachowywali się wobec niego rzeczywiście wbrew kanonom protokołu dyplomatycznego i przedkładali mu różne prośby i pomysły. Pierwszy obywatel państwa, u którego zawsze dostrzegałem swoistą nieśmiałość, potrafił wyjątkowo podołać tym po ludzku skomplikowanym sytuacjom.

Potem nadeszła wizyta papieża, która była pewnym punktem zwrotnym także w polistopadowym rozwoju stosunków między Kościołem a społeczeństwem. Pierwsza w historii wizyta papieża na ziemiach czeskich, w dodatku słowiańskiego papieża, była pojmowana jak święto wolności. Václav Havel skomentował to pamiętnymi słowami, którymi powitał papieża na lotnisku: "Nie wiem, czy wiem co to jest cud". Wizyta cieszyła się ogromnym zainteresowaniem naszych i światowych mediów. Przyjechały setki dziennikarzy i niejednemu z nich musiałem opowiadać o historii, współczesności i prognozach życia Kościoła w naszym kraju.

Sama wizyta papieża była wspaniałym świętem. Było to niewiarygodne, że w naszym kraju udało się wszystko przygotować pod względem organizacyjnym w nieprawdopodobnie krótkim czasie, praktycznie bez doświadczenia i bez "infrastruktury" w Kościele i społeczeństwie. Przemówienia papieża trafiały w sedno najważniejszych problemów Kościoła i społeczeństwa i potrafiły przykuć uwagę ludzi spoza środowisk kościelnych.

Z drugiej strony było jasne, że niektóre kręgi polityczne chciały na tym wydarzeniu zbić polityczny kapitał przed wyborami; w żałosny sposób celował w tym lider ludowców Bartončík wkrótce odsunięty jako były agent StB. Być może, właśnie ta okoliczność wywołała rezerwę u wielu ludzi, którzy do tej pory mieli przyjazny stosunek do katolików. Dostrzegłem także pewien kryzys w stosunkach ekumenicznych; słyszałem od niektórych przedstawicieli Kościołów niekatolickich, że zachowujemy się tak, jak gdyby Kościół katolicki był jedynym Kościołem w Czechosłowacji, i że jakoś zapomniano o ich istnieniu. Ze strony niektórych ludzi znów zaczynały pobrzmiewać antyklerykalne tony, które w ciągu następnych lat rozlegały się dość mocno. Zauważyłem także u niektórych, zwłaszcza młodych katolików, którzy konwertowali na łono Kościoła w jego ukrytej i stłumionej postaci, ujawniony niespodziewanie opór psychologiczny przeciwko wszystkiemu, co było oficjalne: byli zaskoczeni oficjalnością Kościoła wokół wizyty papieskiej. Wymowne świadectwo o tym podaje na przykład "Księga Kraft" Martina Putny. Kościół wkraczał w nową przestrzeń, a jednak niektórzy z nas byli tak upojeni nowymi możliwościami, że stracili więź z resztą społeczeństwa.

Wraz z wizytą papieża w kwietniu 1990 w pewnym sensie skończył się okres porewolucyjnej euforii i zaczęła się szara codzienność.

Po wizycie papieża uformowała się Konferencja Biskupów. Wielu z nowo mianowanych biskupów było moimi przyjaciółmi i współpracownikami z komitetu Dziesięciolecia. Ten fakt okazał się dla dzieła Dziesięciolecia paradoksalnie dość fatalny, ponieważ ci, którzy mieli być jego krzewicielami, byli teraz pochłonięci szeregiem nowych zadań. Irytowało mnie, że wielu z nich było zbyt pochłoniętych praktycznymi krótkofalowymi potrzebami, a bardziej długofalowe koncepcje, do których należało Dziesięciolecie, nie znalazły się wśród ich priorytetów, jakby o nim zapomnieli. Idee Dziesięciolecia systematycznie i wytrwale przypominali właściwie tylko dwaj biskupi, Liška i Otčenášek. Byli to wprawdzie ludzie dobrzy, pobożni i wewnętrznie uczciwi, ale swoją formacją teologiczną i wyobrażeniem o Kościele tkwiący raczej w przeszłości, niż otwarci na przyszłość.

Dla mnie powstało pytanie, gdzie jest moje miejsce. Czy mam się poświęcić duszpasterstwu w kościele Najświętszego Salwatora i na wydziale, czy też trwać nadal w bliskości kardynała Tomáška? Kardynał rzeczywiście przeprowadził Kościół przez próg wolności, ale teraz był to już naprawdę stary i schorowany człowiek. Tuż przed rewolucją w Czechosłowacji na podstawie kompromisu między komunistycznym reżimem i Watykanem mianowano kilku biskupów, którzy nie pochodzili co prawda z szeregów kolaboranckiego Pacem in terris, ale dobrze poinformowana StB uważała, że nie będą oni chyba osobistościami, pod których kierunkiem Kościół mógłby rozkwitnąć. Na ważne stanowisko praskiego wikariusza generalnego został mianowany Jan Lebeda, o którym Zvěřina trafnie powiedział: "Tego już znam od pół wieku; to był starzec już w gimnazjum!" Nie mniej jednak - był to biskup, a ludzie z kręgu doradców o kardynała Tomáška sami usunęli się w cień. I oto teraz nikt o nich nie zapytał, ani Mádr ani Zvěřina nie zostali powołani na Wydział Teologiczny (Zvěřina otrzymał później funkcję "honorowego dziekana", ale został przez nowego dziekana Wolfa ostentacyjnie zignorowany), a kiedy zaczęła się zbierać Konferencja Biskupów, to nawet nie szukano współpracy z ludźmi z "Seniora". W tej sytuacji dowiedziałem się, że niektórzy młodsi biskupi rozważają moją kandydaturę na stanowisko sekretarza generalnego Konferencji Biskupów. Oznaczałoby to, że mógłbym w pewien sposób zapewnić ciągłość między kręgiem, ktory stał po stronie kardynała Tomáška w krytycznych latach przed upadkiem komunizmu, a obecnym kierownictwem Kościoła w nowej sytuacji. Sekretarz Konferencji Biskupów - zwłaszcza w takim okresie tworzenia podstaw - to bardzo odpowiedzialna funkcja; czy będę mógł połączyć ją z pozostałymi zadaniami kapłańskimi i pedagogicznymi, ku którym spontanicznie skłaniało się moje serce?

Postanowiłem być w tej sprawie wewnętrznie wolny, decyzję całkowicie pozostawić biskupom i przyjąć ją jako wolę Bożą. Ogromnie mi ulżyło, kiedy na pierwszym posiedzeniu Konferencji Episkopatu zdecydowano, że wikariuszem generalnym ma zostać któryś z biskupów, a nie zwykły ksiądz; wybór padł na biskupa Radkovskiego. Jednak po krótkim czasie biskupi postanowili wybrać sekretarzy także dla części czeskiej i słowackiej, i wtedy wybór rzeczywiście padł na mnie, więc zostałem wybrany i mianowany sekretarzem Czeskiej Konferencji Biskupów. Wprawdzie kardynał Tomášek dał mi do zrozumienia, że zwolni mnie z pozostałych obowiązków kościelnych, ale później jakoś o tym pozapominano, motywując, że na wydział i do kościoła akademickiego trudno będzie znaleźć zastępcę. I tak oto nie stałem się wprawdzie multibeneficjentem - ta funkcja była honorowa i bezpłatna - ale jakimś "multifunkcjonariuszem", co chyba nie było zbyt zdrowe. Przez kilka lat żyłem z poczuciem, że wpadłem do dzikiej, rozlanej rzeki niezmierzonego mnóstwa zadań, które znacznie przekraczają siły jednostki.

A jak wyglądały początki Konferencji Biskupów?

Sekretariat pracował najpierw w pałacu arcybiskupim, a potem przeniósł się do budynku wydziału na ulicę Thákura. Prawie nieprzerwanie pojawiali się tam jacyś goście proponujący różne usługi i kontakty, niestety było wśród nich wielu oszustów, których nęciła wizja, że mogliby się jakoś urządzić przy administrowaniu majątkiem kościelnym, jeśli zostanie on zrestytuowany. Cudzoziemcy natomiast prosili nas o relacje i świadectwa, tak że po pewnym czasie miałem już alergię na to wszystko, co nazywałem opowieścią o tym, "jak cierpieliśmy". Trochę przypominało mi to piękną scenę z "Inwazji jaszczurów" Karola Čapka, gdzie proczesko nastawiony jaszczur pyta, czy w Czechach po Białej Górze rzeczywiście tak pięknie lamentowaliśmy i czy na Staromiejskiej Wieży Mostu Karola wiszą jeszcze głowy ściętych panów czeskich...

