P u b l i k a c y e   (a r t y k u l y)

STRACH MA WIELKIE OCZY

Jan Paweł II stale powtarza: „Nie lękajcie się”. I łączy to z wizją nowej ewangelizacji Europy. Człowiek wierzący powinien być odporny na strach. Wiara oznacza przecież odwagę przyjęcia całej otaczającej nas rzeczywistości z wielkim zaufaniem. Jest związana z odważną afirmacją rzeczywistości, bo wierzymy, że także za nowymi i nieznanymi rzeczami jest na końcu dobry Bóg

Z KS. TOMASZEM HALIKIEM * rozmawia O. TOMASZ DOSTATNI **

Tomaszu, przez wiele lat w czasach komunistycznych pracowałeś jako psychoterapeuta. Zajmowałeś się leczeniem ludzi uzależnionych. Często spotykałeś się z ludźmi podszytymi egzystencjalnym strachem. Lęk był motorem ich życia. Czym jest strach w życiu człowieka?

Myślę, że trzeba wyjaśnić kilka pojęć, które mają różne znaczenia, a często są używane zamiennie. To strach, trwoga i bojaźń. Strach jako lęk przed czymś konkretnym. Człowiek czuje strach przed operacją, przed złodziejem.

Czym innym jest trwoga, o której mówi egzystencjalna filozofia i literatura jako o nastroju, usposobieniu współczesnego człowieka. Trwoga nie ma jakiegoś konkretnego przedmiotu. Często występuje wspólnie z odczuciem obcości, oddalenia, zagubienia we współczesnym, anonimowym społeczeństwie. Egzystencjaliści mówią, że to jest coś, co należy do człowieka, konstytuuje jego samego. To jest to, co Biblia nazywa bojaźnią przed Bogiem. Przeżycie człowieka spotykającego Tajemnicę, która odnosi go do transcendencji.

W Biblii człowiek, który spotyka się z czymś, co ma cechę świętości, z Bogiem samym, odczuwa strach, że musi umrzeć. I dlatego pierwsze słowo Bożego poselstwa brzmi często: „Nie bój się”. Albo: „Nie bój się, nie umrzesz”. Bo na swój sposób w człowieku coś umiera, gdy się spotyka z czymś świętym, z tym całkiem innym od siebie. Rudolf Otto, fenomenolog religii, charakteryzował to jako misterium tremendum et fascinosum. To jest religijne uczucie, gdy człowiek staje twarzą w twarz z Tajemnicą, przed którą czuje trwogę, ale która go też fascynuje i przyciąga. Jeszcze o lęku: to niekoniecznie coś negatywnego. Człowiek, który się niczego nie boi, wcale nie jest ideałem. To człowiek jakoś chory. Podobnie jak ból strach jest sygnałem, który nas ostrzega przed realnym niebezpieczeństwem.

Rozumiem, że strach może też mieć pozytywny wpływ na moje życie.

W czasach komunistycznych moi przyjaciele, którzy wiedzieli, że pracuję jako ksiądz w podziemiu i że ta praca niesie konkretne ryzyko, bo stale przecież byłem jakby jedną nogą w więzieniu, pytali: „To ty się nie boisz?”. Odpowiadałem: „Czuję strach, ale staram się nie zwracać na niego uwagi”. Chciałem pokazać, że ideałem nie jest likwidacja strachu. Ważne jest tylko, aby ten strach nie opanowywał człowieka, aby nim nie kierował.

Czeskie i polskie przysłowie mówi, że strach ma wielkie oczy. To znaczy, że gdy człowiekiem zawładnie strach, nie jest w stanie realnie ocenić niebezpieczeństwa, jakie mu grozi; w jego własnej fantazji ono stale rośnie.

W zrozumieniu tego bardzo nam pomogła psychoanaliza Freuda. Ukazała nam ona, że czasami mogą istnieć lęki wręcz neurotyczne. Podobnie jak istnieje neurotyczne poczucie winy. I ważna jest umiejętność rozróżnienia między neurotycznym i realnym poczuciem winy. To samo dotyczy umiejętności odróżniania neurotycznego strachu od tego strachu, który jest częścią natury człowieka. Strach jest ściśle związany z poczuciem wartości. Człowiek ze słabo rozwiniętym ego, który sam nie umie dostrzec swojej wartości, boi się więcej od innych, ma skłonność do ulegania strachom.

