P u b l i k a c y e (a r t y k u l y)
Mam jeszcze inne owce
Żyjemy pośrodku wartkiego prądu, który burzy granice i gromadzi wszystkich, by żyli w bliskości, ale też odkrywa złożoność świata. Jan Paweł II widzi, że za granicami Kościoła rośnie liczba „innych owiec”, i daje nam przykład respektu dla inności. Zyskał uznanie także dlatego, że nie chciał ich zaganiać do ziemskich zagród i struktur kościelnej owczarni
Dwadzieścia pięć lat pontyfikatu Jana Pawła II prowokuje do postawienia pytania, jak będzie ten pontyfikat oceniany po upływie jeszcze dłuższego czasu. Myślę, że gdy przeminie stworzony przez media stereotyp konserwatywnego papieża z Polski, który mówi tylko o celibacie, aborcji i antykoncepcji, a z drugiej strony skończą się pompatyczne frazesy powierzchownej „papalatrii” - historycy nazwą Karola Wojtyłę papieżem Soboru Watykańskiego II.
Może ta teza zaskoczy zarówno tych, którzy ciągle twierdzą, że główną rolą tego Papieża było wyhamowywanie soborowych reform, jak i tych, którzy mają przed oczyma przede wszystkim jego wpływ na światową politykę, na upadek komunizmu, daleko przekraczający przecież swym znaczeniem horyzont kościelnych wydarzeń. Choćbym obu tym poglądom przyznał wiele racji, będę swojej tezy bronił.
Nie chcę oceniać, na ile ten pontyfikat spełnił soborowe postulaty ad intra - dotyczące kościelnych struktur. Może ten Papież rzeczywiście nie pogłębił tendencji demokratycznych i liberalnych w życiu Kościoła, które spontanicznie pojawiły się po Soborze. Pozostawmy jednak na boku debatę, na ile owe tendencje przyniosłyby korzyść, a na ile mogły zaszkodzić Kościołowi. Może pod tym względem można mówić o „konserwatyzmie” Papieża.
Jan Paweł II najwięcej uwagi poświęcił jednak działalności ad extra. To poprzez tę pracę zapisał się trwale w historii, i to nie tylko w historii Kościoła. Jestem przekonany, że jego aktywność „w świecie”, w stosunkach katolickiego Kościoła ze światem go otaczającym, była nie tylko rozwinięciem, ale i radykalnym pogłębieniem inspiracji Soboru.
Sobór - koniec katolicyzmu czy niedokończona rewolucja?
Jan Paweł II nazwał Sobór Watykański II wydarzeniem opatrznościowym i przygotowaniem do wejścia w nowe milenium chrześcijaństwa. Obecnie stoimy już dwiema nogami w trzecim tysiącleciu i z wielu wydarzeń, które naznaczyły jego początkowe lata, możemy wnioskować, że nadchodzą czasy niełatwe zarówno dla ludzkości, jak i dla Kościoła.
Jak Sobór Watykański II, który odbył się przed czterdziestu laty, przygotował nas do dzisiejszych zadań? I jakie dzisiaj widzimy jego owoce? Dokąd w ciągu tych czterdziestu lat pielgrzymki doszedł „Lud Boży”, by posłużyć się ulubioną soborową formułą? Czy nie przybywa w Kościele ludzi z nostalgią oglądających się wstecz, za „pełnymi egipskimi garnkami” i za poczuciem bezpieczeństwa z czasów poprzedzających Sobór? A z drugiej strony - czy nie przybywa głosów tych, którzy uważają posoborowy exodus Kościoła z jego własnej przeszłości za powolny i niedostateczny, a sam Sobór - za ciągle niedokończoną albo wręcz zdradzoną rewolucję? Z ust tradycjonalistów, którzy Sobór Watykański II całkowicie odrzucają, nierzadko słyszymy, że spowodował on „koniec katolicyzmu”.
