P u b l i k a c y e   (a r t y k u l y)

U apostoła Indii: Dotknij tych ran, wytrzymaj wątpliwości

Drogi, które w końcu okazują się naprawdę owocne, zaczynają się zazwyczaj od trudności i chaosu. Nasz samolot wylądował w Bombaju z ośmiogodzinnym opóźnieniem. Człowiek, który zgodził się czekać na mnie na lotnisku o wpół do szóstej rano i miał mi przekazać wszystkie informacje i dyspozycje na dalszą podróż po Indiach i Nepalu, dawno już odszedł bez jakiegokolwiek zawiadomienia. Jedyny zastępczy kontakt też zawiódł: mężczyzna, którego numer telefonu miałem zapisany u siebie na wszelki wypadek, wyjechał przed tygodniem na rok do Rzymu. Tuż po wylądowaniu dowiedziałem się, że po drodze zginęły wszystkie moje bagaże. Człowiek, który tak natarczywie zaoferował mi swoją pomoc na lotnisku, okazał się wkrótce chytrym oszustem, a hotel Metropol gniazdem nicponi, którzy wykorzystując moje zmęczenie, nieznajomość języka, kursu walut i tutejszych stosunków, bombardowali mnie swą nachalną usłużnością i agresywnie domagali się kwoty, której bezwstydną wysokość uświadomiłem sobie później aż nadto. Rzadko kiedy czułem się tak opuszczony i bezsilny jak w to pierwsze popołudnie mojej indyjskiej wyprawy.

W końcu udało mi się w nocy uciec z hotelu pod opiekę miejscowego seminarium duchownego, i z pomocą dwóch jezuitów - u których po raz kolejny mogłem podziwiać ową typowo jezuicką zdolność łączenia błyskotliwej inteligencji ze skutecznym działaniem i miłą uprzejmością - zaplanowałem sobie dokładnie dzień następny, rozpoczynając intensywną podróż przez cały subkontynent. Po prawie tygodniu dotarłem do Madrasu, jednego z głównych celów mojej wędrówki: tu czekał mnie najpierw obowiązek wygłoszenia wykładów dla doktorantów studium podyplomowego w miejscowym uniwersytecie, a potem nagroda - kilka dni przyjemnego odpoczynku w nadmorskim aśramie mego hinduskiego kolegi, katolickiego kapłana i profesora religioznawstwa. W sobotę rano, w kaplicy aśramu, siedząc na dywanikach wokół niskiego stołu, razem odprawialiśmy Mszę dla dwóch innych, chwilowych mieszkańców tego małego raju pod palmami: nowicjusza z zakonu karmelitów i słuchaczki podyplomowego studium z Kerali; nigdy przedtem, ani nigdy potem nie widziałem ludzi bardziej urodziwych i wspaniałych niż tych dwoje młodych Hindusów. Później pojechaliśmy do katedry, w której pokazywany jest grób „apostoła Indii”, świętego Tomasza.

Po południu mój kolega przyprowadził mnie do miejsca, gdzie wedle podania apostoł Tomasz poniósł śmierć męczeńską, a następnie do znajdującego się tuż obok katolickiego sierocińca. Obserwowałem nieraz z bardzo bliska, w trakcie podróży po Indiach, bolesną twarz nędzy, ale akurat to przerażające miejsce przyćmiło sobą wszystko. W łóżeczkach, które przypominały raczej klatki dla drobiu, leżały małe, opuszczone dzieci, z brzuszkami opuchniętymi od głodu, o szkielecikach powleczonych czarną, nierzadko zaognioną od ran skórą; w korytarzach, które zdawały się nie mieć końca, patrzyły zewsząd na mnie ich gorejące oczy i wyciągały się ku mnie różowe dłonie. W zatęchłym powietrzu, pośród ustawicznego krzyku i płaczu, w tym piekle nędzy, bezgłośnie poruszały się zakonnice, niczym słabiutkie iskierki pomocy, na tle ziejącej beznadzieją otchłani chorób i bezsilności, gdzie człowiek dusi się palącym wstydem za to, że ma zdrową skórę, pełny brzuch i dach nad głową. Czułem się pod względem psychicznym, fizycznym i moralnym podle, chciałem uciekać nie tylko z tego miejsca, ale w ogóle z Indii, ba, najchętniej z całego naszego świata, i - jak Iwan Karamazow - „zwrócić bilet wstępu” do świata, w którym cierpią dzieci. Ale właśnie w tym momencie dotarło do mnie gdzieś z głębi zdanie: „Dotknij tych ran!” A potem raz jeszcze: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku”.