Strach wiąże się też z wykształceniem, z inteligencją człowieka, można tu powiedzieć o pewnym kompleksie. Bo inteligencja, wykształcenie pozwalają ludziom rozróżniać, pomagają, aby to, co jest nieznane, nie przerażało. Dają ludziom siłę, aby to nowe we właściwy sposób wartościować. Człowiek, który nie ma odpowiedniego wykształcenia, a także doświadczenia życiowego, jest tym nowym po prostu zaskoczony. Strach, który jest nieadekwatny do sytuacji i chorobliwy, nazywamy paranoją. Greckie słowo „paranoja” jest przeciwieństwem słowa „pronoja”. „Pronoja” to przezorność, zdolność patrzenia do przodu, w przyszłość.

Już dwanaście lat żyjemy w wolnym społeczeństwie, wolnym państwie. Dlaczego ludzie, którzy żyli w komunizmie i pragnęli wolności, dziś, kiedy jest demokracja, wolność, boją się tej wolności, otwartości i demokracji?

Z wolnością jest podobnie jak z dojrzałością. Człowiek jej pragnie, ale gdy ją osiągnie, uświadamia sobie, że wolność, podobnie jak dojrzałość, niesie ze sobą odpowiedzialność. Konieczność stałego wyboru w nowych sytuacjach, w których do tej pory się nie znajdował. A to jest często związane z traumatycznymi przeżyciami. Także ze świadomością, że w tej nowej sytuacji się nie sprawdził. Próbując opisać to zjawisko, ten stan postkomunistycznego społeczeństwa, ten strach przed demokracją, pluralizmem, wolnym społeczeństwem, często używam (w sposób analogiczny) terminu „agorafobia”, pochodzącego z psychologii klinicznej. Jest to przeciwieństwo klaustrofobii - lęku przed zamkniętą przestrzenią. Agorafobia jest lękiem przed otwartą przestrzenią. Dosłownie strach przed rynkiem: agora to rynek, targ.

Lęk przed otwartą przestrzenią. Czy może też chodzi tu o strach przed przyszłością?

Jest to często opisywane zjawisko, które ma miejsce, gdy wypuści się więźniów na wolność. Wielu ludzi, na przykład więźniowie polityczni, którzy po latach wyszli na wolność, mówiło mi, że nie byli w stanie przejść na drugą stronę ulicy. Że musieli trzymać kogoś za rękę, gdy zobaczyli tramwaj. I nie potrafili sobie zupełnie zorganizować życia. A drobni kryminaliści często starali się popełnić jakieś nowe przestępstwo, aby znowu dostać się do więzienia. Dlatego, że nie byli w stanie zorganizować sobie życia na wolności. Więzienie było dla nich miejscem, które już znają i gdzie poruszają się w przestrzeni dla nich bezpiecznej. Vaclav Havel też mówi o kompleksie uwolnionego więźnia.

Można zastosować także porównanie z dzieciństwem. Państwo autorytarne, totalitarne, starało się utrzymywać ludzi w sytuacji, w której odgrywało rolę ojca przejmującego odpowiedzialność. I wielu ludzi pragnęło takiego socjalnego zabezpieczenia, choć państwo to też karało. Ksiądz Tischner powiedział mi kiedyś, że ta nostalgia za komunizmem jest nostalgią za utraconym dzieciństwem, za stanem pierwotnej niewinności. W państwie komunistycznym wszyscy na swój sposób byli niewinni. Panujący tłumaczyli sobie, że taka jest logika dziejów, a tzw. zwykli ludzie żyjący w tym reżimie mówili: my nic nie mogliśmy zrobić, nie mieliśmy żadnej przestrzeni wolności, dlatego też nie możemy dziś ponosić za tamte lata żadnej odpowiedzialności. Ten stan niewinności, ta karykatura raju, jest czymś, za czym człowiek tęskni. I tu widać, że odpowiedzialność i wolność są wartościami głęboko ze sobą złączonymi.

W niektórych swoich tekstach powtarzasz, że brakuje przeprowadzanej przez filozofów, ludzi kultury analizy, czym był komunizm. Brakuje nam odpowiedzi na pytanie, jak to było możliwe. Często zaspokajamy się utartymi odpowiedziami.