No, właśnie - koniec katolicyzmu czy niedokończona rewolucja? To zależy od rozumienia pojęć. Po latach rozważań nad europejskim chrześcijaństwem jestem przekonany, że Sobór Watykański II rzeczywiście przyniósł koniec „katolicyzmu”, a raczej rozpoczął proces odchodzenia od „katolicyzmu” i uczynił ważny krok na drodze do „katolickości”. To odchodzenie trwa i - jak pokażę dalej - w oczywisty sposób musi ono zostać niedokończone.
Tak, zgadzam się, że Sobór przyczynił się do końca „katolicyzmu” - ale nie w tym sensie, w jakim krytycy Soboru to rozumieją. Koniec „katolicyzmu” to nie „koniec Kościoła” ani utrata jego tożsamości. Sobór raczej umożliwił Kościołowi zakończenie jednego z etapów historii. Zwrot, który dokonał się na Soborze, polega na przyznaniu, że jedna z historycznie uwarunkowanych kulturowo-społecznych form Kościoła wyczerpała swoje możliwości, że pewna tendencja, styl przeżywania i wyrażania wiary znalazły się w ślepej uliczce. Kontynuowanie tego myślenia oznaczałoby zagrożenie dla „katolickości” Kościoła. Groziłoby upodobnieniem go do sekty.
Przez „katolicyzm” rozumiem tutaj taką postać Kościoła, która powstała jako reakcja na europejską nowożytność, reformację i proces modernizacji. Był to owoc mentalności obronnej zapoczątkowanej w czasach kontrreformacji i kulminującej na Soborze Watykańskim I przez tendencje do budowania ściśle ograniczonego doktrynalnie instytucjonalnego systemu. Kościół, „Mistyczne Ciało Chrystusa”, coraz bardziej zaczął się identyfikować ze ściśle określoną organizacją, instytucją i jej systematycznie opracowywaną doktryną - tak rozumiane chrześcijaństwo stawało się coraz bardziej „izmem” między innymi „izmami” nowożytności.
Rzecz jasna, taka redukcja nie mogła nigdy w Kościele przybrać formy wiodącej i opanować wszystkich struktur jego życia czy wszystkich nurtów katolickiego myślenia i duchowości. Życie to jest zawsze bogatsze i ostatecznie okazuje się silniejsze niż jakiekolwiek próby wciśnięcia go w gorset czy w pancerz. Ale mimo wszystko twierdzę, że można udowodnić bardzo wyraźną między siedemnastym a dwudziestym wiekiem - wspieraną przez wielkie mocarstwa - tendencję do „zawężania” Kościoła.
Katolicyzm jako kontrkultura
Kościół wielokrotnie w swoich dziejach przechodził przez okresy wielkich zmian cywilizacyjnych. Musiał reagować na nie, formułując swoje nauczanie na nowe sposoby i przystosowując swoje życie do nowych warunków, by odpowiadać na nowe pytania i potrzeby, by jego głos był wiarygodny i zrozumiały. Taki próg przekroczyć musiał w czasach wielkich wędrówek ludów w V i VI wieku, po upadku Imperium Rzymskiego. Wtedy Kościół miał swego Augustyna, Benedykta i Grzegorza Wielkiego - prorockie osobowości, które pomogły dostrzec w ówczesnym kryzysie wyzwanie i rozwinąć nowy styl myślenia, duchowości i duszpasterstwa.
W średniowieczu Kościół - rozumiany jako corpus christianorum - przywykł bezrefleksyjnie identyfikować się z całym społeczeństwem na obszarze zamieszkanym przez większość chrześcijańską. Polemiki, misje, obrony, represje i wyprawy krzyżowe były skierowane przeciwko ludziom obcym, odmiennym, żyjącym gdzieś daleko, albo słabym czy nielicznym, niezdolnym zakłócić owego sposobu myślenia. Sytuacja zmieniła się wraz z reformacją i następującymi po niej wojnami religijnymi, gdy nagle katolicy stali się tylko jedną z walczących w Europie stron. Później cały kompleks kulturowych, społecznych, politycznych i gospodarczych zmian, które nazywamy modernizacją, doprowadził do kryzysu, którego Kościół nie przezwyciężył już tak twórczo jak wszystkie poprzednie. Wraz z upadkiem tradycyjnego społeczeństwa Kościół sam poczuł się zagoniony do kąta i wytworzył to, co nazywam „katolicyzmem” - jako kontrkulturę. W ten sposób znalazł się w defensywie.
