P u b l i k a c y e (a r t y k u l y)
Pluralizm okien
Niedawno odwiedziłem dom związany z historią mojego rodu i w najstarszych warstwach mej pamięci opleciony porozrywanymi pajęczynami dziecięcych wspomnień. Na jego obliczu wypisana była nieczułość epoki, kiedy to należał do „całego ludu”, na korytarzu wisiał pusty hak po krucyfiksie, a okno, z którego jako chłopiec obserwowałem gwiazdy, było zamurowane. Tego, co było w świetle, nie mogłem poznać; dopiero w ciemnym kącie piwnicy owionął mnie dom znajomym zapachem, po którym rzeczywiście go poznałem. Węch najintymniej zespala naszą myśl z ciemnymi głębiami podświadomości i ponoć jako pierwszy ze zmysłów pośredniczy przy naszym narodzeniu w kontakcie ze światem, a równocześnie jest ostatnim, który tę więź z nim utrzymuje w procesie umierania. Mury domu mają około stu lat, kilkuwarstwowe piwnice prowadzą do średniowiecznej tkanki miasta.
W testach psychologów dom jawi się jako symbol ludzkiej istoty, w medytacyjnej wędrówce po domu człowiek przechodzi od pomieszczeń mieszkalnych, gdzie przebywa świadome ja, przez intymność sypialni, do trzynastu komnat wypełnionych zawartością myśli i dalej aż do głębokich piwnic „zbiorowej podświadomości”, gdzie z ukrytych skarbców wybiera symboliczne przedmioty i zaszyfrowane przekazy poprzednich pokoleń. Dom jest także modelem naszego rozumienia świata: człowiek w nawale ambiwalentnych wrażeń stara się rozpoznać strukturę, sens i ład oraz zrozumieć i przyjąć świat jako swój dom.
„Technika pokonała wszystkie oddalenia, jednak nie uprzystępniła żadnej bliskości” - w tym zdaniu filozofa Martina Heideggera wyrażone zostało okrutne doświadczenie naszego stulecia. Świat zagęszczony różnymi formami komunikacji, a ostatnio poprzecinany siecią szybkich jak strzała internetowych autostrad, jest dziś bardziej niż kiedykolwiek usiany pustyniami samotności. Z politycznej mapy świata zniknął „drugi świat”, a mimo to „pierwszy świat” cywilizacji dobrobytu jest przeniknięty „czwartym światem” zrujnowanych ludzkich egzystencji, ludzkich wraków bez domu, bez wzajemnych kontaktów i życiowych perspektyw.
Upadek posępnego muru w środku Europy otworzył bariery i wszystko wydaje się być unoszone przez potężny wolny rynek towarów i idei. Kto nie ma mocnych korzeni, ten nierzadko w wirze oszalałego czasu traci świadomość własnej tożsamości. Nic dziwnego, że wielu właśnie w tym czasie ulega „agorafobii”, strachowi przed wolną przestrzenią, ściślej: strachowi przed rynkiem. Jedną z twarzy postmodernizmu jest, podejmowana przez różnego rodzaju fundamentalistów, uporczywa próba zanegowania współczesności i odrestaurowania przedmodernistycznego ładu. Budowniczowie gett w miejsce trudnego daru wolności oferują zaspokojenie tęsknoty za bezpieczeństwem i niewzruszonymi zasadami. Wielu pospiesznie i dobrowolnie oddaje przepustkę do wymagającego królestwa wolności nie mogąc się doczekać zapachu „egipskich garnków”. Wielu spośród tych, którzy przyjęli wyzwanie bycia solą ziemi i kwasem świata, upodobniło się do słupa soli, jak żona Lota, zaczarowana spojrzeniem wstecz, w przeszłość.
Upadek berlińskiego muru i „jesień narodów” zakończyły przed dziesięciu laty - mówiąc słowami brytyjskiego historyka Hosbawma - „krótkie stulecie”, „wiek ekstremizmów”. Granice wieków nie pokrywają się ponoć z okrągłymi datami: i tak np. dziewiętnaste stulecie zaczęło się już rewolucją francuską w roku 1789, a skończyło kataklizmem pierwszej wojny światowej w roku 1914. Wiek dwudziesty zaczął się w roku 1918, a skończył w roku 1989. „Temat stulecia” po prostu się wyczerpał i przeżywamy długi okres porannej mgły - dopiero po jej rozproszeniu zacznie być widoczne, czy nowy dzień będzie słoneczny, czy pochmurny.