Poznałem tam jednak również ciekawych ludzi, na przykład grupę młodzieży z Hongkongu, która bardzo interesowała się inicjatywą Dziesięciolecia. Mówili, że mają analogiczny program duszpasterski, który ma ich przygotować do nowej sytuacji historycznej, kiedy pod koniec tysiąclecia zostaną przyłączeni do komunistycznych Chin. Przygotowują się zatem do odwrotnego procesu, niż my przeżywamy. Interesowały ich wszelkie sposoby, dzięki którym mogliśmy przeżyć w czasach komunizmu.

Początki Konferencji Biskupów były bardzo smutne. Podczas pierwszych posiedzeń uświadomiłem sobie, jak wielu nowo mianowanych biskupów jest zaskoczonych swoją nową funkcją. Większość z nich nie miała dotychczas żadnego doświadczenia w kierowaniu ludźmi i w pracy menedżerskiej, w organizowaniu ludziom czasu, wybieraniu i motywowaniu swoich współpracowników, przydzielaniu im zadań i organizowaniu spotkań. Kiedyś w Instytucie Ministerstwa Przemysłu przez dziesięć lat uczyłem socjologii i psychologii zarządzania, więc starałem się trochę pomóc, ale jestem przekonany o prawdziwości przysłowia mówiącego, że nikt nie jest prorokiem w swoim kraju.

Pomoc jednak przyszła z zagranicy, od pewnego bogatego, pobożnego i oświeconego szwajcarskiego handlowca i od jednego z najwybitniejszych europejskich teologów pastoralnych, profesora Zulehnera z Wiednia. W ramach Konferencji Biskupów został zaproponowany program szkoleniowy w dziedzinie zarządzania, z nastawieniem na zarządzanie pracą w Kościele. Składał się z trzech tygodni rozłożonych na półtora roku. Pierwszy odbywał się w Austrii, drugi w Pasawie, a trzeci jesienią 1992 roku w Jerozolimie. Były to praktyczne szkolenie pod kierunkiem grupy psychologów i socjologów, bardzo podobne do tego, czego sam kiedyś uczyłem. Stosowano metody aktywnego nauczania społecznego, zwłaszcza odgrywania roli. Program był przeplatany wykładami z teologii i medytacjami profesora Zulehnera, a kierownikem duchowym całego kursu był bardzo sympatyczny biskup z Brixenu we Włoszech. W jednym ze spotkań uczestniczył także kardynał König, były arcybiskup wiedeński, jeden z architektów II Soboru Watykańskiego i oczywiście główny inspirator wyboru krakowskiego kardynała na papieża podczas ostatniego konklawe. Z kardynałem Königiem poznałem się podczas swojego krótkiego pobytu służbowego na kongresie psychologicznym w Wiedniu w 1988 roku, a potem spotykałem się z nim niemal co roku przy różnych okazjach. Każdą rozmowę wspominam z wdzięcznością, ponieważ uważam go za prawdziwego duchowego arystokratę, a także za wzór nowoczesnego pasterza Kościoła, jedną z największych postaci katolicyzmu dwudziestego wieku.

Na czym właściwie polegała funkcja sekretarza Konferencji Biskupiej?

Niektóre obowiązki są określone przez status, zwłaszcza administracyjno-organizacyjne zapezpieczenie poszczególnych posiedzeń plenarnych Konferencji Biskupów, przygotowanie podstawowych materiałów i opracowanie protokołów z wyznaczeniem odpowiedzialności i terminów zadań, które przypadły poszczególnym biskupom i komisjom. Trzeba jednak pamiętać, że na początku poruszaliśmy się prawie w próżni, wszystkie komisje i inne struktury trzeba było budować od podstaw. Tworzył się również "image" i profil roboczy tej właśnie funkcji i jak przy każdej funkcji wiele zależy od osobowości jej pierwszego wykonawcy.

Z tego okresu mile wspominam człowieka, z którym współpracowałem najściślej, sekretarza generalnego konferencji biskupów, Františka Radkovskiego. W całym życiu nie poznałem człowieka tak pokornego, cichego, pracowitego, na którym wysoka ranga nie zostawiła żadnego negatywnego śladu. Był to jednak człowiek zbyt dobrego serca, który miał trudności z powiedzeniem komuś "nie", i zamiast czegoś ostro zażądać, kogoś odprawić czy napomnieć, przedłużał raczej swój własny czas pracy i pracował z poświęceniem ponad wszelką rozsądną miarę. Naprawdę nigdy nie widziałem go rozzłoszczonego albo w złym nastroju; tylko czasami, kiedy wytykałem mu, że ludzie nadużywają jego dobroci, albo że nie pamięta o swoim zdrowiu, zamieniał swój płomienny chłopięcy uśmiech na smutny uśmiech; był to, mówiąc słowami Pisma, "prawy Izraelita, w którym nie ma podstępu".

Muszę przyznać, że podczas posiedzeń Konferencji Biskupów często wykraczałem poza rolę sekretarza, który tylko notuje, i nie mogąc wytrzymać zabierałem głos w sprawach, o których dyskutowano. Niektórzy biskupi to akceptowali, ponieważ dobro sprawy stawiali wyżej niż protokolarne obowiązki, inni tylko tolerowali, ale niektórym, zwłaszcza biskupom słowackim, to nie odpowiadało. Oczywiście ci, którzy nie chcieli słuchać moich uwag, zawsze mogli mi dać delikatnie do zrozumienia, że jestem tylko zwykłym księdzem, albo że nie mam dość doświadczeń w oficjalnej działalności duszpasterskiej i wtedy musiałem milczeć.

Raz nie wytrzymałem i pozwoliłem sobie przedstawić jakiś pakiet propozycji, które zostały potem rzeczywiście zaprotokołowane, i nad większością z nich odbyło się głosowanie. Zapropnowałem, aby przeprowadzono dokładne badanie socjologiczne, które oceniłyby realny stan religijności w naszym kraju, aby został zwołany i solidnie przygotowany synod plenarny i aby powołano zespół specjalistów, którzy wypracowaliby podstawy dla kompetentnego wypowiadania się Konferencji Biskupów w sprawach publicznych według wzoru "społecznego listu pasterskiego" biskupów austriackich. Na pierwszą propozycję jeden z biskupów słowackich zareagował: "Po co badania socjologiczne? Każdy proboszcz przecież wie, jak jest!" Na temat pozostałych punktów wielu biskupów wypowiedziało się jednak pozytywnie i dzięki temu zostały przegłosowane. Jednakże propozycja realizacji synodu leżała nietknięta w szufladzie przez szereg lat, zespół specjalistów od problemów społecznych powstał dopiero po latach przy Czeskiej Akademii Chrześcijańskiej, pomysł społecznego listu pasterskiego wznowiony został właśnie w tym tygodniu. Nie chcę oczywiście za tę zwłokę winić biskupów, chociaż miałem na to ochotę w ostatnich latach. Możliwe, że się starzeję i jestem bardziej zgodliwy, realniej myślący i cierpliwszy - uważam, że sprawy muszą dojrzeć. Ale wtedy byłem wewnętrznie dość niecierpliwy, sfrustrowany i rozzłoszczony.

Poruszać się jako zwykły kapłan wśród biskupów, z którymi miałeś często ściślejsze niż tylko urzędowe kontakty, nie było chyba rzeczą łatwą.

