P u b l i k a c y e   (a r t y k u l y)

Święty aperitif

Ludwig Feuerbach, czołowy przedstawiciel materializmu filozoficznego, napisał: „Człowiek jest tym, co zje”. A pewien prawosławny teolog od tego właśnie zdania rozpoczyna swój artykuł o Eucharystii.

Może to dla nas zabrzmieć z początku trochę obco, a nawet gorsząco, ponieważ jesteśmy jeszcze do tego stopnia idealistami czy do tego stopnia tkwimy w owym nowożytnym – nieco schizofrenicznym – podziale ludzkich spraw na cielesne i duchowe, że utożsamiamy się wyłącznie z tym, co „duchowe”, „intelektualne”, natomiast ciało jest dla nas tylko „obiektem” - obiectum, czymś, co przeszkadza. A jednak tajemnica Wcielenia sięga aż tak głęboko: Ten, który stał się Ciałem, stał się także Chlebem naszego życia. Zdumiewające, że kiedy po raz pierwszy mówił o tym publicznie, wielu odwróciło się od Niego ze wstrętem i odeszło: „Twarda jest ta mowa. Któż jej może słuchać?” Mimo to: może nie odchodźmy przedwcześnie i spróbujmy rozważyć tajemnicę Eucharystii, Ciała i Krwi Pańskiej, z różnych punktów widzenia.

* * *

Jedną z dróg mogłaby stanowić refleksja nad rozmaitymi obrazami spożywania pokarmu w Biblii. Nieprzypadkowo wiele ważnych wydarzeń, które dzieją się między Bogiem a ludźmi, wiąże się z jedzeniem. Nawet grzech pierworodny popełniony zostaje za pośrednictwem owocu. Nie jest on tak banalny, jak sądzimy, redukując jego sens do „zaspokajania potrzeb biologicznych”. Jedzenie to proces, w którym coś, co jest zewnętrzne, staje się częścią nas samych; coś w siebie przyjmujemy i to coś przemieniamy. Chleb jest najbardziej podstawowym pokarmem, pokarmem ubogich, czymś, co daje życie głodnemu i w ten sposób oddziela życie od śmierci.

Jedzenie tworzy też i umacnia wspólnotę. Wspólnota stołu odgrywa szczególną rolę we wszystkich krajach południowych i wschodnich. Nie znają one „fast foodu”, szybkiego połykania, czy to w restauracjach MacDonalda czy w przejętych od Sowietów bufetach, a jedzenie w anonimowym kolektywie nie jest żadnym jedzeniem; w Księdze Psalmów czytamy: „Za stołem grzeszników nie siadam”. Siedzieć z kimś za stołem znaczyło tworzyć z nim wspólnotę - i człowiek ręczył za tych, którzy byli u jego stołu.

Wiele przypowieści Jezusa wiąże się z ucztą, często ucztą weselną. Na uczcie weselnej w Kanie Jezus uczynił swój pierwszy cud, ale także często nauczał przy stole. Rozszerza swój stół, zaprasza do swego stołu tych, których nikt do stołu nie zapraszał – także grzeszników, ubogich, kalekich... Jego stół jest otwarty.

Nic więc dziwnego, że i ostatnie Jego dzieło, kiedy ogłasza i zawiera nowe przymierze, również dokonuje się w czasie uczty, uczty z najwierniejszymi. Jest tam przede wszystkim Jego Dwunastu. Jezus, łamiąc dla nich chleb i podając kielich wina, rekapituluje cały sens swego życia. Był zawsze tym, który siebie całego daje, nie skąpi siebie, pozwala się spożywać. Ukazuje w ten sposób również sens swojej śmierci: w śmierci zostanie połknięty, strawiony – a jednak śmierć ta nie jest absurdem: daje życie, tworzy wspólnotę. Przede wszystkim w swojej śmierci, w swojej ofierze Jezus staje się rzeczywiście owym chlebem, który się rozdaje, a Jego krew - winem, które się rozlewa.