Być może przed dziesięciu laty skończyło się coś więcej, niż tylko dwudzieste stulecie: skończyła się epoka nowożytna, „epoka współczesna”. Trzy wieki wyczerpały temat ludzkiej władzy: wiek osiemnasty wypił do dna puchar władzy „oświeconego rozumu”, wiek dziewiętnasty upoił się władzą naukowego postępu, a nasz wiek - możliwościami technicznej maniuplacji. Czy postmodernizm jest „kacem”, czy też ozdrowieńczym wyzwoleniem się z iluzji, naiwności i mitów „epoki modernizmu”?
Człowiek przestał postrzegać przyrodę tylko jako niewyczerpany rezerwuar i pasywny materiał do budowy swego domu, swojej cywilizacji. Zaczyna widzieć ją bardziej odpowiedzialnie i po partnersku. Za podstawową strukturę bytu („arche”) od dawna już nie uważamy atomu i jego elementów, najmniejszych cząstek materii, jak to miało miejsce w okresie dominującego materializmu i pozytywizmu, lecz informację.
Przerażający cień głowic nuklearnych zastąpiony został mgłą nieogarnionej eksplozji informacyjnej. Ludzie wciągnięci w bezkresne sieci łatwo i szybko dostępnych informacji stają się mimo wszystko podobni do „nienasyconych dusz” z buddyjskich legend, dręczonych głodem i pragnieniem wśród nieprzebranego bogactwa propozycji. Tego, co znajduje się dziś w zawrotnej ilości, nie potrafimy opracować, sklasyfikować i przetrawić. Duma płynąca z „posiadania kluczy” przeplata się z poczuciem daremności, zmęczenia i frustracji. Po cóż jeszcze tworzyć i pomnażać niemożliwy do uchwycenia ocean informacji?
Technika nie tylko nie zaoferowała bliskości, ale przyniosła - ostatnio na polu inżynierii genetycznej - pokusę odegrania roli Boga, wzięcia pod własną reżyserię samej tajemnicy życia, bycia (nieomal) wszechmocnym Stwórcą, tyle że bez komplementarnego daru wszechwiedzy. Wielu jednak uświadamia sobie przerażające niebezpieczeństwo wykorzystania nauki i uważa, że nie wszystko, co potrafimy, wolno nam zrobić. Etyka - etyka wiedzy, gospodarki, przedsiębiorczości, mediów, polityki itd. - przestaje być postrzegana jako stylistyczne ćwiczenie niepraktycznych pięknoduchów, ale odkrywana jest jako dziedzina filozofii kluczowa dla tej właśnie epoki (Levinas). Nie uwzględniać aspektów etycznych i obserwować jedynie pozbawioną skrupułów drogę ekonomicznej czy innej pragmatycznej ekspansji - znaczy podcinać gałąź, na której siedzimy.
Dlatego kraje, do których przed dziesięciu laty wróciła demokracja, dochodzą - drogą bolesnych doświadczeń - do wniosku, że niezbywalną „biosferą demokracji” jest określony klimat moralny w społeczeństwie. Demokracja polityczno-gospodarcza nie powstanie tylko poprzez odnowienie lub stworzenie instytucji demokratycznych - instytucje te mogą się utrzymać i rozwijać wyłącznie tam, gdzie panuje określona kultura etyczna, ba, sama demokracja jest w swoim jądrze właśnie specyficzną kulturą stosunków międzyludzkich.
Nie jest żadnym przypadkiem, że państwo prawa i wolne społeczeństwo nie powstały poza kręgiem przepojonym tradycjami zachodniej kultury duchowej, owej syntezy wiary chrześcijańskiej, filozofii helleńskiej i prawa rzymskiego. Wartości, do których nasze kraje przyznały się u schyłku 1989 roku, nie spadły z nieba i nie są tylko wytworem powszechnej ludzkiej działalności. Wyrosły one na pniu jednego określonego typu cywilizacji.
