P u b l i k a c y e (a r t y k u l y)
Wiara bez transparentów
„Nie, nie gniewajcie się, naprawdę tam nie przyjdę” - przepraszam dwójkę ludzi, którzy przyszli zaprosić mnie na jakiś wielki zlot młodych chrześcijan, organizowany przez dwa współczesne „nowe ruchy” Kościoła katolickiego. Masowo organizowany „entuzjazm młodzieży dla Chrystusa”, ciao-kumplostwo jednych oraz wytrzeszczone oczy i uniesione ramiona drugich, to naprawdę nie jest, mówiąc z angielska, „filiżanka mojej herbaty”. Wśród religijnych entuzjastów zawsze czuję się nieswojo. Kiedy przed laty obserwowałem pewnego „duszpasterza młodych”, jak w czasie wizyty papieża poddaje z całą powagą swojemu stadku hasło do zespołowego skandowania „Radujmy się wszyscy w Panu, przybył tatuś z Watykanu – hurra!”, czułem niemal to samo, co Józef K., podrzynany na ostatniej stronie Procesu Kafki kuchennym nożem w strahovskim kamieniołomie: tak, jak gdyby wstyd miał mnie przeżyć.
Ja sam w stronę wiary przesuwałem się powoli; z trudem mogę sobie wyobrazić, by nagle dopadła mnie choroba kolektywnej pobożności na jakimś zgromadzeniu z transparentami „Jezus cię kocha” i nieznośnie rozradowanymi klakierami; w końcu, w czasach mojej konwersji areny stadionów i cyrków służyły wyłącznie swemu pierwotnemu celowi i nie były wynajmowane na religijne klaunady. Oczywiście, szanuję fakt, że ktoś dla umocnienia swojej wiary potrzebuje stłoczonych tłumów ludzi podobnie myślących; ja jednak w takim ścisku raczej bym swoją wiarę utracił.
Stałe korygowanie skłonności wiary do powierzchownego entuzjazmu religijnego odrobiną sceptycyzmu, ironii i wierności krytycznemu rozumowi uważam nie tylko za konieczny warunek zdrowia psychicznego i duchowego, ale także za przesłankę do tego, byśmy nie zagłuszyli prawdziwego głosu Boga własnym hurra-wołaniem, przypominającym owego człowieka ze znanej anegdoty, który szuka kota w ciemnym pokoju i zawczasu woła triumfalnie: Już go mam, już go mam!
„Byłbym tam nieprzyjemnie ironiczny i psułbym wam nastrój” - wyjaśniam dwójce grzecznych ludzi – jestem, krótko mówiąc, urodzonym sceptykiem i do swojej wiary dojrzewałem raczej w ten sposób, że chciałem być konsekwentny – a więc w końcu także sceptyczny wobec własnego sceptycyzmu...”
Czy nie powinienem jednak, spytałem samego siebie, kiedy odeszli rozczarowani, także i tym razem podejść sceptycznie do swojego sceptycyzmu wobec takich akcji? A jeśli w skrytości ducha tylko zazdroszczę im młodzieńczo prostej religijności, która być może w oczach Pana ma większą wartość aniżeli moja?
Wieczorami przy „rachunku sumienia” ciągle do tego powracam. Czy nie ma tu jeszcze jakiegoś głębszego i bardziej osobistego powodu, dla którego irytują mnie ci wszyscy religijni entuzjaści? Przecież wśród tych niewielu prawdziwych przyjaciół, jakich mam w gronie czeskich księży, są także ci, którzy od lat szczerze angażują się w „ruch odnowy charyzmatycznej”, a ja – chociaż czasem się kłócimy – naprawdę ich szanuję; podobnie, członkami tego ruchu, mniej lub bardziej zaangażowanymi, są także niektórzy z najaktywniejszych i najwartościowszych ludzi w naszej parafii. To samo mógłbym powiedzieć o focolare i jeszcze paru innych ruchach – tam także znam naprawdę dobrych ludzi i uczciwych chrześcijan.