Wyszedłem na zewnątrz i przypomniałem sobie cały fragment o apostole Tomaszu z Janowej Ewangelii, który czytałem przed południem na grobie „patrona wątpiących”. I nagle ten tak bliski mi przecież tekst nabrał dla mnie zupełnie nowego sensu. Przecież nie mogę wierzyć, jeśli nie będę dotykać ran, udręk świata - albowiem wszystkie bolesne rany, cała nędza świata i ludzkości to „rany Chrystusa”. Nie mam prawa wyznawać Boga, jeśli nie potraktuję poważnie bólu swoich bliźnich. Wiara, która chciałaby zamykać oczy na cierpienie ludzi, jest tylko iluzją.

Być może wątpliwości apostoła Tomasza były zupełnie innego rodzaju, niż wydaje się to nam, dzieciom scjentystyczno-pozytywistycznej epoki. Tomasz był człowiekiem zdecydowanym naśladować swego Mistrza aż po gorycz śmierci; przypomnijmy sobie, jak reaguje na słowa Jezusa, że trzeba iść do Łazarza: „Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć”. Traktuje krzyż poważnie - a wiadomość o zmartwychwstaniu mogła mu się wydawać jako zbyt łatwy happy end wydarzenia paschalnego, którego sens pojmował być może głębiej niż pozostali apostołowie. Chrystus przychodzi do niego i pokazuje mu swoje rany. To znaczy: Zmartwychwstanie nie jest „wymazaniem”, unieważnieniem krzyża. Rany pozostają ranami. Wieść o zmartwychwstaniu oznacza przede wszystkim to, że Bóg przyznał się do Ukrzyżowanego, którego ludzie odrzucili. Kamień odrzucony przez budujących stał się kamieniem węgielnym. Bóg słyszał śmiertelny okrzyk swego Syna, przed którym ludzie zatykali sobie uszy i przed którym nawet apostołowie uciekli ze strachu. Więcej: Przez krzyk swego Syna, przez Jego krzyż i śmierć słyszy krzyk wszystkich ofiar w niezmierzonej liczbie nocy naszych dziejów. „Historię piszą zwycięzcy” - ale Bóg słyszy ofiary. Nie pozwoli, aby ich życie zatraciło się w mrokach nicości i absurdu. Śmierć, przemoc, bezprawie, choćby nie wiem jak wydawały się teraz silne, nie będą mieć ostatniego słowa. To jest także - a może przede wszystkim - sens nowiny o zmartwychwstaniu, której nie powinniśmy mylić z sensacyjnymi opowieściami o ożywieniu zwłok.

W wielu miejscach Ewangelii Jezus identyfikuje się z cierpiącymi. Właśnie w solidarności z cierpiącymi mogą się Jego uczniowie spotkać z Nim najpełniej: Cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci, mnie uczyniliście! Być może, i to także chciał Jezus powiedzieć Tomaszowi, gdy wskrzeszał jego wiarę przez dotknięcie ran: tam - a może tylko tam -, gdzie dotkniesz ludzkiego cierpienia, tam poznasz, że ja jestem żywy, że „to ja jestem”. Nie bój się! Nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym!