To jeden z wymiarów Eucharystii: symbolizuje ona, uobecnia Chrystusa rozdającego siebie do końca. Cały „ruch”, rytm Jego życia i Jego śmierci zawarty jest w Eucharystii. Eucharystia jest niejako naładowana tą energią miłości, która przenikała Jego życie i swój szczyt osiągnęła w Jego śmierci, a dopełniona została przez zwycięstwo, które nazywamy Zmartwychwstaniem. Eucharystia zawsze będzie wskazywać na to, co już było, na historię, na śmierć Jezusa: Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pana głosicie, aż przyjdzie. Eucharystia jednak jest równocześnie „spojrzeniem w przyszłość”, jest aperitifem uczty w królestwie Bożym - „przedsmakiem”, jak mawiał święty Tomasz z Akwinu. Jest zadatkiem, wskazuje na nową ucztę, na ten szczytowy bankiet odkupionego stworzenia – kiedy to Bóg będzie wszystkim we wszystkich. Teraz jesteśmy tylko pielgrzymami na drodze do celu – a w Eucharystii otrzymujemy siły na tę drogę. Eucharystia jest chlebem pielgrzymów - „panis viatorum”.

Tak, chleb ludzi w drodze – to nie jest jakiś rodzaj premii w Bożej szkole. Typowe pytanie katolika: „Ile jeszcze wolno mi nagrzeszyć, żebym mógł przystępować do Komunii świętej?” świadczy o wyjątkowej przewrotności! Człowiek powinien raczej zapytać, czy jest pielgrzymem, czy chce naprawdę kroczyć Bożą ścieżką, czy też woli, „nieubrudzony”, dreptać w bezpiecznym kącie.

* * *

Oczywiście, człowiek pragnie być pogodzony z Bogiem; jeśli jednak żyje w świadomej z Nim nieprzyjaźni i pogodzić się nie chce, wówczas przyjęcie zaproszenia do stołu Chrystusa byłoby kłamstwem. Człowiek postępowałby jak ten, który pochopnie przyjął nieoczekiwane zaproszenie na ucztę weselną, ale nie cenił go sobie nawet na tyle, by zatroszczyć się o przywdzianie szaty godowej.

Ale jeśli staramy się naśladować Chrystusa i tęsknimy za Bogiem, to nawet mając świadomość naszych słabości z pokorą przyjmiemy ów pokarm pielgrzymów, bo przecież jest on nam koniecznie potrzebny do tego, byśmy mogli iść dalej. Eucharystia jest także lekiem – zwłaszcza na wszystkie nasze „duchowe choroby” i dolegliwości, na nasze zranienia. Jest to napój, który gasi liczne ognie i pragnienia w naszej duszy, przynosi pokój, wyciszenie, obmywa i wzmacnia. I dlatego potrzebujemy go szczególnie wtedy, gdy sobie uświadamiamy, jak daleko jesteśmy od celu, do którego dążymy. Eucharystia posiada wówczas wymiar obecności: teraz, w tym konkretnym momencie mojej drogi życiowej, wśród tych pytań i problemów, wśród tych zadań i myśli, właśnie dziś, pełni radości i bólu przychodzimy do Chrystusa – a jednocześnie to On wkracza w ten konkretny moment, aby go napełnić i uświęcić. I ten właśnie moment Komunii niejako unicestwia ulotność czasu – pozwala wejść Chrystusowi, który jest, który był i który przyjdzie.

Teilhard de Chardin napisał głęboką medytację o tym, jak wszystkie Komunie tworzą razem jedną jedyną Komunię – communio, co oznacza także wspólnotę, złączenie. Przyjmujemy Chrystusa i jednocześnie On przyjmuje nas. Jesteśmy przez Niego asymilowani i przemieniani.

* * *

Poprzez Eucharystię coraz pełniej wrastamy też w Ciało Chrystusa, którym jest wspólnota Kościoła. Kiedykolwiek i gdziekolwiek sprawowana jest Eucharystia, tam dzieje się Kościół. Sprawując Eucharystię, okazujemy, że my tutaj – przy wszystkich naszych sprzecznościach, pomimo tego, że jesteśmy ludźmi w drodze, tak, nawet jeśli nawzajem się za bardzo nie znamy – tworzymy teraz Ciało Chrystusa, jesteśmy Kościołem, jesteśmy częścią tajemniczego organizmu, który idzie przez dzieje.