Ale właśnie ten typ cywilizacji u progu trzeciego tysiąclecia przeżywa mocny kryzys tożsamości, wywołany wewnętrznym, duchowym wyjałowieniem i poczuciem zagubienia w procesie mieszania się kultur. Na ryzyko zaniedbania troski o duchowy wymiar własnej kultury, włącznie z wymiarem religijnym, wskazywał m.in. historyk Gollo Mann (syn pisarza Tomasza Manna): „zsekularyzowany humanizm jest wprawdzie piękną rośliną, ale za to szybko więdnie, jak każdy kwiat, kiedy odcięty zostanie od swych duchowych korzeni”. Dziś bardzo witalne narody islamskie patrzą na Zachód z pogardą jako na społeczeństwo, które przestało wierzyć we własną religię i wskutek tej zdrady nie ma nic do zaoferowania innym.
Druga przyczyna kryzysu tożsamości polega na tym, że Zachód w dzisiejszym coraz „gęstszym” świecie nie tylko wyzbywa się wcześniejszego przekonania o swej kulturowej nadrzędności, ale w konfrontacji z pozostałymi kulturami relatywizuje w efekcie swoje własne wartości. Zdrowa i samokrytyczna relatywizacja własnych roszczeń do absolutnego poiadania prawdy przeradza się często w masochistyczną relatywizację wszelkich zasad, np. moralnych wartości własnej tradycji. Taka droga może prowadzić wyłącznie do nihilizmu i totalnego sceptycyzmu. O ideologach ekstremalnego „multikulturalizmu” mówi się słusznie, że kochają każdą kulturę z wyjątkiem swojej własnej.
Jednym z przykładów tego trendu jest współczesny spór o uniwersalizm koncepcji ludzkich praw. Traktując rzecz empirycznie, trzeba stwierdzić, że geneza tej koncepcji nie jest uniwersalna, ponieważ jej korzenie są typowo zachodnie. Rozpowszechniona została (i przyjęta za podstawę ważnych dokumentów ONZ) z pewnością nie tylko „siłą prawdy samej”, ale na na fundamencie gospodarczej i politycznej dominacji Zachodu.
Jeden z wielkich współczesnych filozofów kultury i religii, Raymond Pannikar, doszukuje się jednak analogii idei ludzkich praw w innych pozaeuropejskich nurtach kulturalnych i duchowych. Pisze m.in.: „Ludzkie prawa symbolizują jedno okno, przez które dana kultura dostrzega obraz sprawiedliwego ładu, w którym poruszają się jej członkowie. Jednak ludzie żyjący w owej kulturze nie widzą tego okna. Dlatego potrzebują pomocy innej kultury, która patrzy przez inne okno. Czy z tego powodu mamy rozbić wszystkie okna i z ocalałych portali stworzyć jeden ziejący pustką otwór, co groziłoby zniszczeniem całej struktury? Czy raczej powinniśmy pracować nad możliwie największym poszerzaniem widoku, aby ludzie uświadomili sobie, że istnieje i musi istnieć pluralizm okien?”
Spotkanie i przenikanie się kultur, zjawisko tak bardzo typowe dla naszej epoki, nie musi prowadzić do wrogiej czy konkurencyjnej konfrontacji, ani do życia w zobojętnieniu, obok siebie, w imię łatwej tolerancji (każdy ma swoją prawdę), ale może zmienić się w proces wzajemnej komunikacji, w obustronnie ubogacający dialog. Nasza epoka kusi nas, byśmy stanęli wobec poszczególnych tradycji w jakiejś God-like-position, w narcystycznej, infantylnej próbie „ogarniecia wszystkiego”, w niezdolności do wybrania jednej drogi, w rezygnacji z twórczego niepokoju i próby znalezienia domu. A przecież mój wybór jednej drogi nie musi oznaczać demonizacji wszystkich pozostałych dróg, mój dom nie musi być opancerzonym bunkrem, lecz miejscem gościnnego spotkania.
Życzę czeskim architektom, aby ich praca twórcza praca pomagała przetwarzać nasz zagmatwany, gęstniejący świat w dom, przyjemne miejsce spokojnego ludzkiego przebywania.
Z czeskiego tłumaczył Andrzej Babuchowski