* * *

Istnieje wiele sposobów, jak zamykać oczy na cierpienie i zło w świecie. Także religia i teologia proponują dziesiątki dróg, jak zło „wyjaśnić”, jak pozbyć się tego krzyża naszej wiary. Poczynając od przyjaciół Hioba w jednej z najgłębszych ksiąg Starego Testamentu, pobożni ludzie wielu stuleci wymyślają mnóstwo teorii o tym, jak uciec przed uciążliwą, gorszącą tajemnicą zła i bólu. Wiele książek stara się pocukrować bolesne rany pobożnymi frazesami lub też za pomocą wirtuozowskiej argumentacji nazbyt łatwo przeskoczyć przepaść między zjawiskiem cierpienia a wiarą w dobrego i sprawiedliwego Ojca wszystkich ludzi. Nie mogę wyzbyć się wrażenia, że nawet wielki święty Augustyn w swojej teodycei - chyba najsłabszym ogniwie swego potężnego i wielowarstwowego dzieła - starając się dość bezsensownie ratować „dobrą opinię” Boga, zrzucił na człowieka tak wielką część winy, że jego pesymistyczna antropologia doprowadziła wielu wierzących do herezji i niewyobrażalnych lęków. Czyż nie jest rzeczą uczciwszą, ale także i „zdrowszą”, przyznać po prostu, że paradoks istnienia dwu nieprzystawalnych do siebie rzeczywistości, zła i cierpienia z jednej strony, oraz dobrego wszechmogącego Boga z drugiej, trzeba przyjąć jako „koan”, którego nie da się rozwiązać na drodze logicznego rozumowania?

Dopiero w obliczu tragedii dwudziestego wieku obudził się w teologii - „teologii po Oświęcimiu”, „teologii po Gułagu” - wstyd z powodu próby bagatelizowania zła za pomocą pobożnych konstrukcji. Zbyt ewidentna, niezaprzeczalna obecność zła w naszej epoce zagrodziła wielu ludziom drogę do wiary w Boga. Trzeba przyznać, że żyjemy w świecie, który wywołuje religijne wątpliwości, który dopuszcza, ba, sugeruje ateistyczną interpretację. Jeśli Nietzsche wkłada zdanie „Bóg umarł” w usta szaleńca jako wiadomość dla ludzi jego epoki, którym jeszcze nie otwarł się słuch, to dziś wielu przyjęłoby tę informację jako nikogo nie bulwersującą oczywistość. Bardzo łatwo można pomylić Boże milczenie z Bożym nieistnieniem - zadaniem teologa jest jednak przypominać, że stwierdzenia „Bóg milczy” i „Boga nie ma” należy od siebie starannie odróżniać.

Jeśli teodycea jest próbą „usprawiedliwienia Boga” poprzez bagatelizowanie zła lub frustrujące wyolbrzymianie ludzkiej grzeszności, to wtedy wydaje mi się ona - i zawsze mi się wydawała - działaniem niemoralnym, bezsensownym, wręcz bluźnierczym. Bożej dobroci i sprawiedliwości nie można racjonalistycznie przykrawać do ludzkich wyobrażeń o tym, co jest dobre i sprawiedliwe. Dialog z Bogiem o tajemnicy zła i cierpienia zawsze musi się skończyć jak w Księdze Hioba: człowiek zasłania sobie usta i chyli czoła przed niepojętą Rzeczywistością. Jednak to zamilknięcie jest - jak widać najlepiej właśnie w Księdze Hioba - wynikiem bardzo długiego i bolesnego procesu, walki, zmiany myślenia. A wiara, jestem głęboko o tym przekonany, nie jest dopiero jakimś stanem na końcu owego procesu: wiara jest całym tym procesem.

Bardzo zredukowalibyśmy i okaleczyli rzeczywistość wiary, gdybyśmy utożsamili ją tylko z momentem ostatecznego zwycięstwa nad wątpliwościami. Wiara nie jest tym samym, co „visio beatifica”, niczym nie naruszone, szczęśliwe oglądanie Boga, przypisywane przez tradycję świętym w niebie. Wiara jest rzeczywistością ziemską, stanowi element pielgrzymowania - ale do stanu tego, a więc i do wiary, przynależą wszystkie zranienia i trudności ludzi będących w drodze, czyli stała obecność natrętnych pytań, pokus i wątpliwości. Wiara nie jest ostatecznym zwycięstwem, lecz raczej stałą walką ze zwątpieniem.