Myślę, że nam ciągle brakuje takiej pogłębionej analizy, może jest ona w Polsce, nie wiem, ale to pytanie jest dla mnie aktualne: dlaczego komunizm trwał tak długo? Ludzie odpowiadają sobie często: dlatego że ten reżim był tak brutalny. Miał silną władzę, różne możliwości represji. A ja myślę, że to nie było tak. Musimy nazwać te korzenie, źródła antropologiczne tego trwania w totalitarnym społeczeństwie. To wcale nie był tak silny nacisk, jak się nam wydawało. Siłą tego systemu był strach ludzi przed wolnością. Strach przed konfrontacją z wolnością. Taki sposób życia wielu ludziom odpowiadał. Proces ten musimy poddać dokładnej analizie. Nie tylko socjologiczno-politycznej; bardziej duchowo-psychologicznej i moralnej. Może to mieć także formę eseju czy powieści. Myślę, że u nas niektóre teksty Kundery, Havla spełniają taką funkcję. Literatura piękna potrafi wyrazić antropologiczne korzenie komunizmu. A także ukazać ową nostalgię za komunizmem.

Może jakiś przykład?

Czasami używam takiego przykładu: gdy Indian przewożono na nowe miejsca zamieszkania, mówili: dajcie nam chwilę przerwy, bo my fizycznie, cieleśnie już jesteśmy na tych nowych miejscach, ale nasze dusze są jeszcze w dawnych naszych obozach, wsiach. I musimy poczekać na nasze dusze, nie możemy się tak spieszyć. I my także musimy poczekać na nasze dusze. Bo często żyjemy, fizycznie i faktycznie, w demokracji, ale nasze dusze ciągle jeszcze są w totalitarnym reżimie.

Egzystencjaliści mówią: jesteśmy skazani na wolność, skazani na wybór. A wybór związany jest z trudem. Tutaj pojawia się to, co nazywamy fermentem fundamentalizmu, a nie jest to fenomen tylko religijny. Gdy człowiek spotyka się z pluralistycznym światem, z rzeczami nowymi, nieoczekiwanymi, gdy się spotyka z wielowarstwowością, z bardzo zróżnicowanym kulturowo i społecznie światem, wtedy to spotkanie jest bardzo frustrujące. Wywołuje w człowieku to, co psychologia nazywa dysonansem poznawczym. Zaczynam dostrzegać problemy, które mogą być inaczej odbierane, inaczej interpretowane. Ktoś inny może te same rzeczy widzieć zupełnie inaczej. Ta wewnętrzna zmiana optyki jest dla wielu ludzi frustrująca. Dla inteligentnych, którzy odnajdują radość w studiowaniu, kształceniu się, poznawaniu nowych przestrzeni, ta zmiana optyki jest przeżyciem niezmiernie radosnym. Cieszy ich to, że mogą na problemy, które ich nurtują, spojrzeć pod innym kątem. W religijnej sferze może być podobnie. Człowiek zostaje zaskoczony, zadziwiony, a to powoduje wyraźne poszerzenie horyzontów.

Czy znowu można to zobrazować jakimś przykładem?

Rosyjski fizyk Nalinow powiedział kiedyś, że człowiek na trzy sposoby spotyka się w swoim życiu z czymś nowym. „O!” - gdy spotka się z Tajemnicą, która się przed nim otwiera, która go przerasta. „Aha!” - gdy zaakceptuje daną myśl, gdy zrozumie ukrytą przyczynę. I także „Ha, ha!” - gdy zrozumie dowcip. Wszystkie te trzy sposoby są piękne i pozwalają w dojrzały sposób przekazywać wiarę. Ale dla wielu ludzi, którzy są przyzwyczajeni do myślenia stereotypami, są niedostępne, bo tak naprawdę są zbyt leniwi, aby w ogóle samodzielnie myśleć. Albo pochodzą ze środowisk, gdzie nie spotkali się z różnorodnością spojrzeń. Wśród takich ludzi to, co nowe, wywołuje przede wszystkim frustrację; wtedy fundamentalizm pozwala im redukować tę różnorodność świata.

Fundamentalista nie jest człowiekiem, który nie ma wątpliwości, ale to człowiek, który nie jest w stanie z tymi wątpliwościami żyć. On je po prostu neguje. I często swoje własne wątpliwości wkłada w życie innych ludzi i ich ocenia. W innych ludziach widzi zdrajców, nieprzyjaciół. Jest to klasyczna psychologiczna projekcja: człowiek nie jest w stanie żyć z własnymi sprzecznościami, redukuje świat, chce powrócić do jakiegoś złotego wieku, a raczej do mitu złotego wieku, który istniał przed wielokulturową cywilizacją. Niektóre ruchy ekologiczne są w tym sensie fundamentalistyczne: chcą powrócić do sytuacji pierwotnej, przedtechnicznej, do czasu pierwotnej natury, dzikusów. Albo nacjonalizm, który mówi: „Czechy dla Czechów”.