Tak, ale mógłbym opowiadać na ten temat także szereg anegdot. Kiedyś na przykład przyjechałem na zaproszenie polskich biskupów na ich posiedzenie plenarne razem z naszymi dwoma biskupami, Radkovskim i Lobkowiczem. Uczestniczyłem w całotygodniowym posiedzeniu wielkiej Konferencji Episkopatu Polski. Już wówczas miałem tam kilku dobrych osobistych znajomych, z którymi poznałem się przed "listopadem". Było to być może po raz pierwszy w historii, że uczestnikiem posiedzenia był ktoś, kto nie był biskupem. Podczas każdej przerwy podchodził do mnie jeden polski biskup za drugim i zadawał mi pytanie: "Księże biskupie, dlaczego ksiądz nie nosi piuski?", czyli czapki biskupiej. Ja na to: "Z tego prostego powodu, że nie jestem biskupem". Oni mówili: "Ksiądz jeszcze nie jest wyświęcony, a tylko mianowany". Ja na to: "Nie jestem nawet mianowany". Oni jednak się nie poddawali i znów mówili: "Ach tak, to jest jeszcze tajne, rozumiem, jeszcze nie można tego upublicznić". Kiedy podszedł do mnie chyba ze czterdziesty drugi biskup z takim samym pytaniem, podszedłem do Františka Radkovskiego i powiedziałem: "Františku, mam dość tego, jadę do domu". Nasi biskupi uspokoili mnie i obrócili to w żart. Podczas całego tego posiedzenia to się jednak w jakiś sposób powtarzało. Pojawił się także niezwykły problem liturgiczny, w jaki sposób mam iść jako niebiskup w procesji biskupów na nabożeństwo. Za każdym razem podbiegał jakiś biskup i wciskał mi swoją czapkę, a kiedy się broniłem, mówił, że muszę ją przymierzyć. Jemu też kiedyś przymierzali, i w końcu wylądowała mu na głowie.

Skoro tyle już obracałeś się w środowisku "biskupim", musiało ci przyjść do głowy, że ta wspomniana tutaj "piuska" może w końcu naprawdę znajdzie się na twojej głowie. W ten sposób przechodzimy do delikatnego tematu, który w Kościele poruszany jest raczej po cichu, a już w ogóle nie poruszają go ci, których to dotyczy. Krótko mówiąc: Dlaczego nie zostałeś biskupem, chociaż wśród mniej lub bardziej wtajemniczonych mówiło się na ten temat w tamtym okresie?

Pewne kręgi katolickie spędzają całe godziny na paplaniu o tego typu sprawach, podobnie jak inni zajmują się sytuacją na torze wyścigowym; myślenie o tym, nad kim się teraz unosi mitra, zawsze mnie mocno nudziło. Tak, wielokrotnie słyszałem z różnych stron opinie, że nadchodzi możliwość mianowania mnie biskupem, i pojawiło się to kilkakrotnie również w prasie zagranicznej. Zresztą nie było to po raz pierwszy, kiedy nade mną pojawił się cień mitry. Już w czasie przedlistopadowej konspiracji otworzyła się pewna możliwość, gdy zastanawiano się nad tajnym święceniem biskupa dla określonego kręgu, i powiedziano mi, że jestem na liście proponowanych. Watykan jednak wyczuwał już wtedy skomplikowaną sytuację z tajnymi święceniami biskupimi w czeskim podziemiu i był bardziej niż powściągliwy; w tamtym okresie nie oznaczałoby to przyjęcia mitry i rezydencji, lecz tajne zadanie, związane ze skrajnym zagrożeniem wolności a być może nawet życia.

Ale nawet po rewolucji nie należałem do ludzi, którzy pod słowem biskup mogliby wyobrażać sobie tylką złotą mitrę, miękkie fotele w pierwszym rzędzie i państwową recepcję. Widziałem z bliska jak chyba nikt inny, co w rzeczywistości człowiek poprzez tę funkcję - zwłaszcza w tamtych naszych realiach - na siebie bierze. Wiedziałem, że do posługi biskupa należy także uciążliwa rutynowa praca i konieczność podejmowania trudnych i odpowiedzialnych decyzji. Często biskup, nie z własnej winy, jest zdany wyłącznie na siebie, ponieważ w naszym środowisku ciągle odczuwa się wielki niedostatek wykwalifikowanych ludzi, nie mówiąc już o samotności, którą zawsze niesie ze sobą wysoka pozycja w hierarchii. Z drugiej strony istnieje konieczność spotykania się z wieloma ludźmi, którym nie chodzi o nic innego, jak tylko o to, żeby potrząsnąć ręką księdza biskupa. Biskup spędza długie godziny na najróżniejszych spotkaniach i uroczystościach i często nie znajduje nawet szczelinki na życie prywatne. W swojej funkcji kościelnej ma niewiele swobody. Kto miał możliwość zetknięcia się z tym środowiskiem tak jak ja, ten jest całkowicie uodporniony na szaloną "mitrosis inflamans", jak żartobliwie nazywa się niepohamowane dążenie niektórych księży do godności biskupiej.

Z drugiej strony wiedziałem, że jest to także okazja, by zrobić sporo dobrego dla Kościoła i społeczeństwa i że realnie biorąc nie jestem mniej inteligentny, wykształcony, doświadczony życiowo i oddany Kościołowi niż wielu z tych, którzy tę posługę wykonują.

Próbowałem więc podchodzić do tej teoretycznej możliwości z ignacjańską indyferencją, czyli wewnętrzną wolnością. Kiedy zadawałem sobie pytanie, w jaki sposób mógłbym być najbardziej użyteczny Kościołowi, widziałem, że są w nim nie obsadzone role. Miałem wrażenie, że w Kościele brakuje kogoś, kto byłby ogniwem łączącym między kościołem a zsekularyzowanym społeczeństwem, zwłaszcza między Kościołem a ludźmi "poszukującymi", którzy jednak wobec Kościoła prezentują nieco sceptyczną postawę. Ale czy to musi być akurat biskup?

Ta sprawa dotyczyła oczywiście twoich nowych przełożonych, ponieważ decyzja była także w ich rękach. Czy rozmawiałeś o tym z którymś z biskupów?

Kiedy w 1991 roku byłem na stypendium w Rzymie, przyjechał tam na kilka dni arcybiskup Vlk i rozmawialiśmy także na temat mojej przyszłości. Powiedziałem mu, że na ten problem nie chcę patrzeć z perspektywy swoich korzyści osobistych, ale z punktu widzenia potrzeb Kościoła. Potem poprosiłem go o rozważenie następujących propozycji: po pierwsze, czy w naszym Kościele nie powinien zostać wyznaczony ktoś, kto zajmowałby się kontaktami między Kościołem a społeczeństwem, zwłaszcza dialogiem z niewierzącymi i poszukującymi, ze światem kultury, a także duszpasterstwem inteligencji. Po drugie, należałoby rozważyć ramy instytucjonalne, czy miałby to być nieformalny doradca arcybiskupa czy Konferencji Biskupiej, wikariusz biskupi ewentualnie biskup pomocniczy, żeby jak najlepiej odpowiadało to powadze owej misji; Jan Paweł II mianował w ostatnim czasie w kilku światowych metropoliach biskupów pomocniczych do spraw kultury, nauki i sztuki. Po trzecie, żeby rozważył personalny aspekt tego zadania. Jeśli wiedziałby o kimś, kto wykonywałby tę pracę lepiej niż ja, niech mianuje jego, ja naprawdę nie uzależniam swojej wartości od fioletowej barwy skarpetek, nie żądam dla siebie żadnych godności i z ochotą przyjmę choćby miejsce kapłana w Žatcu. Ale skoro pyta się mego serca, to czuję się przygotowany do tego typu zadania i chętnie wezmę je na siebie, jeśli on, jako mój biskup, uzna je za ważne w takiej postaci, która wyda mu się odpowiednia.

Pamiętam te rozmowy w ogrodach watykańskich do dziś. Arcybiskup Vlk odpowiedział mi najpierw z uśmiechem, że miejsce kapłana w Žatcu jest już zajęte, a później dodał poważnie, że tego rodzaju funkcja byłaby pożyteczna i że przypuszcza, iż odpowiadałaby dokładnie moim możliwościom. Istnieje jednak pytanie, jaką miałoby to mieć formę. Jeśli wiązałoby się to z tytułem biskupa, to sądzi, że pojawiłby się tu silny opór ze strony znacznej części kleru. Musielibyśmy bardzo długo poczekać, ponieważ wielu księży nie darzy mnie sympatią, gdyż "zbytnio się różnię", "mam dziwne poglądy".