Obronnej mentalności odpowiada nieproporcjonalne podkreślanie tych elementów, które są przez przeciwników atakowane - tutaj przede wszystkim chodzi o papiestwo, scholastyczną teologię i kult maryjny. Ale właśnie na skutek bojowego „umacniania przyczółków” te elementy do pewnego stopnia zmieniają się i niechcący nabierają rysów nowożytnej kultury. Najlepiej to widzimy na przykładzie przeobrażania się tomizmu w neotomizm, który mimowolnie przyjął wiele z nowożytnego racjonalizmu. Proces ten dostrzegamy też w rozumieniu autorytetu papiestwa, do którego wkradają się pierwiastki absolutyzmu, a także w pobożności maryjnej, gdzie pojawia się romantyczny sentymentalizm. Ci zaś, którzy wewnątrz własnego obozu starają się o jakieś uzgodnienia czy porozumienia z „obozem nieprzyjacielskim”, spotykają się z odtrąceniem i represjami. Najlepszym tego przykładem jest „kampania antymodernistyczna” z początku XX w., kiedy kościelne autorytety nie rozróżniały, czy mają do czynienia z myślą, która stara się uczciwie i twórczo sprostać „znakom czasów”, czy z prawdziwie dekadenckim kompromisem z „duchem epoki”.
Mentalność oblężonej twierdzy, przymus tworzenia „wałów obronnych” i próba wytworzenia „równoległego świata” (Pius XI wzywał: „przeciwko partii - partia katolicka, przeciwko stowarzyszeniu - stowarzyszenie katolickie, przeciwko gazecie - gazeta katolicka”) może przez pewien czas przynieść efekt mobilizacyjny. W dłuższej perspektywie powoduje jednak zatrucie atmosfery i powolną degenerację. Kiedy zapytano Jana XXIII, jakie są jego oczekiwania w związku ze zwołaniem Soboru, miał odpowiedzieć: otworzyć szeroko okna i wpuścić tutaj świeże powietrze.
Inne owce i „szersza owczarnia”
Gdybym miał w krótki sposób ująć znaczenie Soboru, powiedziałbym, że Sobór przypomniał i na nowo ukazał tę trochę tajemniczą wypowiedź, którą w usta Jezusa włożyła Ewangelia św. Jana: „Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni” (J., 10-16).
To trochę tak, jakby spojrzenie Kościoła przesunęło się z tych, którzy zapełniają (w wielkiej części zachodniego świata dziś już coraz rzadziej) kościelne ławy, i padło gdzie indziej - odkrywając czy też dostrzegając, że są jeszcze inne wielkie grupy ludzi: wierzący innych chrześcijańskich Kościołów, wyznawcy innych światowych religii i współczesny świat laickiego humanizmu. Rzecz jasna, Kościół katolicki zawsze wiedział o tych wspólnotach „za murami”; wiedział, że istnieją, a nawet je uznawał, lecz wyłącznie w perspektywie słów będących kontynuacją cytowanego wiersza z Ewangelii św. Jana: „I te muszę przyprowadzić... (…) i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz”.
Rewolucyjne znaczenie ma fakt, że Sobór umożliwił nam zupełnie nowy sposób rozumienia tych właśnie słów. Poprzez stulecia dla katolików było oczywiste, że „jedna owczarnia” to Kościół katolicki, a ów „jeden pasterz” to papież jako namiestnik Chrystusa na ziemi. Sobór dał jednak katolikom jasno do zrozumienia, że nie powinni dalej tak samowolnie zawężać znaczenia słów swojego Pana.