Są ludzie, którzy nie mogą zaakceptować różnorodności złożonej z ludzi różnych narodowości i kultur. Nacjonalizm, szowinizm też są fundamentalizmem. W życiu religijnym, gdy człowiek nie dał sobie rady z wątpliwościami, albo wraca do infantylnej wiary dzieciństwa, albo do jakiejś euforii, która miała miejsce bezpośrednio po nawróceniu. Chce wykonać taki skok do tyłu.

Dlaczego chrześcijanie, katolicy, ludzie wierzący, boją się Unii Europejskiej? Jest to jakaś nowa rzeczywistość, która staje przed nami, i słyszymy wiele głosów, które wyraźnie są podszyte strachem. Dlaczego boimy się jako katolicy? Jaki jest ten strach, który wędruje po Europie Środkowej, ten katolicki strach?

Patrząc z zewnątrz, on zaskakuje, bo może się wydawać, że to nie tak miało być. Z kilku powodów. Człowiek wierzący powinien mieć w sobie jakąś odporność na strach. Wiara oznacza przecież odwagę przyjęcia całej otaczającej nas rzeczywistości z wielkim zaufaniem. Wiara jest związana z odważną afirmacją rzeczywistości, bo wierzymy, że i za tymi nowymi i nieznanymi rzeczami jest na końcu dobry Bóg. To by miało dawać człowiekowi siły do przyjęcia wielu nowych przestrzeni, które z kolei człowieka niewierzącego niepokoją. Podobnie ukazuje to Mircea Eliade i wielu fenomenologów - wiara biblijna była umiejętnością widzenia tego, co nowe, jako czegoś pozytywnego. Inaczej było w świecie zorganizowanym przez mitologię, w którym to, co nowe, było rozumiane jako chaotyczne, zagrażające człowiekowi. Dążeniem człowieka mitologii był powrót do prehistorycznego złotego wieku. Natomiast wiara biblijna ukazująca Boga Obietnicy ukazała przyszłość jako coś pełnego sensu.

A kontekst europejski naszych antyunijnych lęków?

Musimy pamiętać, że Kościół katolicki był jedną z pierwszych instytucji, które stały u podstaw Wspólnoty Europejskiej. Od zawsze ludzie Kościoła i ludzie uniwersytetów występowali jako Europejczycy. I Kościół katolicki był u źródeł tego kulturowo-politycznego projektu, który nazywamy Europą.

Jan Paweł II stale powtarza to, co wypowiedział u początku swego pontyfikatu: „Nie lękajcie się”. I bardzo szybko połączył to z wizją nowej ewangelizacji Europy. To wszystko ma prowadzić do tego, by katolicy się nie bali. Wręcz przeciwnie, by rozumieli proces integracji Europy jako okazję, wezwanie i szansę. Bardzo często słyszymy, że strach ten wynika z tego, iż ten proces nie jest w katolickich rękach. Że przewodzą temu liberałowie, socjaliści i że to nie będzie powrót do tradycyjnej Europy. Że to będzie jakaś Europa obca chrześcijańskim korzeniom.

Ale strach fundamentalistów ma głębsze przyczyny. By to wyjaśnić, muszę wprowadzić rozróżnienie między religią a wiarą. Religia to jest to, co się dziedziczy, co jest związane z tradycją, co było przekazywane w małej wspólnocie powiązanej ze sobą bardzo silnymi, różnorodnymi i niepoddawanymi refleksji więzami. Niektórzy twierdzą, że właśnie opuszczenie takich małych, najczęściej wiejskich wspólnot jest źródłem sekularyzacji. Ale to jest tylko kryzys tradycyjnej religijności, który jest jednocześnie wielką szansą dla wiary. Chodzi mi tu o wiarę rozumianą zgodnie z tradycją biblijnych proroków i z tradycją Jezusa. To jest wiara związana z wolnym wyborem, wolną decyzją człowieka. Tak rozumianej wiary człowiek nie może dziedziczyć po poprzednich pokoleniach. Gdy wiarę rozumiemy w ten sposób, chrześcijaństwo nie jest tylko zbiorem określonych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie zwyczajów, pozwala patrzeć z ufnością w tę przemieniającą się twarz Europy.

Integryzm katolicki jest dziś zjawiskiem coraz szerszym, ma różne odcienie. Jaką rolę może on odegrać w procesie jednoczenia Europy?