Zróbmy jednak jeszcze jeden krok: wiara nie polega tylko na pokonywaniu i usuwaniu wątpliwości, ale na sztuce ich znoszenia i wytrzymywania. O miłości, rodzonej siostrze wiary, napisano: miłość wszystko zniesie, wszystko wytrzyma. Czyż nie dotyczy to także wiary? Czy o sile i prawdziwości wiary nie świadczy między innymi jej zdolność do udźwignięcia wątpliwości oraz krytycznych, palących pytań, na które trudno znaleźć odpowiedź?

Słowa Jezusa skierowane do Tomasza, który dotknął Jego ran, „nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym” są zwykle odczytywane: odłóż wątpliwości i uwierz. Na progu sierocińca w Madrasie przyszedł mi do głowy inny sens tych słów: Weź na siebie krzyż swoich wątpliwości i naśladuj mnie. Miejscem, gdzie się ze mną - na przekór wszystkim swym wątpliwościom - zawsze spotkasz, nie będzie raj pewności, lecz rany świata, ponieważ to są moje rany.

* * *

Wątpliwości, które wiara powinna znosić, naprawdę nie są jakimiś zastrzeżeniami ogarniętego pychą czy leniwego rozumu, który nie chce lub nie jest w stanie przekroczyć schematów i uprzedzeń swojej epoki i swego otoczenia, aby uczynić - tak wspaniale przez Kierkegaarda opisany - odważny skok wiary. Broniąc „wiary z wątpliwościami” nie chcę w żaden sposób bronić czy propagować jakiejś „wiary połowicznej”, wiary - mówiąc językiem biblijnym - „kulejącej na obie nogi”.

Jesteśmy dziećmi epoki i uczestnikami kultury, z której nie możemy całkowicie się wyrwać; wszyscy, w taki lub inny sposób, nosimy w sobie całe dzieje zachodniej kultury duchowej z jej bolesnymi zmaganiami między tradycjonalizmem a liberalizmem, autorytaryzmem a oświeceniem, nie mówiąc już o traumatycznych doświadczeniach historii. Do naszej refleksji nad wiarą dziedzictwo to przenika w postaci mnóstwa krytycznych pytań. Pytania te są uzasadnione i absurdem byłoby ich tłumienie. Człowiek wierzący ma dziś, moim zdaniem, moralny obowiązek szukania na nie odpowiedzi, na miarę swego wykształcenia i poziomu intelektualnego - teolog zaś jest po to, żeby mu przy szukaniu owych poważnych odpowiedzi zaoferować kompetentną pomoc. Żaden „religijny profesjonalista” nie może jednak ochronić wierzącego przed takim momentem, w którym jego wiara dojrzewa do zmagań z trudnymi pytaniami.

Jeśli mógłbym się na chwilę zatrzymać przy rozróżnieniu, którego dokonał kiedyś kardynał Newman pomiędzy „trudnościami” a „wątpliwościami” w wierze (w swoim słynnym powiedzeniu „Tysiąc trudności nie zakłada jeszcze nawet jednej wątpliwości”), to cała ta sprawa (na przykład po tysiąckroć wałkowana polemika między „wiarą a nauką”) należy wyłącznie do sfery „trudności” i nie ma nic wspólnego z wątpliwościami, o których w tej książce jest mowa. Nie stawiam sobie tutaj za cel rozwiązywanie problemów, które może mieć człowiek ze zrozumieniem „artykułów wiary”. Mnóstwo problemów intelektualnych doby nowożytnej w dziedzinie religii udało się rozwiązać dzięki współczesnej hermeneutyce filozoficznej i teologicznej. Szczęśliwie przezwyciężyła ona zwłaszcza zastarzałe nieporozumienia, spowodowane obustronnym przekraczaniem kompetencji teologii i nauk przyrodniczych na przestrzeni minionych stuleci. Najboleśniejsze „krzyże wiary” nie tkwią dziś jednak w obszarze sporów „rozumu z wiarą”, lecz kryją się znacznie głębiej. Korzeniem wiary jest podstawowe poczucie sensu, sensownego ukierunkowania całej rzeczywistości - i właśnie to poczucie bywa dzisiaj ranione i zagrożone, jak nigdy przedtem. Trzeba jednak dodać, że niektóre „problemy intelektualne” mogą być wskaźnikiem lub przejawem głębszych „problemów egzystencjalnych” w dziedzinie wiary i wtedy oczywiście przynależą do obszaru „wątpliwości”, o których mówię.