Rozstaliśmy się, ja zaś poszedłem do swego najbardziej ulubionego kościoła w Rzymie i tam złożyłem wyniki tej rozmowy u stóp Pana. Prosiłem Boga o światło i nagle przyszła odpowiedź. Wiedziałem, że współczesne pokolenie czeskiego kleru naprawdę mnie nie przyjmie, ponieważ horyzonty naszych doświadczeń życiowych oraz typy formacji duchowej i intelektualnej różnią się na tyle, że gdybym się nawet najusilniej starał o "mimikrę", byłoby to i tak daremne, a poza tym wydałbym się sobie nieprawdziwy. Czułem się dzięki tej rozmowie całkowicie uwolniony od jakiegokolwiek myślenia o mitrze biskupiej i chociaż różni przyjaciele w wysokich kręgach kościelnych proponowali mi jakieś zabiegi i protekcje, zawsze odmawiałem. W różnych późniejszych sytuacjach arcybiskup Vlk przypominał mi, jak dobrą podjął wówczas decyzję, ponieważ dzisiaj niewierząca część społeczeństwa, do której się zwracam, przyjmuje mnie bez mitry o wiele pozytywniej, niż gdybym mówił jako wysoki funkcjonariusz Kościoła. Ja sam utwierdziłem się potem w opinii, że wolność wewnętrzna, którą ogranicza wysoki urząd, jest dla mnie daleko cenniejsza niż wszystko, co mogłyby mi dostarczyć tytuły kościelne. Dziś mogę z dumą powiedzieć, że nie ma we mnie, nawet w najmniejszym załomku duszy, ani jednego włoska tęsknoty za mitrą biskupią. Droga akademicka stała się dla mnie o wiele atrakcyjniejsza niż jakakolwiek kariera kościelna. Gdyby było inaczej, odmówiłbym ci dyplomatycznie jakiejkolwiek odpowiedzi na te naprawdę niedyplomatyczne pytania.

Przejdźmy do zupełnie innego tematu. Po listopadzie nie tylko znowu sam uczyłeś, ale także ponownie zacząłeś studiować. Znalazłeś się w ośrodku, w którym studiowały przed tobą całe pokolenia czeskich teologów.

Tak, w czeskim akademiku Nepomucenum formowało się wielu księży, którzy zaznaczyli się wyraźnie w życiu czeskiego Kościoła. Cieszyłem się, że chociaż przez krótki czas przeżywałem coś podobnego co oni. Aczkolwiek jako ksiądz i student podyplomowy nie byłem związany rygorem seminaryjnym, to chciałem go sobie przynajmniej przez chwilkę posmakować i w dodatku porządnie go zaostrzyłem. Wstawałem o godzinie piątej, brałem zimny prysznic (sądząc, że nic gorszego mnie już tego dnia nie może spotkać), następnie medytowałem w zimnej kaplicy, odprawiałem Mszę, a potem pracowałem całe przedpołudnie. Po obiedzie i krótkiej sjeście kontynuowałem pracę aż do wieczora. Później spacerowałem po parku Nepomucenum i znowu pracowałem aż do godziny pierwszej w nocy. W tym rytmie żyłem nieprzerwanie przez kilka miesięcy, codziennie oprócz niedziel, kiedy odwiedzałem różne miejsca w Rzymie.

Ten system rozkładu dnia zaczął mi odpowiadać. Później mawiałem żartem, że sjesta jest częścią mojej rzymskokatolickiej tożsamości i wyrazem mojej duchowej solidarności ze Stolicą Apostolską. Taki rytm dnia daje bowiem możliwość wykorzystania błogosławieństwa dwóch bardzo owocnych części dnia, czyli wczesnego rana i późnej nocy. Ludzkość dzieli się przeważnie na tych, którzy wstają wcześnie rano, i tych, którzy długo pracują do nocy. Dzięki sjeście uświadomiłem sobie, że jest możliwe połączenie obu tych rzeczy i że przynosi to wiele korzysści.

Zewnętrzne okoliczności studiowania były bardzo niesprzyjające, ponieważ akademik był prawie nie ogrzewany, pokoje miały wysokość około czterech metrów, marmurową podłogę bez dywanu i pojedyncze okna. Była szczególnie uparta i dokuczliwa zima. Studiowałem owinięty w koce, z czapką na głowie i w dwóch swetrach. Potem przyszło pozornie bajkowe rozwiązanie: hrabina Wallenstein, która wyszła za mąż za dyplomatę austriackiego przy Watykanie, zatelefonowała do mnie, że ponoć w czasie Mszy wpadła na pomysł, że pożyczy mi piecyk gazowy. Z tego piecyka oczywiście ulatniał się gaz, dlatego często musiałem się decydować, czy wolę umrzeć z zimna, czy z zatrucia gazem. Kiedy gaz osiągnął w pokoju takie stężenie, że nie można było oddychać, wpuszczałem do środka lodowate powietrze i na odwrót.

Podczas Mikołajowego wieczoru studenci cudownie skarykaturowali te chłodne warunki; odegrali scenkę, w której kolegium kardynałów obraduje nad tym, czy mają kanonizować wicerektora seminarium, który umarł w Nepomucenum z powodu przeziębienia. Doszli do wniosku, że jest to śmierć męczeńska i nowy święty zostanie mianowany patronem Grónska, a pierwszy watykański lodołamacz będzie nazwany jego imieniem

Po raz pierwszy zakosztowałem tu atmosfery seminarium. Chciałem bowiem przeżyć również i to. Pamiętałem, że ludzie, którzy odgrywali w moim życiu ważną rolę - Zvěřina, Mandl, Reisnberg - wspominali długie nepomuceńskie zimy, które w stawach alumnów zostawiały ślady na całe życie.

W Rzymie spędziłem Wielkanoc i uczestniczyłem we wszystkich obrzędach w katedrze świętego Piotra. W Wielki Czwartek wszyscy księża obecni w Rzymie odnawiają swe śluby, pięknie przeżyłem doświadczenie tej wielkiej międzynarodowej wspólnoty. W Wielki Piątek wraz z pielgrzymami wchodziłem na klęczkach po Świętych Schodach w pobliżu Bazyliki na Lateranie, a w nocy brałem udział w Drodze Krzyżowej, odprawianej przez papieża w Koloseum. W czasie Mszy papieskiej w wigilię Zmartwychwstania rozdawałem Komunię Świętą i dzięki temu bezpośrednio uczestniczyłem we wspaniałej liturgii. W Wielkim Tygodniu nadeszła także wiadomość o mianowaniu mojego długoletniego przyjaciela Miloslava Vlka arcybiskupem praskim.

Jeszcze nie rozmawialiśmy o tym, czego dotyczyły twoje studia.

Skorzystałem z oferty stypendium watykańskiego i życzliwości profesora Skalickiego, abym pod jego przewodnictwem dokończył podyplomowy kurs na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Laterańskiego. Jako specjalizację wybrałem religioznawstwo, ponieważ Karel Skalický był szefem tego kierunku, a ja mogłem nawiązać do swych poprzednich studiów, zarówno teologicznych, jak i filozoficznych, socjologicznych czy psychologicznych. Religioznawstwo o orientacji fenomenologicznej i hermeneutycznej ze szczególnym uwzglednieniem filozofii i socjologii religii wydawało mi się logicznym zwieńczeniem i integracją dotychczasowych zainteresowań, jeszcze bardziej niż wcześniejsze akcentowanie nauki społecznej Kościoła.

Zostałem zwolniony z praskich obowiązków tylko na kilka miesięcy jesienią 1990 roku i potem na krótko na obronę pracy licencjackiej w lutym 1992. Musiałem się przygotować i pozdawać egzaminy chyba z dwunastu przedmiotów i napisać pracę. Niektóre egzaminy zostały jednak zaliczone po przedłożeniu indeksu z okresu studiów na Wydziale Filozoficznym w Pradze, a podczas zdawania pozostałych mogłem obficie korzystać z wielu lat intensywnego studiowania na wydziale oraz ze studiów odbywanych samodzielnie i w tajnych seminariach. Był to cudowny i bardzo pożyteczny spacer przez moją dotychczasową drogę intelektualną. Przede wszystkim egzamin z buddyzmu przypomniał mi cały mój wcześniejszy dialog z buddyzmem i zen. Także egzamin z wczesnej chrystologii oznaczał dla mnie powrót do tekstów gnostycznych, którymi się wcześniej zajmowałem. Podczas egzaminów z filozofii religii i historii ateizmu mogłem czerpać z naszego długoletniego nietzcheańskiego seminarium, w psychologii religii natomiast ze znajomości Freuda i Junga. Zdałem te egzaminy w bardzo krótkim czasie i ukończyłem, jeśli mogę się pochwalić, "summa cum laude", to znaczy z maksymalną liczbą uzyskanych punktów. Przede wszystkim jednak cieszyłem się z tego, że mogłem wyrwać się ze schematów życia porewolucyjnego i poświęcić się studiom.