Czy aby ci ludzie z „nowych ruchów” nie podstawiają mi właśnie korygującego lustra, w którym powinienem rozpoznać, że mój sceptycyzm – dlaczego przez cały ten wieczór z takim zrozumieniem czytałem Księgę Koheleta i dlaczego akurat ona staje się teraz moją najbardziej ulubioną księgą Biblii? - może być jedynie przejawem zmęczenia, które zasłania mi możliwość życzliwszej oceny owych „młodzieńczych” form wiary? A może odzywa się we mnie „syndrom wypalenia”, albo całkiem zwyczajnie starzeję się?
No dobrze, mam podejrzenie, że ten „entuzjazm młodzieży dla Chrystusa” na podobnych spotkaniach jak to, na które zostałem zaproszony, jest całkiem po prostu wyrazem entuzjazmu młodego człowieka z powodu faktu, że znalazł się w rozgrzanym emocjonalnie tłumie tych, którzy przyjmują go w chwili, gdy własne środowisko rodzinne zaczyna być dla niego za ciasne, a wśród szkolnych kolegów być może czuje się także niezrozumiany. Ale w końcu, cóż w tym złego? Przecież gdybym był rodzicem nastolatków, to chyba cieszyłbym się bardzo, że moje dzieci jeżdżą na entuzjastycznie-chrześcijańskie akcje, z których nie wrócą nafaszerowane prochami czy HIV-pozytywne, i gdzie mogę być pewny, że nikt im tam nie ogoli głowy, jak w tylu ekstremistycznych, religijnych czy politycznych, sektach od prawa do lewa, nie wszczepi im kultu Szatana, przemocy i obłędnej negacji całego wszechświata. Gdybym był politycznie odpowiedzialny za wychowanie młodego pokolenia, to chyba bym takie akcje akceptował i wspierał, nawet gdybym nie był chrześcijaninem. Potrafiłbym bowiem trzeźwo ocenić, że nie jest niczym złym, jeśli przynajmniej część młodego pokolenia gdzieś się nauczy, że zasada nie kłam i nie kradnij nie jest taka najgorsza, że między podaniem ręki a współżyciem jako wyrazem radości piętnastolatków, którzy widzą się w życiu dopiero po raz drugi, istnieje jednak pewna różnica, nie tylko emocjonalna, ale i etyczna.
Z trudem pojmą to w szkole, gdzie słowa o etyce chrześcijańskiej (a nie zauważyłem, by nasza kultura wynalazła coś radykalnie innego i ewidentnie lepszego) brzmią śmiesznie w ustach tych, którzy w swoim własnym życiu ostentacyjnie nią pogardzają, a wielu wierzących nauczycieli obawia się, że za nadmierne okazywanie swoich chrześcijańskich przekonań mogliby zostać postawieni przed inkwizycyjny sąd za bluźnierstwo przeciwko swoiście rozumianemu liberalizmowi, tolerancji i wielokulturowości. Rodzice z kolei po pewnym czasie – a niekiedy na zawsze – przestają być dla dojrzewających autorytetem, ponieważ muszą pełnić inną, bardziej niewdzięczną rolę; dorastające dziecko w dystansie wobec nich, superkrytycyzmie i konfliktach uczy się szukać własnej drogi, własnej odpowiedzialności. Mało który rodzic potrafi temu sprostać z całkowitym spokojem i łagodnym uśmiechem, jeśli zaledwie w ciągu jednej nocy ma stać się trampoliną, na której jego własne dzieci próbują przećwiczyć odbijanie się do nieuchronnego – choć często ryzykownego – skoku w wolność.
„Pan Bóg dobrze wiedział, dlaczego zrobił cię księdzem – ponieważ byłbyś nieznośnym, drażliwym ojcem, mimo tych twoich międzynarodowych Nagród Tolerancji” - powtarza mi czasem pewna kobieta, która zna mnie dość dobrze, „ty tak naprawdę jesteś tolerancyjny akurat wobec muzułmanów i sikkhów, ponieważ widujesz się z nimi dwa razy w roku na jakiejś konferencji w Waszyngtonie, Watykanie czy Brukseli, jak najdalej od własnego domu. „Przesadza, przesadza, ale być może ma jednak trochę racji: Co mnie właściwie tak bardzo irytuje w tych masowych zgromadzeniach, entuzjastycznych akcjach, broszurkach doradzających Jak rozmawiać z młodzieżą o Bogu itp., jeśli pominąć mój wrodzony sprzeciw wobec prób traktowania manipulacyjno-sugestywnego nastroju jako „powiewu Ducha Świętego”?