W praktyce Kościoła do tej pory spotykamy się z nieszczęsnym moralizowaniem zarówno wątpliwości, jak i wątpiących. W naszych katolickich konfesjonałach ludzie nadal spowiadają się ze swoich wątpliwości - instruowani przez „duchowe zwierciadła” i różne nabożne książki - jako grzechu przeciwko pierwszemu przykazaniu, przykazaniu wiary. Jeśli jednak spowiednik jest wystarczająco doświadczony i chętny do rozsądnej rozmowy, może człowiekowi odczuwającemu wyrzuty sumienia z powodu „wątpliwości” uzmysłowić, że najprawdopodobniej zaczęły go nurtować krytyczne pytania, natomiast jego wątpienie, o ile takowe się pojawiło, polega raczej na tym, iż zamiast szukać odpowiedzi, starał się je rozpaczliwie i nadaremnie przepłoszyć, tak jak nauczono go postępować z „pokusami” w sferze seksu. Kiedy indziej ludzie za „wątpliwości” uważają „bluźniercze” wyobrażenia religijne, które są albo przejawami dręczącej neurozy, albo po prostu obronną reakcją fantazji na egzaltowane formy pobożności. Czasami właśnie Pan Bóg, dopuszczając, by w głowie człowieka kłębiły się bardzo nonkonformistyczne wyobrażenia religijne, może potrząsnąć zatęchłymi, stojącymi wodami jego ospałej pobożności lub przewietrzyć zmurszałą rupieciarnię „odziedziczonej” wiary, ukrytą gdzieś głęboko w nie odkurzonych zakamarkach myśli.

Czymś zupełnie innym są wątpliwości towarzyszące stanom duchowej posuchy, zmęczenia i kryzysu. Stany te są naturalnym etapem drogi wiary - jeśli rzeczywiście wiążą się z żywą wiarą jako drogą, która prowadzi w głąb. „Dręczą mnie myśli najgorszych ateistów” - wyznała święta Teresa z Lisieaux na łożu śmierci. Wątpliwości tego rodzaju mogą być tajemniczym współuczestnictwem chrześcijanina w krzyżu jego Pana, w okrzyku Jezusa „Boże mój, czemuś mnie opuścił!” Szczególnie mistycy, przypomnijmy tu Jana od Krzyża i jego naukę o nocy ciemnej, wysoko cenili i mieli zrozumienie dla tych właśnie etapów bolesnego dojrzewania wiary na pustyni głębokich egzystencjalnych wątpliwości i kryzysów. Jeśli czyjaś pobożność jest tylko powierzchowną wegetacją, dreptaniem w miejscu, niezachwianym „trzymaniem się prawd”, wówczas taki wierzący żadnych chwil zwątpienia i kryzysu nie zazna - tych zaś, którzy tego rodzaju chwil doświadczyli, może z piedestału swojej pewności pouczać i napominać, tak jak czynili to wobec cierpiącego Hioba jego nabożni przyjaciele.