Katoliccy integryści ciągle żyją nostalgią za średniowieczną, katolicką Europą. Słusznie dostrzegają, że ta nowa Europa będzie zupełnie inna. Tymczasem wezwanie do nowej ewangelizacji pojmują jako wezwanie do rekatolicyzacji Europy. To nieporozumienie. Papież sam wielokrotnie przestrzegał przed taką jednostronną interpretacją. Bo tu chodzi wyraźnie o działanie ekumeniczne.

A na dodatek wizja katolickiej Europy jest romantyczną fikcją, słabo związaną z realiami historycznymi. Dzisiejsi historycy, badając życie codzienne ludzi średniowiecza, wskazują, że wiara chrześcijańska nie obejmowała wówczas całego społeczeństwa. Ewangelizacja objęła warstwy wykształcone, które pozostawiły pisane świadectwa. Ale gdy przyglądamy się z bliska codziennemu życiu na przykład wsi średniowiecznej, to dostrzegamy, że tamci ludzie zakorzenieni byli raczej w jakiejś religijności naturalnej czy nawet pogańskiej. Dlatego o średniowieczu nie możemy mówić jako o złotym wieku wiary. A tym bardziej nie można podporządkowywać planów na przyszłość takiej romantycznej wizji. Bo Europa przyszłości będzie pluralistyczna, w sensie kulturowym, politycznym, narodowym i religijnym.

Czy w integrystycznym myśleniu nie ma naprawdę nic pozytywnego?

Trzeba przyznać, że tradycyjni katolicy mają czasem rację, gdy obawiają się dominacji pewnego typu liberalizmu. Bo oprócz np. nurtu konserwatywno-liberalnego jest też liberalizm fundamentalistyczny. Liberałowie-fundamentaliści są wielce tolerancyjni, ale tylko do chwili, gdy spotkają kogoś, kto jeszcze w coś wierzy. I wtedy są bardzo nietolerancyjni. Dlatego trzeba czasami przyjrzeć się tolerancji tych, którzy sami wzywają do tolerancji. Bo istnieje taki typ laicyzmu, który przez jakiś czas panował i był sam nieznoszącą innych religią. Dlatego w Europie przyszłości, jeśli ma być naprawdę pluralistyczna, musi występować wolna przestrzeń, zarówno dla chrześcijan wszystkich wyznań, jak i dla muzułmanów, którzy już dziś na przykład we Francji są po Kościele katolickim największą grupą religijną. A dialog z islamem będzie dla przyszłej Europy bardzo ważny. Nie możemy na islam patrzeć przez pryzmat najazdów tatarskich czy przez dzisiejszy muzułmański ekstremizm. Musimy przypomnieć sobie także czasy współżycia chrześcijaństwa, islamu i judaizmu w średniowiecznej Hiszpanii.

Ale ten fundamentalistyczny laicyzm i ateizm także musimy przyjmować jako swojego rodzaju wyznanie. On także ma prawo do istnienia, obok innych wyznań i religii, choć nie ma powodu, by był wyznaniem państwowym, tak jak bywało w przeszłości, w reżimach totalitarnych.

Obawy tradycjonalistów katolickich bywają więc uzasadnione. Pamiętajmy jednak, że strach ma wielkie oczy. Ważne, by nie dochodziło do spotkania dwóch fundamentalizmów, tu także potrzebny jest dialog, który nauczy obie strony wzajemnego respektowania i życia obok siebie. W imię wolności i pluralizmu.

Do tego potrzebna jest zgoda w pewnych przynajmniej sprawach.

Trzeba szukać wspólnego etycznego minimum. Bo Unia Europejska nie może być tylko sprawą polityków i ekonomistów. Europa rozumiana tylko jako wolny rynek i wspólna biurokracja byłaby chłodna i bezbarwna. A jeśli Unia Europejska ma być trwała, to trzeba się zatroszczyć o wytworzenie jakiegoś europejskiego sumienia, jakiejś europejskiej świadomości etycznej. A do tego potrzebne są programy edukacyjne, które uczyłyby myśleć po europejsku. W tym rozumieniu - sumienia i świadomości Europy.

Bliskie mi jest wezwanie Jana Pawła II do burzenia murów, które po upadku tego berlińskiego na nowo stawiamy w swoich sercach. Jakie mury są dziś najważniejsze?