Cierpliwość aż do końca dziejów
Tym, co istotne dla zrozumienia i przyjęcia tych słów, jest dostrzeżenie, że owa „jedna owczarnia” z Chrystusowej przypowieści jest raczej wizją o charakterze eschatologicznym. Chodzi tutaj o ostateczną jedność rodzaju ludzkiego w Chrystusie, która jest nadzieją na „bezwzględne wypełnienie przyszłości” - już poza horyzontem naszych dziejów. Przyjęcie tej interpretacji umożliwia nam wyprowadzenie ważnych wniosków i dostrzeżenie konsekwencji - dla zrozumienia Kościoła i polityki, dla zrozumienia ekumenicznych relacji i uznawania wolności sumienia oraz wyznania.
Jeśli ostateczna jedność rodzaju ludzkiego jest eschatologiczną obietnicą, to jej osiągnięcie nie może czekać biernie wewnątrz naszej historii, aby wypełnić się dopiero przy końcu czasów, w czasie paruzji, „drugiego przyjścia Pana”. Z tego wynika dla chrześcijan kilka spraw.
Po pierwsze. Są chrześcijanie wezwani do stałego wysiłku na rzecz jedności i zbliżenia wszystkich ludzi, ale bez nerwowości i niecierpliwego oczekiwania wielkich i nagłych sukcesów. Potrzeba stale dużego wysiłku na rzecz zjednoczenia ludzkości, obalania murów wzajemnych przesądów i uprzedzeń, stawania ponad grą zbiorowych interesów i nacjonalizmem. Należy dbać o dialog między ludźmi różnych kultur i religii, utrwalać pokój i ludzką solidarność w stosunkach krajów bogatych z biednymi. Do tego wszystkiego Sobór w sposób wyraźny wzywa chrześcijan i zaleca im szeroką współpracę z „ludźmi dobrej woli”, niezależnie od ich wyznania i przekonań. Ale jednocześnie trzeba widzieć, że to zadanie jest, tak czy inaczej, tylko zbieraniem kamieni pod budowę „nowej Jerozolimy”, której po tej naszej stronie historii nigdy nie ukończymy. Chcieć tę ostateczną jedność wybudować tylko ludzkimi siłami tu, na ziemi - byłoby naśladowaniem głupoty i pychy budowniczych wieży Babel.
Po drugie. Ta świadomość daje jednak wierzącym przepojoną nadzieją energię, która pozwala stale dla tej jedności pracować, daje także wystarczającą dozę realizmu, by sceptycznie oceniać ideologiczne projekty zjednoczenia ludzkości poprzez siłę militarną, polityczną czy ekonomiczną. Broni też przed wizjonerstwem religijnych fantastów i sekciarzy. Jest to więc lek przed ukąszeniem przez ideologie i utopie, które obiecują „niebo na ziemi”, po czym z ziemi zrobią piekło.
Po trzecie. Uświadomienie sobie eschatologicznego charakteru ostatecznego zjednoczenia „jednej owczarni” w Chrystusie ma także ważne konsekwencje dla eklezjologii. Byłoby bardzo niebezpieczną ideologiczną utopią chcieć takiej wizji „jednej owczarni”, która byłaby z niecierpliwością utożsamiana z jakąkolwiek postacią kościelnej instytucji w dziejach - czy to w przeszłości (średniowiecze chrześcijańskie), w teraźniejszości czy też w perspektywie naszych przyszłych zaplanowanych sukcesów oraz ekumenicznych porozumień. Z nauczania Soboru można wywnioskować, że owej tajemnicy „Ciała Chrystusa” i obiecanej „jednej owczarni” nie można w prosty sposób i bez dyskusji utożsamić z konkretną instytucjonalną postacią Kościoła rzymskokatolickiego na żadnym etapie drogi Kościoła poprzez historię.