Nie wątpię jednak, że istnieje także prawdziwa „grzeszna wątpliwość”. Przypomnijmy sobie Smierdiakowa z Braci Karamazow, który o ewangeliach mówi filuternie i z ironią: „Tam napisana jest nieprawda”. Tutaj nie chodzi o intelektualną trudność w przyjęciu prawd wiary, choć może się wydawać, iż jest to taka właśnie postawa, próbująca przed sobą i innymi uprawomocniać argumenty zgromadzone w arsenale intelektualnych polemik z religią. Zastrzeżenia wobec tej czy innej formy religii są tu jednak tylko pretekstem do tego, by człowiek mógł usprawiedliwić swoje nikczemne życie przed moralnymi wymaganiami, jakie stawia wiara. Ten rodzaj wątpliwości jest de facto tchórzliwym kompromisem człowieka, który nie ma odwagi otwarcie rozejść się z chrześcijaństwem i stanąć wprost przeciwko Bogu, ale nie ma także ochoty żyć wiarą. Skrywa się więc za „trudnościami wiary”, których nigdy nie próbował rozwiązać, ponieważ służą mu jako wygodne alibi. Chciałby, życzyłby sobie, żeby religia utraciła wiarygodność, znajduje upodobanie w światłocieniu wątpliwości, gdyż podświadomie obawia się, że światło wiary może mu ukazać prawdę o jego życiu. Istnieje więc na pewno zasadnicza różnica moralna pomiędzy niskimi wątpliwościami Smierdiakowa, skrywającymi samowolę i nieodpowiedzialność podłego życia, a egzystencjalnym przeciwieństwem takiej postawy u Iwana Karamazowa, który zraniony okrucieństwem świata „zwraca Bogu bilet wstępu”. Jestem przekonany, iż szczery ateista Iwan Karamazow jest Panu Bogu milszy niż dwulicowy „powątpiewacz”, który nie jest ani zimny, ani gorący.

Wspomniałem tu ponownie o Iwanie Karamazowie. Czy podobną postawę protestu przeciwko okrucieństwu i niesprawiedliwości reguł rządzących światem, która wyraża się często w proteście przeciwko Bogu i religii, można jeszcze zaliczyć do sfery religijnych wątpliwości, czy też mają rację ci, którzy uważają ów protest - bądź to podzielając go, bądź też opisując „z zewnątrz” - za ateizm? Zadufany i szyderczy ateizm (który „wie na pewno”, jak to jest z Panem Bogiem) nie należy oczywiście do kategorii wątpliwości i pod względem psychologicznym bliższy jest raczej religijnej bigoterii i fundamentalizmowi. Także religijna obojętność, niezależnie od tego, czy sama siebie nazywa ateizmem lub agnostycyzmem, czy też skrywa się pod maską konwencjonalnej religijności, stanowi zarówno przeciwieństwo wiary, jak i wątpliwości. A jednak doświadczenie mi mówi, że tam gdzie protest przeciwko religii nabiera wojującego i żarliwego charakteru, tam rzadko mamy do czynienia z ateizmem w prawdziwym tego słowa znaczeniu, z mocnym przekonaniem o nieistnieniu Boga. Przeważnie chodzi wtedy o zranioną wiarę, która swój ból wyraża w namiętnym zaprzeczeniu i walce. Przypomnijmy sobie Stary Testament: Czyż nie znajdziemy tam wielu przykładów na to, że walka z Bogiem stanowi bardzo autentyczną formę spotkania Boga z człowiekiem? Że Bóg miłuje tych, którzy się z Nim zmagają i słucha tych, którzy toczą z Nim spór?

Paul Tillich twierdził, że najważniejsza granica nie przebiega pomiędzy tymi, którzy uważają się za wierzących, a tymi, którzy uważają się za ateistów, lecz między grupą tych, którzy pytania wiary pozostawili w obojętnym spokoju - czy będą to konwencjonalni ateiści, czy konwencjonalni wierzący -, a grupą tych, których pytania te poruszają i denerwują - czy będą to wierzący, dla których wiara nie przestaje być „przygodą szukania”, czy ateiści, którzy w taki lub inny sposób „zmagają się z Bogiem”. Wątpliwości, o których mówi ta książka, są charakterystyczne właśnie dla owej drugiej grupy; zgodnie z rozróżnieniem Tillicha, są tym, co dynamizuje życie duchowe. Towarzyszą ogromnej liczbie ludzi, z których jedni uważają się za wierzących (choć czasem za „wierzących z zastrzeżeniami” albo za „złych wierzących”), a drudzy za ateistów (choć czasem przyznają, że są „ateistami z zastrzeżeniami”). Wątpliwości nie mają tylko dwie grupy ludzi - pozornie przeciwstawne, a mimo to podobne -, „niezachwiani ateiści” i „niezachwiani wierzący”. Trzeba jednak dodać, że ludzi w obu tych „niezachwianych” grupach” ubywa.