Przyjmujemy Ciało Chrystusa i pijemy Jego Krew. Jego Krew krąży w naszym ciele: jesteśmy więc teraz w Chrystusie bliskimi krewnymi. Jesteśmy z Nim złączeni i przez to jesteśmy złączeni ze sobą nawzajem: jesteśmy braćmi i siostrami. Łączy nas jedna krew i jedno ciało. Eucharystia stanowi gwarancję, że należymy do siebie mimo całej naszej odmienności. A to jest fundament, na którym może rosnąć nasza przyjaźń, nasza współpraca, siła przezwyciężania obcości i wszelkich konfliktów. Przyjmując Eucharystię, nie przyjmujemy jedynie Chrystusa samego, „wyizolowanego”, przyjmujemy równocześnie także innych ludzi.

Chrystus jest winnym krzewem, a my jesteśmy latoroślami. Latoroślami, które czerpią swoje życie, swoje soki, swoją siłę z tego jedynego pnia i jedynego korzenia. Poprzez Eucharystię jesteśmy coraz bardziej osobiście wcielani w Chrystusa. Wcielenie jest ruchem Logosu, ruchem, który odbywa się aż do momentu, gdy „Bóg będzie wszystkim we wszystkich”. Za pośrednictwem Eucharystii możemy, że się tak wyrażę, wyczuć „puls” owego Bożego impulsu, przez który Bóg wkracza w świat, w materię, w historię, w przyrodę...

Jako swoją materialną podstawę Eucharystia bierze chleb i wino, owoc ziemi i owoc ludzkiej pracy – owoc przyrody i owoc kultury - i obie te rzeczywistości uświęca. Eucharystia stanowi cząsteczkę materialnego wszechświata – posiada swój kosmiczny wymiar, jak podkreślał ojciec Teilhard. Ale jednocześnie chleb i wino stanowią produkt ludzkiej troski, pracy, kultury – i to wszystko zostaje także włączone w eucharystyczną akcję.

W naszej czeskiej tradycji, w legendach o świętym Wacławie, czytamy, że książę udeptywał prasę do wyciskania wina i wypiekał chleb, aby mieć jak najpełniejszy udział w Eucharystii. To przygotowywanie hostii i wina było zawsze jakąś odświętną czynnością: odbywało się w klasztorach, zgodnie z określonym porządkiem, przy śpiewie psalmów. Ale Eucharystia posiada również swoje „zwieńczenie” - w pierwszych wspólnotach chrześcijańskich po Eucharystii zawsze następowała agapé - „gody miłości”. Wierni przynosili swoje pokarmy, dzielili je między sobą, cieszyli się razem – wspólnota ta była jakimś naturalnym rozszerzeniem Eucharystii. Jest czymś właściwie smutnym, że dziś często po Mszy świętej ludzie od razu się rozchodzą, tak samo anonimowo, jak rozchodzą się po seansie w kinie, nie dostrzegając nawet, że razem z nimi byli inni.

* * *

Dziś zatem z całym Kościołem dziękujemy Panu za ten Jego dar, za to, że zawarł z nami przymierze w swojej Krwi, za to, że w Eucharystii objawił nam sens swojego życia i swojej śmierci, i że owoce swego życia i swej ofiary wciąż na nowo wnosi w nasze życie. A ponieważ my to przymierze z Nim wciąż na nowo zrywamy, musimy je stale odnawiać. I zawsze, kiedy sprawujemy Eucharystię, odnawiamy to wieczne przymierze. Odnawiamy tę podstawową relację, z której żyjemy, z której wyrasta nasza chrześcijańska egzystencja. Dziękujemy za to, że kiedy Go przyjmujemy, On nas także przyjmuje, i że równocześnie przyjmujemy naszych braci i siostry, i że oni nas przyjmują. Prośmy, aby każda Msza święta stawała się dla nas nowym krokiem ku zrozumieniu tej tak głębokiej i wielowarstwowej tajemnicy. Amen.

Przełożył Andrzej Babuchowski

Fragment książki Oslovit Zachea, która w Polsce ukazała się w dwóch częściach – Przemówić do Zacheusza oraz Zacheuszu! nakładem Wydawnictwa WAM

„Tygodnik Powszechny” nr 22, 29 maja 2005, str. 14

[webmaster] - Dominik Turchich