Ewangelicznym „jednym pasterzem” w rzeczywistości jest Chrystus, a nie kto inny. I to Chrystus jako „światło oświecające każdego człowieka przychodzącego na ten świat”. Chrystus jako Logos, Słowo Boże, którego ziarna są - według nauczania Ojców Kościoła - rozsiane wszędzie tam, gdzie ludzie uczciwie szukają prawdy. Sobór przypomniał tę naukę, gdy przekroczył granice zakreślone zdaniem: „Poza Kościołem nie ma zbawienia”, i uznał, że drzwi prowadzące do zbawienia nie są zamknięte przed tymi, którzy szukają prawdy w zgodzie ze swoim rozumem i sumieniem, także wtedy, gdy to poszukiwanie ma miejsce daleko poza widzialnymi granicami Kościoła, a poszukujący - „bez swojej winy” - nie są wyznawcami Chrystusa.
Pogłębiając rozumienie widzialnych „granic Kościoła”, soborowa konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium głosi, że do Kościoła rozumianego jako tajemnica Ciała Chrystusa w „jakiś sposób” należy każdy człowiek. Chociaż Sobór wylicza jednocześnie różne stopnie czy kręgi określające bliskość lub oddalenie. Wiemy, że ogromny wkład w teologiczne uzasadnienie tego „ekumenizmu bez granic” wniósł Karl Rahner poprzez swoją antropologię teologiczną. Według niej każdy człowiek, który uczciwie przyjmuje i urzeczywistnia swoje człowieczeństwo jako dar i zadanie, uczestniczy dzięki temu w Tajemnicy Wcielenia - właśnie przez swoje człowieczeństwo, a nie tylko wtedy, kiedy przyjmuje w rozumny sposób czy też wyznaje wiarę w Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela.
Z takiego ujęcia soborowa deklaracja Dignitatis humanae w logiczny sposób wyprowadza zasady wolności sumienia i wolności religijnej - katolik ma nie tylko uznawać te zasady, ale również ich bronić.
Papież zmienia świat
Właśnie te wartości stały się stałym motywem społecznych encyklik, kazań i przemówień Jana Pawła II wygłaszanych w czasie pielgrzymek, gdy wzdłuż i wszerz przemierzał nasza planetę. Ich rozmiar i intensywność nie mają sobie równych wśród „osób życia publicznego” w całej historii. I tu należy oddać bez zastrzeżeń chwałę temu papieżowi. Z psychologicznego i moralnego klimatu, który „polski papież” wytworzył w czasie pierwszej pielgrzymki do ojczyzny, powstał ruch Solidarność. To ten ruch po raz pierwszy złamał monopol władzy partii komunistycznej w całym wschodnim imperium. Uderzył mocno w burtę sowieckiego okrętu władzy i poważnie przyczynił się do pogrążenia go głęboko pod powierzchnią historii.
Akcent kładziony przez Papieża na prawa człowieka, wolność i demokrację w oczywisty sposób przyczynił się do tego, że Kościół katolicki w tylu państwach świata - na Filipinach, w Chile, w Polsce i w wielu innych - wspomógł wolne od przemocy przechodzenie od autorytarnych, odwołujących się do prawicowej czy też lewicowej ideologii reżimów do demokracji i społeczeństw obywatelskich.
Papieska, niestrudzenie powtarzana wizja jedności Europy od Atlantyku po Ural przyczyniła się na pewno do przyspieszenia procesów politycznych i gospodarczych integrujących nasz kontynent oraz wspierała katolików ze Wschodu i Zachodu w staraniach o rozszerzenie Unii Europejskiej.
Żaden inny papież w ciągu dwóch tysięcy lat historii Kościoła nie przyczynił się tak wyraźnie do zmiany politycznego oblicza świata. Nawet w czasach, gdy papiestwo dysponowało nieporównywalnie większą władzą i bogactwem.