* * *

Jak już wspomniałem, wątpliwości, o których piszę w tej książce - a które, przyznaję, są także moimi wątpliwościami -, właściwie w ogóle nie dotyczą Boga i Jego „istnienia”. Z pewnością jest mnóstwo kłopotów z wyrażeniem tego, co określamy słowem „Bóg”, a może jeszcze większe komplikacje nastręcza znaczenie słów „być” i „istnieć” - o tym przekona was każdy, kto choć trochę zajmował się uczciwie filozofią. Są to jednak problemy intelektualne, natomiast nie jest to - przynajmniej dla mnie - kwestia „wątpliwości religijnych”.

Wątpliwości, które traktuję poważnie - które znam z własnego doświadczenia i wiem, że w tej czy innej formie podziela je dzisiaj wielu uczciwych ludzi -, rozciągają się na trzy główne obszary. Po pierwsze: Wątpię w możliwość jakiegokolwiek racjonalnego zrozumienia i „wyjaśnienia” napięcia pomiędzy wyobrażeniem dobrego Boga a rzeczywistością zła i cierpienia w świecie. Po drugie: Mam świadomość ogromnej przepaści pomiędzy niepojętością Bożą a wszelkimi ludzkimi sposobami wyrażenia tej tajemnicy w określonym języku religijnym, wyobrażeniach i pojęciach. Po trzecie: Zdaję sobie sprawę z trudności, które w wielu konkretnych przypadkach nie pozwalają rozróżnić ludzkiej i Bożej woli, uwolnić się od emocji i uprzedzeń i stwierdzić: właśnie tego chce Bóg.

Powtórzmy: Nie wątpię w to, że istnieje dobry Bóg na przekór wszystkim potwornościom świata. Wątpię jednak, by istniał jakikolwiek sposób pozwalający ów paradoks „rozsądnie” przezwyciężyć, i rozumiem tych, którym trudność ta radykalnie zasłania obraz Boga i subiektywnie przeszkadza, wręcz uniemożliwia przyjęcie wiary. Nie wątpię w to, że ludzkie poszukiwania religijne nie prowadzą do nikąd, wątpię natomiast we wszelkie próby absolutyzowania któregokolwiek z ludzkich sposobów pełnego i ostatecznego wyjaśnienia tej tajemnicy, ponieważ wiąże się to zarówno z niebezpieczeństwem bałwochwalstwa, jak i z niebezpieczeństwem zarozumiałego lekceważenia innych dróg duchowych. Nie wątpię w to, że „Bóg ma swój plan wobec każdego człowieka” i uważam za całkowicie usprawiedliwione „poszukiwanie Jego woli”. Wątpię jednak we wszystkie proste recepty i zasady samodoskonalenia się, z którymi się do tej pory zetknąłem. Wiem, że w procesie podejmowaniu decyzji istnieją różne rafy, wobec których podręczniki moralności, kierownictwa duchowego czy najmądrzejszy spowiednik na niewiele się zdadzą, i gdy nawet nasze sumienie nie mówi całkowicie jednoznacznym głosem - a jeśli w ogóle usłyszymy coś w rodzaju „głosu Bożego”, to często sam Bóg przemawia w koanach, paradoksach i zagadkach, z którymi przez całe lata - a może i do śmierci - będziemy się próbowali uporać. Głęboko rozumiem tych, którym triumfalne okrzyki wierzących „już znalazłem!” w obliczu wspomnianych trzech tajemnic dyskredytują religię na tyle, że nie chcą być zaliczani do stada „już wiedzących”, i czują, że postawione pytania muszą dla nich pozostać otwarte.