O temacie swej pracy licencjackiej zadecydowałem podczas egzaminu u profesora Pietra Cody z przedmiotu "Wiara i kultura". Chciał ode mnie referatu dotyczącego współczesnej kultury czeskiej i katolicyzmu. Przyszło mi do głowy, że dobrze byłoby opracować rzymskie czeskie czasopismo "Studie", które było jednym z najstarszych czasopism emigracyjnych. Od swego powstania aż do zaniku przez ponad trzydzieści lat odzwierciedlało rozwój czeskiego katolicyzmu. Czerpało nie tylko z oryginalnych prac autorów emigracyjnych i z przekładów, ale obficie także z rodzimych źródeł, przede wszystkim z samizdatu. Jego wpływ był wprawdzie ograniczony, ale widoczny. Dlatego postanowiłem, że swoją pracę licencjacką poświęcę temu zagadnieniu.

Była to dla mnie okazja do zastanowienia się nad tym, co tworzyło podwaliny czeskiego katolicyzmu w ciągu ostatnich trzydziestu lat oraz nad autorami, którym zależało na "czeskiej teologii". Na emigracji należeli do nich głównie Vrána, Skalický i Heidler, w kraju Mandl, Zvěřina i Mádr. Nasunęło mi się kilka ciekawych analogii - analogia między rodzimą a emigracyjną gałęzią czeskiej myśli katolickiej również w okresie, gdy miały ze sobą minimum kontaktów, analogia między finałem Drugiego Soboru Watykańskiego a tym, do czego dojrzeli niektórzy teolodzy pod presją komunizmu. Wspominałem rozmowy, które miałem zwłaszcza z Antonínem Mandlem.

Znalazłem tam także materiał potwierdzający tezę, którą kiedyś wyraziłem na podziemnych seminariach w Pradze w dyskusji z J. B. Metzem, że teologia po Oświęcimiu powinna zostać uzupełniona teologią po Gułagu. Między latynoamerykańską teologią wzywolenia a tą właśnie teologią istnieją paralele. Jako chyba jedyny z czeskich teologów jakąś drogę zrozumienia dla motywów teologii wyzwolenia znalazł profesor Skalický. Ale także Jakub Trojan zajmował się stosunkiem do "struktur grzechu", a Mádr wniósł swój wkład przez oryginalne ekleziologiczne refleksje w rozprawie "Jak Kościół nie umiera". W Polsce nad podobnymi tematami rozmyślał Józef Tischner. Recenzentami mojej pracy byli profesor Skalický, który nazwał ją "rachunkiem sumienia czeskiego katolicyzmu", profesor Vrána oraz polski teolog i filozof Stanisław Grygiel; obroniłem ją na początku 1992 roku. Praca swoim zakresem i zamierzeniem przewyższała wymagania stawiane pracom licencjackim, pozostawało więc tylko stosunkowo małe uzupełnienie, by można było opracować ten temat w rozszerzonej postaci jako pracę habilitacyjną; potem nadałem swojemu rękopisowi bardziej popularną formę i wydałem w książce pod nazwą "Wiara i kultura".

Pod koniec 1992 roku habilitowałem się w specjalności socjologii na Uniwersytecie Karola w Pradze, miałem wykład habilitacyjny o socjologicznym aspekcie encyklik społecznych Jana Pawła II. Pamiętałem o życzeniu papieża, abym studia podyplomowe odbywał nie tylko w Rzymie, ale także w Polsce, przyjąłem propzycję profesora Kruciny, który był pochodzenia czesko-polskiego, by habilitować się pod jego kierunkiem we Wrocławiu na Papieskim Wydziale Teologicznym w dziedzinie teologii praktycznej z uwzględnieniem społecznego nauczania Kościoła. Ponieważ oprócz licencjatu teologii z Rzymu miałem także praski doktorat z pokrewnej specjalności (filozofii i socjologii, a dysertacja miała jako temat naukę społeczną Kościoła), kierownictwo wydziału uznało to za dostateczną podstawę do habilitacji; jako pisemny dowód musiałem przedłożyć cały plik swych prac specjalistycznych (wymagane minimum jedenastu publikowanych artykułów już spełniałem) i i wygłosiłem swój wykład habilitacyjny; oparty na wnioskach z mojego studium o czeskiej kulturze katolickiej w okresie posoborowym. Ponieważ dziekan Wydziału Teologicznego we Wrocławiu wiedział o moich napięciach z kierownictwem Wydziału Teologicznego w Pradze i ponieważ chodziło o pierwszą habilitację czeskiego teologa w Polsce, komisja przy przewodzie habilitacyjnym składała się nie jak zwykle z trzech członków, ale z dwudziestu dwóch czołowych profesorów teologii z różnych uniwersytetów z całej Polski, włącznie z dziekanem słynnego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i przewodniczącym Komisji Episkopatu Polski do Spraw Kształcenia Teologicznego, biskupem profesorem Nossolem. Przewód habilitacyjny był solidny, a dyplom doktora habilitowanego teologii przekazywał mi osobiście kanclerz Wydziału, arcybiskup wrocławski kardynał Gulbinowicz. I tak lata cichego studiowania po długim okresie przyniosły w szybkim tempie owoce.

Jednak twoja współpraca z Rzymem była kontynuowana nawet po definitywnym powrocie ze studiów...

Jak wspomniałem, zostałem mianowany przez papieża doradcą Papieskiej Rady do Dialogu z Niewierzącymi. Papieżowi pomagają w kierowaniu Kościołem różne dykasterie watykańskie: dziewięć z nich to kongregacje, czyli w pewnym sensie "ministerstwa", na czele których zawsze stoi kardynał-prefekt (na przykład Kongregacja Nauki Wiary, Kongregacja do Spraw Biskupów, Kongregacja do Spraw Kanonizacji itp.). Jest też kilka "rad papieskich" - Rada do Spraw Rodziny, do Spraw Mediów itp. Trzy z nich mają jako swoją misję dialog i są owocem Drugiego Soboru Watykańskiego: Papieska Rada do Spraw Jedności Chrześcijan, do Spraw Dialogu z Niechrześcijanami i w końcu do Spraw Dialogu z Niewierzącymi.

Ojcem ideowym i pierwszym prezesem tej rady był wspomniany już wielki kardynał König. Za "moich czasów" prezesem był francuski kardynał kurialny Paul Pouppard. Jego zadaniem było studiowanie rozwoju i odmian ateizmu w świecie i szukanie wspólnych punktów dla współpracy z niewierzącymi. Formą były różne narady, kolokwia, konferencje międzynarodowe, ale także działalność akademicka i publikatorska, ewentualnie kierowanie pewnymi działaniami z polecenia Ojca Świętego. Członkami byli kardynałowie, biskupi, księża i świeccy praktycznie ze wszystkich kontynentów. Członek rady powinien uczestniczyć w wielkich posiedzeniach raz na dwa lata w Rzymie; w tym czasie odbywało się szereg mniejszych posiedzeń na całym świecie. Było to interesujące także z tego powodu, że pierwszy dzień takich spotkań poświęcony był informacjom z różnych kontynentów na temat sytuacji w tamtejszych Kościołach. Dawało to możliwość globalnego spojrzenia nie tylko na Kościół w świecie, ale i na rodzime stosunki, które człowiek mógł pełniej zrozumieć dopiero w kontekście światowym.

Na zakończenie, uczestników z reguły przyjmował papież podczas audiencji prywatnej, żeby dowiedzieć się o przebiegu i wynikach posiedzenia. Poznałem tam wielką liczbę niezmiernie ciekawych ludzi i nawiązałem kontakty, które były bardzo pożyteczne podczas różnych podróży zagranicznych.

Zapomnieliśmy o twojej pracy duszpasterskiej w środowisku akademickim, chociaż jest ona częścią tego, o co zabiegałeś w Pradze od lat sześćdziesiątych.