Na drodze do katolickości
Wróćmy jeszcze do „dziedzictwa Soboru”. Podczas Soboru Kościół podjął trud obalenia murów obronnych, jakimi się w „wieku katolicyzmu” ze strachu ogrodził. Usuwanie murów miało otworzyć mu drogę w trzech kierunkach: ku innym Kościołom chrześcijańskim, ku religiom niechrześcijańskim i ku współczesnej zlaicyzowanej kulturze, włącznie z ateizmem. Ten potrójny wyłom znalazł swój teologiczny wyraz w dokumentach Soboru (zwłaszcza w Lumen gentium, Gaudium et spes, Dignitatis humanae i Nostra aetate), a także w instytucjonalnej formie - w powstaniu trzech sekretariatów, później papieskich rad - do spraw jedności chrześcijan, dialogu z religiami niechrześcijańskimi i dialogu z niewierzącymi. Czwartym wyłomem, o nie mniejszym historycznym znaczeniu, było wyraźne wyprowadzenie Kościoła z pułapki „eurocentryzmu” i doprowadzenie do prawdziwego umiędzynarodowienia. Przejawiło się to również w składzie kolegium kardynalskiego, dykasterii watykańskich oraz episkopatów krajów tzw. Trzeciego Świata. Cecha charakterystyczna tego wyłomu została wyrażona przez „magiczne” słowa soborowej retoryki - aggiornamento (uwspółcześnienie) i dialog.
Odważne wyjście z getta „katolicyzmu” przyprawiło wielu o zawrót głowy i spowodowało rozmaite turbulencje wewnątrz Kościoła. Oczekiwana „wiosna Kościoła” - jeśli niektórzy wyobrażali ją sobie jako rozkwit Kościoła-instytucji - nie nadeszła. Seminaria budowane w Rzymie na wyrost i przygotowywane na przyjęcie nowych kandydatów, wtedy właśnie zaczęły gwałtownie pustoszeć. Tam zaś, gdzie przez aggiornamento rozumiano łatwą „wyprzedaż” tradycji i przystosowanie gustów do tak zwanego „drugiego oświecenia” późnych lat sześćdziesiątych, zaczęły pustoszeć również świątynie. Ludzie nie rozumieli, dlaczego mają trudzić się chodzeniem do kościoła, by usłyszeć tam te same treści co w świeckich mediach. Możliwe, że brakowało tutaj jasnego dopowiedzenia, iż alternatywą „katolicyzmu” nie jest przystosowanie się do laickiego humanizmu, lecz raczej pójście w kierunku rzeczywistej „katolickości”.
Zadanie
Przez „katolickość” rozumiem powołanie Kościoła do powszechności, uniwersalności, która oczywiście jest związana z radykalną otwartością Kościoła na pełnię Bożego Objawienia i obejmuje także otwartymi ramionami - poprzez Ducha Świętego - ludzi wszystkich języków, ras, narodów i kultur.
„Katolickość” należy do istotnych cech, o których Kościół mówi w swoim Wyznaniu Wiary - łącząc ją z jednością, świętością i apostolskością. Rzecz jasna, trzeba tutaj dopowiedzieć, że ta powszechność Kościoła - podobnie jak inne komplementarne jego cechy: jedność, świętość i apostolskość (jako wierność apostolskiemu nauczaniu i kontynuacja apostolskiej służby) - jest rzeczywistością o charakterze eschatologicznym. Wszystkie te cechy należą do wnętrza Kościoła, do jego istoty, jako zarodek, jako dar i zadanie - jako wydarzenie, które w swojej pełni ukaże się i osiągnie tę pełnię w eschatologicznej perspektywie - na końcu wieków.
Tak jak Kościół będzie przez cały czas swego ziemskiego pielgrzymowania zarazem święty i grzeszny, tak samo stale będzie miejsce w Kościele i na radykalną otwartość, którą nazywamy „katolickością”, i na pokusę zamykania się, na pojawiające się wciąż różnego rodzaju lęki, uzależnienie i niewolnicze przywiązanie do własnych sposobów myślenia i wypowiadania się.
Historia Kościoła może nam pomóc w dostrzeżeniu tej duchowej walki o przestrzeń dla rozwoju tych istotnych cech Kościoła, które utrzymuje przy życiu dynamika Bożego Ducha. Ale przecież to wszystko dokonuje się codziennie w konkretnym życiu Kościoła i jego członków, poprzez dramatyczne przełomy, reformatorskie sobory, poczynając od Soboru Jerozolimskiego, o którym czytamy w Dziejach Apostolskich. To wszystko właśnie ma charakter takiej „ucieczki do przodu”.