We wszystkich tych przypadkach chodzi o tajemnicę w radykalnym tego słowa znaczeniu. Są to przecież centralne pytania życia duchowego, a my nie możemy tak po prostu rezygnować z próby znalezienia odpowiedzi, czy to na płaszczyźnie czysto teoretycznej czy w konkretnej praktyce. Odpowiedzi te jednak będą zawsze niewystarczające - a rolą wątpienia jest niewystarczalność tę ukazywać, nie pozwalać, aby zastygła w fałszywej pewności, ponieważ absolutyzacja naszych odpowiedzi i wyobrażeń prowadziłaby do spłaszczenia i obumarcia wiary, czyli, do powstania bożków.

Jeśli mówię o „partnerstwie” i konieczności współżycia między wiarą a wątpliwościami tego rodzaju, z pewnością oczekuje się ode mnie dopowiedzenia, że partnerstwo to jest ewidentnie asymetryczne, ponieważ wątpienie jest przejawem ludzkiej słabości, podczas gdy wiara - aczkolwiek stale mówimy tu o jej „ludzkim aspekcie” - jest w gruncie rzeczy darem Bożym. Mimo to jestem przekonany, że także owe wątpliwości, o których tutaj mówię, rozbudza lub - co najmniej dopuszcza - sam Bóg. W odróżnieniu od grzesznego smierdiakowskiego wątpienia, które ma chronić człowieka przed Bożymi wymaganiami, wątpienie, które mam tutaj na myśli, chroni wiarę przed jej głównym przeciwieństwem - bałwochwalstwem.

Teologowie pokazują nam, że wiara jest spotkaniem Boga z człowiekiem, łaski z wolnością, - dlatego wiara każdego wierzącego ma dwie strony „ziemską i nadprzyrodzoną”, które w życiu człowieka, w ludzkim akcie wiary, są ze sobą mocno zrośnięte. Być może właśnie wątpliwości i krytyczne pytania, o których tu mówimy i które całkowicie dotykają owej „ludzkiej strony” wiary, otwierają w końcu przestrzeń łaski wiary. Być może właśnie krytyczne pytania rozniecają czasami płomyk łaski po to, by sterty „zbyt ludzkiego” drewna w naszych wyobrażeniach religijnych i pozornej pewności nie zadusiły go. Być może bez ich pomocy to, co najważniejsze, nigdy by się nie rozpaliło; i w końcu człowiek z powodu krasomówstwa „religijnej pewności”, teorii i wyobrażeń nie usłyszałby głosu samego Boga w Jego milczeniu. I dlatego wiara i wątpliwość potrzebują siebie jak siostry, wzajemnie się uzupełniające i korygujące - niekiedy spierające się - jak biblijna Marta i Maria.

Gdyby wiara na swojej drodze straciła swoją siostrę wątpliwość, przestałaby być szukaniem i pytaniem, a przekształciłaby się w bezduszną praktykę religijną, rytualizm i ideologię. Gdyby wątpliwość straciła swoją siostrę wiarę, zmieniłaby się w rozpacz lub ogólno destrukcyjny cyniczny sceptycyzm. Być może nasza epoka wstrząsów, w której „niezachwiana pewność” rozpływa się jak płatek śniegu na gorącej dłoni, jest „epoką odpowiednią” - kairos - dla takiego właśnie, wzajemnie się wzbogacającego, współżycia wiary i wątpliwości. Widocznie najpierw musiał się mocno rozchwiać grunt naszej pewności, po którym do tej pory stąpaliśmy, - i odtąd będzie się chwiać długo, być może stale. Wiara i wątpliwość muszą kroczyć razem i wzajemnie się podpierać, jeśli nie chcą z wąskiego, chwiejącego się mostu, którego obejść już dzisiaj nie mogą, runąć w bagno fanatyzmu i beznadziei.

Przełożył Andrzej Babuchowski
[webmaster] - Dominik Turchich