P u b l i k a c y e   (a r t y k u l y)

ROZTERKI WOKÓŁ PEWNEJ WIELKODUSZNOŚCI

„Przypadek Williamsona” w szerszym kontekście

Wydarzenia w Kościele katolickim interesują społeczność niekatolicką także dlatego, że Kościół od stuleci jest największą pod względem światopoglądowym jednolitą całością na naszej planecie, a zatem i znaczącym „globalnym graczem”. Jeśli w części Europy jego wpływ słabnie, to tym bardziej rośnie on na kontynentach przyszłości, w Azji i Afryce. Wszystkie inne wielkie grupy religijne, począwszy od muzułmanów i buddystów, po chrześcijan niekatolików, dzielą się na ogromną liczbę nurtów i odgałęzień, które czasami nie tolerują siebie nawzajem. Czy coś podobnego, jak wskazywałby na to casus eks-ekskomunikowanego monsignora Williamsona, czeka również Kościół katolicki?

Akt pierwszy: „My jesteśmy papieżem”

Ten przypadek miał do tej pory kilka faz. W pierwszej, tuż po medialnym skandalu z wypowiedziami Williamsona, negującymi rozmiary i charakter Zagłady Żydów i atakach na papieża, rzekomo „rehabilitującego ludzi negujących Holocaust”, wielu spośród tych, którzy byli zorientowani w problemie, zamierzało jednoznacznie bronić papieża. Benedykt XVI rzeczywiście w chwili podpisywania dekretu, zdejmującego karę ekskomuniki za bezprawne przyjęcie sakry biskupiej z rąk arcybiskupa Lefebvra, czyli wywołanie schizmy (organizacyjnego podziału w Kościele), nie miał pojęcia o skandalicznych wypowiedziach Williamsona dla szwedzkiej telewizji.

Pogląd, że papież mógłby tolerować kwestionowanie Holocaustu czy jakiekolwiek antysemickie postawy, a nawet z nimi sympatyzować, albo że Kościół rewiduje swój pozytywny stosunek do Żydów, wyrażony w dokumentach Soboru Watykańskiego II i w licznych gestach papieży minionego półwiecza, jest całkowicie absurdalny i może go wygłaszać tylko ktoś, kto nie rozumie lub nie chce rozumieć spraw Kościoła. Reakcje przedstawicieli społeczności żydowskiej, polityków niemieckich i dysydentów kościelnych, wzywających wręcz do abdykacji papieża, wydawały się – i w znacznej mierze były – rzeczywiście nieadekwatne. Cały skandal mógł po prostu bez rozgłosu zakończyć się tym, co faktycznie nastąpiło, że papież swój dotychczasowy stosunek do Żydów i Holocaustu raz jeszcze potwierdził, a wypowiedzi Williamsona zdecydowanie odrzucił. W Internecie oprócz protestów pojawiły się także petycje z wyrazami poparcia dla papieża, przypominające tytuły niemieckich gazet po wyborze Benedykta XVI - „My jesteśmy papieżem”.

Cały przypadek jawił się do tej pory jako dokładna kopia wcześniejszych medialnych uproszczeń wypowiedzi papieża, z których najpoważniejszym było wyrwanie cytatu średniowiecznego cesarza na temat Mahometa z wykładu papieża w Ratyzbonie przed kilkoma laty. Wtedy ta medialna nieodpowiedzialność i żądza sensacji skończyła się akcjami muzułmańskich radykałów, podpalaniem kościołów, a nawet zabójstwem kilku osób duchownych. Te same media, które podburzały społeczność muzułmańską, potem z satysfakcją pokazywały „fotogeniczne” ujęcia barbarzyństwa islamskich radykałów. Obecne zamieszanie wywołało jedynie walkę na słowa, ale stał też za nią „drobny manewr” w sferze informacji, sugerujący, że Williamson został kiedyś potępiony, a teraz zrehabilitowany „za swoje konserwatywne poglądy”.