Po Listopadzie udało się wreszcie zrealizować to, czego chcieliśmy i potrzebowaliśmy jako już studenci: w kościele Najświętszego Salwatora na Starym Mieście reaktywowano probostwo, które zanikło po wyjeździe Alexandra Heidlera na emigrację po lutym 1948 i stopniowym aresztowaniu wszystkich księży, którzy poświęcali się duszpasterstwu akademickiemu - Mikuláška, Mandla, Zvěřiny i Mádra. Przyszedłem tam w lutym w 1990 roku, kiedy przejąłem administrację tego kościoła od biskupa Antonína Lišky. Odbywała się tylko jedna Msza w niedzielę o godzinie drugiej po południu. Z tych pierwszych nabożeństw pamiętam niektóre charakterystyczne dla tamtego okresu ciekawostki. Na przykład przychodził tam pewien człowiek, który podczas nabożeństwa ostentacyjnie machał różańcem i ciągle klękał w nieodpowiednich momentach. Bardzo zabiegał o kontakt ze mną. Okazało się, że jest to były członek partii komunistycznej, wysoki funkcjonariusz, którego przełożonym został jeden z moich przyjaciół, również katolik. Przyprowadził swoją zakłopotaną i wyraźnie opierającą się córkę, żeby ją ochrzcić. Wydawało mu się, że katolicyzm będzie u nas nową ideologią władzy, która zapewni odcięcie się od dotychczasowych więzów politycznych i wygodne życie w cieple ministerialnej instytucji. Takich przypadków doświadczałem wiele i były to dla mnie dość przerażające spotkania. Starałem się tym ludziom wyjaśnić, że Kościół nie wymaga tego typu lojalności. Wiara nie jest i nie będzie oficjalną ideologią państwową czy biletem wstępu do kariery. Ludzie nie będą zmuszani, by chodzili do kościoła jak kiedyś na pochody pierwszomajowe: wiara ma wartość tylko jako akt wolnej woli. Później uświadomiłem sobie, że ludzie, którzy z tych właśnie powodów doznawali frustracji w swych nadziejach, na nowo odwrócili się od swego kilkumiesięcznego katolicyzmu i skończyli na wielkiej wrogości wobec Kościoła. Naprawdę nie żali mi utraty tego rodzaju zwolenników Kościoła.

Odejście od Kościoła po rewolucji nie musiało być jednak spowodowane rozczarowaniem tego typu. Rozczarowanie mogło mieć poważniejsze przyczyny i mogło dotknąć także ludzi nastawionych zupełnie szczerze.

Jest prawdą, że komuniści zmieniający swoje garnitury to nie jedyny typ ludzi, którzy w środowisku katolickim czegoś szukali, a potem byli rozczarowani. Jak już powiedziałem, pewne sprawy, które rozgrywały się wokół wizyty papieża, działały odpychająco, zwłaszcza na wrażliwych i niezakłamanych młodych ludzi. Zachowanie ówczesnego kierownictwa partii ludowej sprowokowało niektórych radykalnych członków OF do podjęcia zdecydowanych środków przede wszystkim w tak zwanej "aferze bartončíkowskiej". Ówczesny przewodniczący ČSL został w trochę "niestandardowy" sposób podczas wyborów uznany za współpracownika StB, co bardzo zaszkodziło partii w wyborach i wywołało emocjonalne napięcia pomiędzy nowym kierownictwem a wiernymi ludowcami starszej generacji. Od tej pory datuje się wrogość niektórych kręgów katolickich wobec prezydenta Havla i przedstawicieli byłego podziemia. W każdym razie było to niefortunne naruszenie owej przedlistopadowej solidarności między katolikami i tzw. "sympatykami" inspirowanymi przez świecki humanizm. Konflikt ten przeżywałem bardzo boleśnie i uświadomiłem sobie, że swoją mentalnością jestem bliższy ludziom z otoczenia prezydenta Havla, niż przedstawicielom zamkniętego w sobie, walczącego katolicyzmu, który był z zasady nieprzyjazny wobec wszystkiego co "nowe" - wobec posoborowego katolicyzmu i młodej czeskiej demokracji. Kiedy wyraziłem swoją szczerą sympatię dla prezydenta Havla, zaczęła pojawiać się wrogość ze strony tych właśnie kręgów, zwłaszcza z szeregów starszego kleru; to był kolejny powód, dla którego szerzyły się pomówienia o "żydomasoństwo". Otwarcie zapytałem prezydenta Havla, czy jest masonem, a jego jednoznacznie negatywna odpowiedź mi wystarcza; nie wyobrażam sobie, żeby Havel mnie okłamał.

Jak wyglądał u Salwatora program dla studentów?

Na początku odprawiałem tylko "odziedziczoną" niedzielną Mszę popołudniową, wierny zasadzie, że ksiądz po przyjściu na parafię powinien przez pierwszy rok studiować raczej mentalność, niż przeprowadzać wielkie zmiany. Później uzgodniliśmy z moim dawnym przyjacielem Alešem Opatrnym, który działał po rewolucji jako kierownik duszpasterskiego ośrodka arcybiskupstwa praskiego, że będzie mnie zastępować w czasie moich rzymskich pobytów, ale i po powrocie przez pewien czas pracowaliśmy razem u Salwatora. Wspólnie - na początku jednak głównie dzięki jego doświadczeniom - rozszerzyliśmy repertuar programu duchowego w kościele akademickim. Zaczęły odbywać się tam regularne przygotowania do chrztu i wtorkowych Mszy, po których następowały dyskusje. Zaczynało przybywać młodych ludzi, a wśród nich pojawiło się kilku obiecujących współpracowników, z którymi później zawiązała się prawdziwa przyjaźń. Każdego roku była tam i nadal jest przygotowywana do chrztu liczna i praktycznie ciągle wzrastająca grupa młodych ludzi.

Podczas wtorkowych dyskusji mogłem korzystać z własnych doświadczeń z aktywnego nauczania społecznego i z psychoterapii grupowej, przede wszystkim z tego, co się nazywa "pracą skierowaną na grupę" i "grupą skoncentrowaną na temacie", bezdyrektywnym poradnictwem typu rogersowskiego. Uświadomiłem sobie także, jak ważne jest, żebym przede wszystkim w środowisku młodych księży nie występował jako ten, który ma w rękawie odpowiedź na wszystkie pytania. Trzeba pobudzać samodzielne myślenie i poszukiwanie u młodych ludzi. Konkretnie oznacza to być w czasie dyskusji nie żadnym monologującym pedagogiem, ale raczej moderatorem i animatorem, który stawia pytania, zabiega o przyłączenie się jak największej liczby uczestników do debaty i z lekka problematyzuje zbyt pewne siebie i powierzchowne "pierwszoplanowe" odpowiedzi. Zawsze byłem przeciwny agitacji religijnej, którą znałem z niektórych grup ewangelizacyjch. Młodzi ludzie muszą widzieć problem wielostronnie i nie omijać innych punktów widzenia. To, do czego ludzie dojdą przez własne myślenie, sprowokowane wybranymi pytaniami i dyskusjami w grupie, przeniknie do ich świadomości o wiele głębiej, niż to, co im "z zewnątrz" podsunie wykładowca; wiedział już zresztą o tym stary Sokrates ze swoją techné majeutiké.

Nawiązaliśmy także do tradycji z okresu przed listopadem 1989, kiedy odbywała się nowenna do świętej Agnieszki. Najpierw kontynuowaliśmy tradycję pierwszych czwartków, prowadzonych jeszcze przez ojca Vágnera, gdy odbywała się adoracja ze śpiewami z Taizé. Z Alešem Opatrnym rozszerzyliśmy tę tradycję na każdy czwartek i byliśmy do dyspozycji studentów poprzez spowiedź i rozmowy duchowe. Również dla mnie przy rozwiązywaniu trudnych problemów podczas spowiedzi było i jest ważne to, że mogę zwrócić wzrok i myśl w stronę Chrystusa eucharystycznego w wystawionej monstrancji i usilnie błagać Go o światło i mądre słowa. Adoracja eucharystyczna była od czasów studenckich ważną częścią składową mojej osobistej duchowości.

Nasze duszpasterstwo nabrało w ten sposób kilku wymiarów; była to nie tylko liturgia Mszy i katecheza dla dorosłych, ale także adoracja, indywidualne kierownictwo duchowe, poradnictwo i dyskusja w grupie. Młodzi ludzie przydawali temu dodatkowych walorów, chodzili na przykład razem uprawiać sport. Zaczęła się tworzyć pewna wspólnota i to wcale nie zamkniętej małej grupy. Chciałem, aby Salwator był zawsze miejscem otwartym, gdzie może przyjść również człowiek niewierzący czy poszukujący, i gdzie nie rzuci się na niego w misjonarskim zapale jakiś nawiedzony ewangelizator z pytaniem: "Bracie, czy jesteś zbawiony?"