Era nowożytna rozdzieliła chrześcijaństwo na poszczególne wyznania. Wtedy powstały mury między katolikami, protestantami i prawosławnymi. A równocześnie, kiedy rozpadła się pierwotna christianitas, wspólna cywilizacja łącząca przynajmniej elity średniowiecznej Europy, powstały kolejne mury dzielące narodowe państwa. Myślę, że w Europie przyszłości będą istniały zarówno państwa narodowe, jak i rozmaite wyznania chrześcijańskie. Chodzi o to, by te podziały nie były tak radykalne, by między narodami i wyznaniami religijnymi była lepsza komunikacja. Potrzebny jest więc zarówno ekumenizm, jak i przezwyciężanie myślenia nacjonalistycznego.

Jaką rolę odegrał w tym procesie Sobór Watykański II?

Integryści sądzą czasami, że zmiany, które zaszły w Kościele po Soborze Watykańskim II, są zagrożeniem katolicyzmu. W jakimś sensie mogę się z tym zgodzić. Bo ten sobór zakończył erę katolicyzmu. Dziełem soboru było przejście od katolicyzmu do katolickości.

Przez katolicyzm rozumiem taki kształt wiary, a także Kościoła, który zaczął się formować po reformacji, a osiągnął właściwą sobie formę po rewolucji francuskiej. Kościół katolicki przeżył wówczas dramat. Stanął odważnie twarzą w twarz z jakobińskim terrorem, a później z kolejnymi rewolucjami XIX w. Właśnie wtedy, między XVII a XIX wiekiem, wytworzyło się pojmowanie Kościoła jako otoczonej przez nieprzyjaciół twierdzy. Oblężeni w ogóle nie chcieli się komunikować ze współczesnym światem, nie chcieli przyjmować nic z jego myślenia i filozofii. To prowadziło do wewnętrznego ubóstwa katolicyzmu i jego słabości. Ale miało to także dobre strony. Bo to nastawienie obronne sprawdziło się w latach obrony przed totalitarnymi systemami.

Wielu ludzi wyrosłych z tak rozumianego katolicyzmu, z katolickiego getta, zachowało się bohatersko w czasie prześladowań komunistycznych i nazistowskich, a nawet zostało męczennikami. Wasz kardynał Wyszyński czy u nas kardynał Beran byli uformowani przez ten typ katolicyzmu. Dziś ich mentalność byłaby trudna do zaakceptowania, ale wtedy zachowali się heroicznie. Sobór Watykański II zrozumiał, że ta tendencja jest dziś już nietwórcza, że gdyby Kościół kontynuował tę drogę, stałby się marginalną sektą. Nie mógłby prowadzić ewangelizacji, nie zapładniałby już otaczającego świata. A przecież to On ma być solą i kwasem społeczeństwa.

Ale problem Kościoła jako oblężonej twierdzy występował w Europie, na Starym Kontynencie. Czy katolicyzm amerykański nie był inny?

Na szczęście ten katolicyzm kształtował się w innych warunkach. Nie przeżył jakobińskich prześladowań, miał pozytywne doświadczenia z systemem parlamentarnym i z demokracją. Ale dopiero na Vaticanum II europejski katolicyzm przyjął to doświadczenie za swoje. Na tym soborze doświadczenie amerykańskie odegrało dużą rolę.

Jan Paweł II powiedział, że Sobór Watykański II był przygotowaniem do życia w nadchodzącym nowym tysiącleciu. Nazywam ten proces przejściem od katolicyzmu do katolickości. Polega on na uświadomieniu sobie, że Kościół, jak mówią dokumenty Vaticanum II, jest sakramentem, to znaczy realnym symbolem tej przyszłej eschatologicznej wizji zjednoczenia całej ludzkości. Katolickość, rozumiana jako powszechność, nie jest nazwą jednego chrześcijańskiego wyznania. To jest zadanie, przesłanie, które ma wypełnić Kościół jako całość.

Zachodnie społeczeństwa mają więcej, zarówno dobrych, jak złych doświadczeń z wypełnianiem nauki soboru, z realizowaniem tej katolickości. Kryzys, który nastąpił po Vaticanum II, przypomina przechodzenie z dzieciństwa do dojrzałości, dorosłości. A kraje, gdzie panował komunizm, które nie mogły czy też nie chciały przyjąć nauki Vaticanum II, są dziś pod tym względem zapóźnione. Dlatego doświadczenia Zachodu, dobre i złe, powinniśmy bardzo uważnie poznawać. Często mi mówił profesor Paul Zulehner, wiedeński socjolog religii i teolog, abyśmy nie powtarzali ich błędów. Abyśmy potrafili popełniać własne. Bo przy takich przemianach nie da się uniknąć ani błędów, ani kryzysu.

[webmaster] - Dominik Turchich