Ekskomunika Williamsona nie dotyczyła jednak jego poglądów, a już z całą pewnością nie jego poglądów politycznych. Miał to być pierwszy krok w procesie pojednania lefebrystycznych sekciarzy z Kościołem katolickim. Ci, którzy proponują czy radzą papieżowi, żeby ponownie ekskomunikował Williamsona, mają chyba niewielkie pojęcie o prawie kanonicznym. Ekskomunika, najwyższa z możliwych kar kościelnych, nie jest samowolną akcją rozgniewanych hierarchów, lecz aplikacją przepisów kodeksu prawa kanonicznego. Z Kościoła katolickiego nikt nie może zostać wydalony za swoje poglądy polityczne, ani za grzech kłamliwej interpretacji historii. Mówiąc dokładniej, nie może być ekskomunikowany nawet za swoje poglądy religijne; w konflikt z prawem kanonicznym wszedłby dopiero wtedy, gdyby swoje poglądy teologiczne, sprzeczne z oficjalną nauką Kościoła, upowszechniał publicznie jako nauczanie Kościoła – ale i wówczas miałby miejsce raczej zakaz nauczania na uczelniach teologicznych lub suspensa (pozbawienie urzędu), aniżeli ekskomunika. Zdjęcie ekskomuniki ze schizmatyckich biskupów znaczy w praktyce tylko to, że mogą oni przystępować do spowiedzi i Komunii św.; nie oznacza to jednak akceptacji ich poglądów, ani powierzenia im urzędu biskupiego czy jakiegokolwiek innego w Kościele katolickim.

Być członkiem Kościoła katolickiego, nie znaczy być członkiem partii politycznej o obowiązującej ideologii, lub członkiem instytucji akademickiej, wymagającej pewnego poziomu wypowiadania się na tematy specjalistyczne, ani (na szczęście) członkiem sekty o jednobarwnej duchowości i zuniformizowanej ideologii religijnej. Być członkiem Kościoła, znaczy należeć do pluralistycznej pod każdym względem rodziny, obejmującej cały glob, w której człowiek zgodnie z zasadami statystycznego prawdopodobieństwa znajdzie, jeśli zada sobie trud szukania, zarówno ludzi, którzy mentalnością oraz poglądami politycznymi, religijnymi i naukowymi są mu bliscy, jak i takich, którzy będą go irytować bardziej niż nieznośni krewni, otrzymani „w posagu”. Kościół nie deklaruje, że jest „związkiem sprawiedliwych” (tak nazywała się pierwsza komunistyczna partia świata)), ale przyznaje że jest wspólnotą ludzi grzesznych.

Akt drugi: Podwójne „ale”

Druga faza we wspomnianym przypadku nastąpiła wtedy, gdy wielu zainteresowanych przeszło przez to, co na temat poglądów Williamsona (nie tylko o Holocauście, ale np. o 11 września czy sytuacji kobiet) może dowiedzieć się każdy, kto potrafi posługiwać się Internetem. Fakt, że nie zadali sobie tego trudu odpowiedni urzędnicy instytucji watykańskich, jest zdumiewający. Czy świadczy to o ich lenistwie, nieudolności, braku zainteresowania? Inne warianty (jakoby ludzie ci chcieli świadomie „podpuścić” papieża, albo że tego rodzaju poglądy w ogóle im nie przeszkadzały), pozostawmy raczej zwolennikom „teorii spiskowych”. Z uczuciem ulgi wysłuchaliśmy także słów samokrytyki z ust sekretarza Bertoniego, drugiej osoby w Watykanie, że to faktycznie Watykan zawiódł – podobne słowa usłyszeliśmy w całym Kościele, od kurialnych kardynałów aż po wielu europejskich biskupów, nie wyłączając praskiego kardynała Miloslava Vlka. Polityka personalna Watykanu kilkakrotnie w ostatnim czasie zazgrzytała – wspomnijmy nominację arcybiskupa warszawskiego, który musiał zrezygnować, ponieważ ujawnione zostały tajemnicze cienie jego przeszłości.

Jednak „casus Williamsona” wskazuje na coś głębszego. Czy fakt, że człowiek o tego typu mentalności i ludzkim formacie może zostać biskupem, nie mówi nam czegoś o samym Bractwie Piusa X (mimo że jego przełożeni zdystansowali się wobec konkretnych wypowiedzi Williamsona)? Poglądy Williamsona nie są przypadkową gafą, lecz przejawem sekciarskiej mentalności, która w tych właśnie kręgach doprowadziła do działań schizmatyckich, a po oderwaniu się od Kościoła katolickiego jeszcze bardziej się rozszerzyła. Jest to dokładnie ów wirus paranoidalnego postrzegania świata, kombinacja strachu i agresji, atakujący mentalność grup społecznych, które utraciły zdolność komunikacji z otaczającym światem i jego kulturą.