Potrzeba wyważenia i dopełnienia tej "linii pierwszego kontaktu" przez mniejsze i bardziej kameralne wspólnoty, doprowadziła później, po latach, do narodzin samodzielnego "dziecka Salwatora", studenckiego klubu "Betania". Wkrótce po listopadzie powstał także Studencki Ruch Katolicki, na początku również związany pępowiną z kościołem akademickim, który jednak prędko rozprzestrzenił się na kolejne "miasta uniwersyteckie".

Po raz pierwszy miałeś wówczas możliwość współpracy z jednym z tych księży, którzy byli w oficjalnym duszpasterstwie. Do tej pory o "zżywaniu się" z czeskim klerem wspomnieliśmy jedynie w związku z twoim wystąpieniem u świętego Józefa w grudniu 1990. Jak ci się współpracowało z ojcem Opatrným?

Z Alešem Opatrnym nawiązałem bardzo braterskie i przyjacielskie stosunki, które miały jednak swoje początki już w grupie "Vigilie" w 1968 roku, kiedy obaj byliśmy studentami; podtrzymywaliśmy je także w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, gdy z grupą księży jeździliśmy regularnie w czasie wakacji w Tatry Wysokie. Aleš był jednym z oficjalnie działających księży, którzy stosunkowo szybko wiedzieli o moim tajnym święceniu - a później oczywiście widywaliśmy się w "Seniorze" i w komitecie Dziesięciolecia ("górnym konsystorzu"). Kiedy po rewolucji Aleš przybył do Pragi, aby stworzyć tu ośrodek duszpasterski, powstało wówczas jedno z tych jasnych miejsc, z których zaczęła promieniować koncepcyjna działalność w Kościele. W okresie naszej współpracy w Najświętszym Salwatorze dzieliliśmy przez pewien czas mieszkanie na probostwie przy ulicy Náprstkowej. Było to dobre doświadczenie przyjaźni kapłańskiej i koleżeństwa, chociaż jako ludzie bardzo się różnimy. Bawiło mnie obserwowanie, co dzieje się z człowiekiem, kiedy wykształcenie teologiczne "natrafi" wcale nie na humanistyczny, ale na techniczny typ wykształcenia i myślenia; swego programowo niefilozoficznego kolegę nazywałem żartobliwie "inżynierem teologii". Potrafiliśmy powiedzieć sobie nawzajem wiele krytycznych uwag: do dzisiaj jestem mu wdzięczny za to, jak ostro skrytykował moje pierwsze kazanie i nakazał trzymać mi się tekstu biblijnego, a nie ulatywać w sferę zbytniej abstrakcji filozoficznej i nie używać tylu obcych słów. Bardzo mnie wzruszyło, kiedy później jeden z biskupów powiedział mi: "Wszyscy się dziwią, że tak wyraziste osobowości jak Opatrný i Halík ściśle razem współpracują, i choć z pewnością muszą być między nimi różne napięcia, zawsze jeden o drugim mówi dobrze i z szacunkiem - to nie jest zwyczajne u księży!"

Lato 1990 naznaczone było tragiczną śmiercią Josefa Zvěřiny. Jego śmierć niewątpliwie dotknęła cały Kościół w Czechach.

Wiadomość o niespodziewanej śmierci jednego z moich nauczycieli dopadła mnie na kilka dni przed wyjazdem do Anglii. Zvěřina zmarł podczas kąpieli w morzu koło Rzymu. Jeden z naocznych świadków jego ostatnich chwil opowiadał mi o tym szczególnym zdarzeniu. Zanim ksiądz Zvěřina w dniu swojej śmierci zaczął celebrować Mszę z grupą młodych księży, podczas przygotowania do liturgii powiedział im ze śmiechem: "Wiecie jaki dzisiaj miałem dziwny sen? Wydawało mi się, że wszedłem do pomieszczenia, gdzie byli wszyscy moi zmarli przyjaciele. Ale podczas gdy pozostali księża byli w albach i stułach, ja miałem na sobie tylko kąpielówki!" W kilka godzin później stanął w kąpielówkach przed Panem i wspólnotą świętych, prosto z morskiej głębiny, którą często przyrównywał do Bożej miłości. Jego ostatnimi słowami była odpowiedź na pytanie, jak się czuje: "Wspaniale, jak stary marynarz, który wraca do swojego morza".

Osierocony został w ten sposób Wydział Teologiczny, gdzie sprawował swego rodzaju moralny patronat nad studiami świeckich, kiedy nie dopuszczono go do kształcenia teologów. Wierzyliśmy, że dzięki swojemu wpływowi także resztę wydziału zdołałby doprowadzić do stanu, który byłby kompatybilny z rozwojem europejskim, i dlatego ta strata była wręcz fatalna.

Zadanie jednoczenia Kościoła ze współczesnym społeczeństwem realizowałeś w końcu nie tylko na uniwersytecie, ale także jako prezydent Akademii Chrześcijańskiej. Czy tę funkcję przejąłeś właśnie po Josefie Zvěřinie?

Koncepcja Akademii zrodziła się już przed listopadem. W grudniu 1989 roku przedstawiłem ją jako jedną z propozycji w przemówieniu do księży u świętego Józefa. Byłem przekonany, że powinna powstać instytucja, która byłaby platformą dialogu między Kościołem a kulturą i która byłaby miejscem spotkań sympatyków.

U jej faktycznych narodzin w polistopadowych miesiącach stałem jednak nie ja, ale bardzo młodzi wtedy ludzie, zwłaszcza z podziemnych kręgów seminarium Daniela Kroupy czy "Juniora" Mádra, jak np. Martin Putna, Lenka Karfíková, Filip Karfík, Štěpán Špinka, Václav Peřich i inni. Odwiedzili oni szereg ludzi i utworzyli taki patronalny krąg Akademii Chrześcijańskiej. Namówii Josefa Zvěřinę, żeby stał się formalną głową powstającej organizacji. Państwo Karfíkowie podczas swojego pobytu na uniwersytecie w Eichstädt pozyskali także pierwszorzędnych wykwalifikowanych wykładowców. Tak rozpoczęła się część wykładowa działalności, powstał też projekt translatorski i wydawniczy.

Josef Zvěřina przeforsował wówczas ideę, że Akademia nie powinna być instytucją kościelną, ale raczej stowarzyszeniem świeckim, które zachowa określoną formalną niezależność od Kościoła. Zostanie utworzona wprawdzie w głównej mierze przez katolików, ale będzie otwarta również na współpracę ekumeniczną. Było to niezwykle przejrzyste. Kiedy Josef Zvěřina zmarł nagle w 1990 roku, niektórzy młodzi ludzie, zwłaszcza Štěpan Špinka, zwrócili się do mnie z propozycją, abym się zajął tą instytucją

Rozwój Akademii Chrześcijańskiej przeszedł przez kilka skomplikowanych faz. O co w nich chodziło?