Do tej historii wielkich przewrotów i przemian należy bez wątpienia Sobór Watykański II. Dzięki jego teologii Kościół pozostawił za sobą epokę swojej historii, która owocowała obronną mentalnością, nazwaną przeze mnie „katolicyzmem”. Nie oznacza to oczywiście, że tę mentalność udało się Soborowi wyeliminować z poglądów wielu milionów katolików i z klimatu panującego w wielu kościelnych strukturach czy katolickich stowarzyszeniach.
40 lat posoborowego myślenia to tak naprawdę czas jeszcze bardzo krótki. Ze względu na radykalizm, to znaczy odwagę dojścia aż do korzeni (łac. radix - „korzeń”), możemy nazwać ten Sobór rewolucyjnym - jeśli to słowo, pierwotnie należące do słownika astronomicznego i oznaczające ruch niebieskich ciał, nie zostało zdyskredytowane przez politykę. Jest to więc zwrot ku „katolickości”, która jest wartością eschatologiczną i wewnątrz naszej historii nigdy do końca niespełnioną, czyli w oczywisty sposób - niedokończoną rewolucją.
Gdy zastanawiamy się nad 25 latami pontyfikatu Jana Pawła II, wspominamy jego spotkania z przedstawicielami różnych światowych religii, jego kroki na drodze do zbliżenia chrześcijan i żydów, jego odwagę wypowiedzenia próśb o przebaczenie za grzechy ludzi Kościoła w historii. Gdy czytamy jego społeczne encykliki i rozmyślamy o sile nadziei, którą duch promieniuje z bardzo kruchego ciała starego i chorego człowieka, to naprawdę dochodzimy do przeświadczenia, że w sprawach rzeczywiście istotnych prowadził on Kościół drogą, która była w proroczy sposób wyznaczana nauką Soboru Watykańskiego II.
Podobnie jak na Sobór, tak też na tego papieża i jego czyny można spojrzeć z różnych perspektyw, i za każdym razem powstanie odmienny obraz. Świadomie w swoim tekście ograniczyłem się do spojrzenia „na tych innych” - tutaj właśnie dostrzegam najważniejszy wkład Soboru, jak też najcenniejszy wkład Jan Pawła II w historię Kościoła i świata.
Żyjemy stale pośrodku wartkiego prądu, który z jednej strony burzy różne granice i gromadzi wszystkich, aby żyli w niebywałej wzajemnej bliskości. A z drugiej strony stale odkrywa złożoność i różnorodność świata. To historyczne doświadczenie uczyniło oczywistym prawo do dostrzegania ważności uniwersalnych wartości i obrazu świata. W miejsce dotychczasowych wizji uniwersalizmu pojawiają się pytania o kompatybilność i komplementarność, o potrzebę komunikacji między różniącymi się stronami.
Jan Paweł II dobrze sobie uświadamia, że w dzisiejszym świecie, za widzialnymi granicami Kościoła, rośnie liczba owych „innych owiec” i daje nam przykład respektu wobec ich inności. Zyskał sobie ich uznanie także dzięki temu, że nie chciał pospiesznie zaganiać ich samych do ziemskich zagród i struktur kościelnej owczarni. Zdjęcie ukazujące przedstawicieli światowych religii, którzy wspólnie modlą się w Asyżu, należy do najbardziej charakterystycznych obrazów dwudziestego wieku, podobnie jak zdjęcia Ziemi wykonane z Księżyca.
Jeśli Kościół będzie miał odwagę i cierpliwość nawiązywać do tej spuścizny Soboru i Papieża oraz iść dalej w tym kierunku, będzie można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć o tym zwrocie soborowym „od katolicyzmu do katolickości”, że jest to wprawdzie rewolucja niedokończona, ale na pewno nie zdradzona.
TŁUMACZYŁ O. TOMASZ DOSTATNI OP