Trzeba uświadomić sobie podstawowa różnicę między Kościołem a sektą. Kościół musi udźwignąć określone zasoby kompromisu i tolerancji zarówno we własnych szeregach (mieć świadomość, że jest „wspólnotą grzeszników”), jak i w stosunkach ze światem (gdzie nie może wykopywać nieprzekraczalnego rowu, lecz musi tolerować określoną „szarą strefę częściowo zidentyfikowanych”). Sekta, przeciwnie, powstaje i upada na skutek ostrego rozgraniczenia między „my” (czyści, niedocenieni przez świat) i „oni” (opętani przez diabła, zło i świat tkwiący w herezji), a żyje z negacji.

Sobór Watykański II był owocem duszpasterskiej mądrości i odpowiedzialności teologów i przedstawicieli Kościoła, którzy widzieli, że „antymodernistyczna wojna” (kontynuowanie reakcji na traumę europejskiego katolicyzmu w wyniku rozwoju wydarzeń po rewolucji francuskiej) oznaczałaby paraliż Kościoła i wciągnięcie go w ślepą uliczkę historii, na pozycje sekty. Zamiast tego, Kościół inspirował się doświadczeniem katolicyzmu amerykańskiego, który nowoczesne środowisko społeczeństwa pluralistycznego potraktował bardziej jako szansę niż zagrożenie.

Aprioryczny strach przed jakąkolwiek zmianą kursu, odrzucanie krytycznej autorefleksji i następujące potem turbulencje oraz zjawiska kryzysowe okresu posoborowego wywołały u pewnej części katolików „szok kulturowy”. Powodów do niepokoju było niemało. Seminaria wbrew oczekiwaniom opustoszały, wielu księży i zakonników porzuciło swoją posługę, do głosu doszły tłumione spory teologiczne. Niektórzy radykalni zwolennicy „ducha Soboru” do tego stopnia zsekularyzowali treść swoich kazań, że zamiast mówić o Bogu, nieustannie mówili o ludzkich prawach, ekologii i feminizmie, i dlatego ich kościoły zaczęły świecić pustkami – ludzie przestali rozumieć, po co mają w kościele na nowo słuchać tego, co nieprzerwanie wałkowane jest w mediach. Ci, którzy hasła Soboru – dialog i aggiornamento (uwspółcześnienie, czy raczej „aktualizacja”) – potraktowali powierzchownie jako wezwanie do wyprzedaży własnej chrześcijańskiej tożsamości, bardzo przysłużyli się drugiemu ekstremizmowi – tym, którzy owe wezwania całkowicie odrzucili.

Recydywa triumfalizmu?

Ikoną ultrakonserwatystów stał się arcybiskup Lefebvre, związany z faszyzująco-nacjonalistycznymi kręgami (zwłaszcza Le Pennem), który odmówił podpisania dokumentów Soboru o wolności religijnej, ekumenizmie i dialogu międzyreligijnym. Kręgi te postrzegały Sobór jako spisek – i tak jak przed stu lat uważały, że stoją za nim Żydzi, masoni i komuniści. Więc kiedy ze „świata komunistycznego” wynurzył się polski papież i zaczął modlić się wspólnie z tybetańskim Dalajlamą, buddyjskimi mnichami, kapłanami szintoistycznymi, muzułmańskimi imamami i żydowskimi rabinami, kiedy odwiedził rzymską synagogę i w meczecie ucałował Koran, było już dla nich wszystko jasne. Kościół i jego papieża uznali za odstępców i zaczęli budować własny Kościół, próbując powrócić do świata, który już nie istniał. Już tradycyjny katolicyzm XIX wieku opierał się w pewnej mierze na romantycznej idealizacji średniowiecza – a nowa recydywa tej nostalgii nabrała rysów tragikomicznych, przyciągając ludzi o doprawdy dziwnej mentalności. Dobrze pamiętam pewną wizytę w Econ – w tym skansenie triumfalizmu pobożność zmieniła się w bigoterię, teologia w ideologię, liturgia w romantyczny spektakl. W ich publikacjach hermeneutyka jako główna metoda pracy teologicznej i interpretacji tekstów biblijnych została zapomniana, ponownie nastał fundamentalizm.

Największym odstępstwem „tradycjonalistów” od zasad katolicyzmu jest jednak ich ignorowanie tradycji, tego żywego nurtu interpretacji i reinterpretacji Pisma Świętego i „skarbca wiary”, stanowiącego rdzeń teologii. Tradycjonaliści są de facto heretykami (słowo to pochodzi od czasownika „wybierać sobie”), ponieważ redukują tradycję do jednego fragmentu, najmniej szczęśliwego okresu Kościoła w defensywie przed nadchodząca moderną.