Václav Peřich po śmierci Zvěřiny wymyślił dość złożoną strukturę działalności Akademii, w której funkcję honorową pełnił prezydent; funkcja Zvěřiny miała bardziej prozaiczną nazwę "przewodniczący" i została trochę inaczej zaprojektowana. Kiedy zapewnili mnie, że będzie to raczej formalna funkcja, miałem ochotę ją przyjąć. Na posiedzeniu komitetu akademickiego 8 grudnia zostałem wybrany prezydentem Akademii. Po pewnym czasie powstało pewne napięcie między starszą i młodszą generacją. Jeden z przedstawicieli starszego pokolenia usiłował przeforsować koncepcje, które odpowiadały raczej stowarzyszeniom z okresu przed 1948 rokiem. Zaczęło się okazywać, że tego rodzaju pomysły doprowadziłby szybko do odejścia większości młodych ludzi. W tej sytuacji poproszono mnie, abym zaczął aktywniej pełnić swoją rolę. Wkroczyłem wówczas w sam środek konfliktów, wspierając młodych ludzi z Akademii. Doszło później do tego, że jedna grupa odłączyła się i stworzyła tzw. forum akademickie, które później funkcjonowało jako swoiste forum seniorów. Właściwa Akademia wzięła teraz nowy oddech i stopniowo zaczęła rozszerzać swą działalność. Pojawiła się działalność wydawnicza, rozszerzyły się wykłady, nawiązana została rozległa współpraca w kraju i za granicą. Akademia ma dzisiaj ponad tysiąc członków i lokalne ośrodki w prawie każdym większym mieście w Czechach. Ma także szereg sekcji specjalistycznych: filozoficzną, teologiczną, historyczną, historii sztuki, literacką, przyrodniczo-techniczną, ekologiczną, ekonomiczną i politologiczną, psychoterapeutyczną itd. Wśród gości zagranicznych, którzy wykładali w Czeskiej Akademii Chrześcijańskiej byli m.in. kardynałowie Ratzinger, König i Cassidy, biskupi Schönborn, Laun, Kasper i Kapellari, a także laureat nagrody Tempeltona amerykański politolog Michael Novak oraz szereg wybitnych intelektualistów z Zachodu i Wschodu. Do dobrych tradycji należą też coroczne organizowane w Mariańskich Łaźniach rozmowy o stosunkach czesko-niemieckich, które utrzymijemy z Ackermann-Gemeinde, katolickim stowarzyszeniem czeskich Niemców, wygnanych po drugiej wojnie światowej z naszego wspólnego kraju. Dopiero zapoznając się bezpośredniom ze świadectwem życia tych chrześcijan, którzy od początku na cierpienia i krzywdy starali się odpowiadać dążeniem do przebaczenia, zgody i uznania win swoich rodaków - często wystawieni na krytykę ze strony wielu nieprzejednanych radykałów z niemieckosudeckiego Landsmanschaftu - ujrzałem "niemieckosudecki problem" w zupełnie innym świetle, niż wtłaczała go nam do głów propaganda komunistyczna albo szowiniści z naszych szeregów. Te uczciwe i honorowe rozmowy o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości czesko-niemieckiego współżycia w sercu Europy docenili także prezydenci Havel i Herzog, kiedy w Pradze i Berlinie przyjęli delegację Czeskiej Akademii Chrześcijańskiej i Ackermann Gemeinde. Niektóre pomysły, wynikające z naszych rozmów, inspirowały później słynne listy czeskiej i niemieckiej Konferencji Biskupów na temat pojednania obu narodów i na swój sposób przyczyniiły się także do powstania tekstu czesko-niemieckiej deklaracji, przyjętej w 1997 roku. Czeska Akademia Chrześcijańska stara się wspierać stosunki ekumeniczne i przyczyniać się do lepszych relacji między chrześcijanami a żydami, wykłady na ten temat prowadziło w Pradze wielu wybitnych specjalistów. Krótko mówiąc - jest to solidna instytucja o wyrazistym profilu.

Później w kierownictwie Akademii zmienili się dyrektorzy; w 1995 roku udało się pozyskać do tej funkcji byłego dyrektora policji Stanislava Novotnego, człowieka nieprzekupnego, honorowego, o wspaniałych zdolnościach organizacyjnych. Z ofiarnym i mądrym docentem Vackářem, który od początku był dobrym duchem Akademii, stworzyliśmy zgraną grupę roboczą. Później do działalności dołączony został także aspekt badawczy, nad którym czuwa sumienny historyk oraz bardzo uczciwy i szczery człowiek, doktor Jan Stříbrný. Sekretariat i biblioteka Akademii miały również szczęście do ofiarnych i zdolnych współpracowników i współpracownic.

Kilka lat temu rozpoczęliśmy długofalowe badania, o których ważności znacznie wcześniej starałem się przekonać konferencję biskupów. Tak powstał projekt programu badawczego "Kościół w wolnym społeczeństwie".

Czego przede wszystkim miałyby dotyczyć te badania?

Obejmują one trzy dziedziny. Najpierw refleksja nad przeszłością: dokumentacja najnowszej historii Kościoła u nas, jej konfrontacja z nowoczesnymi dyktaturami. Drugą część stanowiły socjologiczne badania religijności u nas w kontekście szerszego wartościowania. Wreszcie trzecia część powinna naszkicować jakąś wizję życia Kościoła w przyszłości, możliwe scenariusze i propozycje strategii jego stosunku do kultury, polityki i sfery ekonomicznej.

Kiedy na temat tego programu rozmawiałem w Wiedniu na Forum Duszpasterskim, którego spiritus agens jest profesor Zulehner, zaproponowałem, aby te badania zostały umiędzynarodowione. W niewiarygodnie krótkim czasie profesor Zulehner opracował projekt, dla którego udało się pozyskać kilka dalszych krajów postkomunistycznej Europy Wschodniej. W ten sposób powstał międzynarodowy projekt "Aufbruch", który pomyślnie się rozkręca.

Jak wyglądają relacje między Akademią Chrześcijańską a Czeskim Episkopatem?

Często mówię swoim współpracownikom, że nasz stosunek do hierarchii musi być jak dobra herbata: gorący, mocny, pobudzający, ale nigdy przesłodzony. Myślę, że stopniowo "zasmakowali" w tym także biskupi, zwłaszcza ci, którzy z nami regularnie współpracują. Wyjaśniliśmy, że Akademia nie jest przede wszystkim wewnętrznym, kształcącym instrumentem Kościoła, i chociaż w znacznym stopniu zastępuje również i tę funkcję, że jej główną misją jest być właśnie mostem prowadzącym w kierunku świeckiego społeczeństwa; do tego nieodzownie potrzebuje ona pewnej niezależności i ekumenicznego charakteru. Kiedy stałem się członkiem nieformalnej wspólnoty intelektualistów, która zbiera się czasem u prezydenta Havla v Lánach, aby na wzór Masarykowo-Čapkowych piątków dyskutować na temat sytuacji społecznej i przekazywać prezydentowi krytyczne uwagi, przyszło mi na myśl, że czegoś takiego brakuje w Kościele. I tak narodziła się tradycja regularnych wieczorów dyskusyjnych, gdzie zaproszona grupa - za każdym razem inni ludzie, w zależności od tematu, o którym jest mowa - wspólnie dyskutuje o poważnych problemach społeczeństwa, i w tej dyskusji jako równi z równymi uczestniczą także niektórzy biskupi, w tym kardynał Vlk. Bywają zapraszani także niekatoliccy chrześcijanie oraz niewierzący specjaliści, i bardzo sobie chwalę to "laboratorium dialogu".

W chronologicznym wspominaniu dotarliśmy do połowy lat dziewięćdziesiątych. Kiedy weźmiemy pod uwagę taki rok 1992, to musiałeś mieć poczucie, że los rekompensuje ci wszystko, co było ci przez tak długi czas uniemożliwiane: mogłeś pracować na uniwersytecie i osiągnąć tytuły akademickie, działać przy zakładaniu i rozwoju żywego centrum duszpasterstwa studentów i platformy akademickiej dla dialogu między Kościołem a społeczeństwem, sprawowałeś odpowiedzialną funkcję w sekretariacie Konferencji Biskupów i w watykańskim dykasterium, mogłeś podróżować po całym świecie, występować w mediach, miałeś wpływowych przyjaciół na najwyższych stanowiskach politycznych, kościelnych i akademickich w kraju i za granicą. Czy nie przewróciło ci się od tego wszystkiego w głowie?

Często miałem poczucie, że to wszystko tylko sen, a jeszcze częściej, że wprawdzie spełniło mi się więcej, niż kiedykolwiek marzyłem, ale za straszną cenę: że moje życie upływa w tak przerażającym tempie nieustannej intensywności, że nie mam nawet chwili, abym mógł tego wszystkiego zasmakować. Nie mogłem w żadnym momencie wypowiedzieć owego faustowskiego "chwilo trwaj, jesteś piękna" - nie że nie byłbym zadowolony, ale dlatego, że ta rozlana rzeka życia waliła do przodu w takim tempie i z taką intensywnością, że czasami traciłem rachubę czasu i we wspomnieniach, skądinąd tak wyrazistych, wyciekają mi całe miesiące.

Ale w takiej chwili często zdarza się coś, o czym w pięknej mitopoetyckiej mowie opowiada na początku Księgi Hiob: "Pewnego dnia, gdy synowie Boży, udawali się, by stawić się przed Panem; poszedł i szatan z nimi". Nadszedł czas, abym został wypróbowany i udoskonalił się, abym został wielu rzeczy pozbawiony i z wielu rzeczy musiał zrezygnować, aby otworzyła się droga ku większej głębi.

[webmaster] - Dominik Turchich