Próba zachowania owej alternatywy wobec Kościoła posoborowego doprowadziła arcybiskupa Lefebvra w czerwcu 1988 roku do decyzji bezprawnego wyświęcenia jego następców – a w rezultacie do schizmy, za którą w Kościele katolickim automatycznie następuje kara ekskomuniki dla wyświęconych i dla udzielających święceń. Tak oto doszło do wspomnianych ekskomunik, które z kolei formalnie zostały ogłoszone przez Jana Pawła II. Radykalni „lefebryści” odłączyli się od Kościoła, jednak i po tej schizmie pozostał w Kościele pewien procent katolików, którzy nie poszli w ślady lefebrystów, lecz mimo to zachowali ich mentalność, duchowość i teologię. Zwłaszcza tym ludziom zależało bardzo, by schizma została przezwyciężona – i mogłoby się wydawać, że niektóre decyzje Benedykta XVI (stworzenie większej przestrzeni dla zwolenników przedsoborowej liturgii łacińskiej i obecne zniesienie ekskomuniki) są odpowiedzią na owo pragnienie jedności. Wydawało się, że te posunięcia paradoksalnie spełniają też wizję zwolenników „ducha Soboru”, czyli jedności Kościoła jako „pogodzonej różnorodności”.

Obserwując jednak reakcję lefebrystów i ich sympatyków na te właśnie kroki, nie widzimy na razie żadnej zdolności i chęci pogodzenia się z różnorodnością. Papieski „akt miłosierdzia” traktują oni nie jako wezwanie do skruchy, lecz raczej jako przejaw skruchy ze strony Kościoła – to nie oni wracają do Kościoła, ale Kościół wedle ich mniemania w końcu kaja się i powraca w ich szeregi i na ich szlaki. Cieszę się, że z ust najwyższego przedstawiciela czeskiego Kościoła wyszedł głos ostrzegawczy: ostrożnie z przebaczeniem bez skruchy, z pojednaniem bez nawrócenia. Łatwe i powierzchowne traktowanie przebaczenia, będące bagatelizacją, niedostrzeganie i szybkie zapominanie tego, co się wydarzyło, znamy już z niewydarzonych połowicznych „rozliczeń z przeszłością” po upadku komunizmu.

Uzasadnione są tutaj krytyczne pytania: Czy „przypadek Williamsona” nie jest ostrzeżeniem? Czy wspaniałomyślna (ale nieco pochopna) wielkoduszność wobec wspomnianych schizmatyków nie jest dla Kościoła bardziej zagrożeniem niż wzmocnieniem? Czy wraz z nimi nie powróci do Kościoła niebezpieczny wirus triumfalizmu i sekciarskiej nietolerancji?

Przed Kościołem, jeśli chce kroczyć drogą Soboru śladami wielkiego i odważnego Jana Pawła II, stoi w chwili obecnej pilne i rzeczywiście „historyczne” zadanie: być w świecie pełnym przemocy (a teraz jeszcze zagrożonym także możliwymi konsekwencjami ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego) aktywnym uczestnikiem głębokiego dialogu międzyreligijnego, długotrwałej terapii i profilaktyki przed wykorzystywaniem religii do krzewienia nienawiści. Jeśli Kościół będzie nadal szedł w tym kierunku, może w dzisiejszym świecie odegrać równie pozytywną rolę, jaką odegrał po upadku Rzymu i najeździe barbarzyńców u schyłku średniowiecza, kiedy to małe narody wychowywał nie tylko w wierze i moralności chrześcijańskiej, ale także zachował i przekazał najcenniejsze skarby starożytnej cywilizacji, grecką filozofię i prawo rzymskie, tworząc w ten sposób podstawy wielkiej europejskiej kultury chrześcijańskiej. Lefebryści i ich sympatycy znani są jako ci, którzy właśnie tę inicjatywę Kościoła katolickiego ze wszystkich sił hamują, odrzucają i demonizują. Dialog pomiędzy religiami zakłada oczywiście także „wewnątrzkościelny ekumenizm” - ale właśnie dlatego na polu pojednania wewnątrz Kościoła katolickiego trzeba działać bardzo odpowiedzialnie i ze świadomością szerszego kontekstu.

luty 2009

Przełożył Andrzej Babuchowski

„Tygodnik Powszechny” nr 8; 22 lutego 2009, s. 14-14

[webmaster] - Dominik Turchich