Z pewnością, przeszkadza mi także estetyczna strona tego typu zgromadzeń. Upieram się przy twierdzeniu, że piękno religii i religijnej ekspresji (także przestrzeni liturgicznej) nie jest jakąś zbędną czy wręcz niebezpieczną „nadbudową” dla rozpasanych estetów. Mało co było dla mnie zawsze tak niezawodnym sprawdzianem zdrowia, głębi i autentyzmu duchowości jakiejś wspólnoty, jak jej wrażliwość na piękno, jedną z tradycyjnych Bożych cech.
Mój gust religijny ukształtował się (dzięki wychowankowi benedyktynów, księdzu Jiříemu Reinsbergowi) na wspaniałej symetrii klasycznej liturgii katolickiej, zwłaszcza Mszy świętej (i wcale nie przeszkadzałoby mi uczestniczenie od czasu do czasu w przedsoborowej łacińskiej liturgii z chorałem gregoriańskim, czy nawet odprawianie jej, gdyby tylko jej zapaleni zwolennicy nie byli tak sekciarsko zaborczy i nie upierali się, że jest to jedyna słuszna forma. Nie mogę zrozumieć, dlaczego w czasie owych wielkich zgromadzeń na stadionach, czy to stricte katolickich, czy ekumenicznych, katolicy nie potrafią pełniej czerpać z tego ducha własnej liturgii i podzielić się nim jako wspaniałym darem także z tymi chrześcijanami, którzy ze szkodą dla siebie tę kulturę utracili i (przy całym ekumenicznym szacunku) pod tym względem zdziczeli i nieco się zbarbaryzowali; dlaczego dzieje się na odwrót, sami katolicy wyzbywają się tego skarbu, a wspomniane zgromadzenia stają się podobne do tego, co zawsze mnie detonuje w niektórych niekatolickich Kościołach, które chcą iść „z duchem czasu”, wskutek czego ich nabożeństwa swoją chaotyczną strukturą przypominają raczej kiepsko zaimprowizowaną „religijną imprezę estradową”. Ale to oczywiście nie jest jeszcze moje największe zastrzeżenie.
Najbardziej przeszkadza mi owa bezwstydna łatwość, z jaką ludziom tym płyną z ust do megafonów wielkie słowa naszej wiary. Wczoraj wieczorem chyba dziesięciokrotnie czytałem sobie zdanie, które z doskonałą zwięzłością i absolutną precyzją wyraża to, co od kilku już lat tak strasznie mnie martwi: Tragedię współczesnej kultury zachodniej stanowi fakt, iż stała się ona ofiarą iluzji, szeroko podzielanej zarówno przez wierzących, jak i niewierzących, że mówienie o Bogu jest czymś absolutnie łatwym.
Nie, nie wierzę w często powtarzany frazes, że ze względów pedagogicznych należy zacząć od rzeczy prostych, a potem stopniowo przechodzić do bardziej skomplikowanych. Z całą determinacją sprzeciwiam się tej zasadzie, przynajmniej w sferze filozofii i religii; gdy tylko człowiek przywyknie do upraszczania, trywializowania i banalizowania poczucia, że „już wie”, to jest to „choroba śmiertelna”: skończy się ona w najprawdopodobniej tym, że człowiek albo religijnie zgłupieje (co oczywiście nie ma nic wspólnego z ową prostotą dzieci i maluczkich, o których mówi Jezus – i jest straszliwą obrazą Ewangelii, dzieci i prostych ludzi, jeśli ktoś te sprawy miesza), albo wszelką religię wcześniej czy później z pogardą odrzuci.
Ci bowiem, którzy wprawiają w ruch wielki mechanizm religijnego upraszczania, nigdy potem już nie zaproponują owego obiecanego „wyższego stopnia”, ponieważ sami na nim nie stoją i jest im on całkiem obcy; gdy tylko spotkają się w wierze z czymś bardziej „skomplikowanym”, uważają, że widzą diabła. Od powierzchownej, miałkiej religii droga wiedzie wyłącznie do coraz większego bagna, albo na wyschnięty ląd, ale nie na głębię.
Kto chce szukać żywego Boga i rzeczywiście naśladować Chrystusa, musi mieć odwagę uczyć się pływać na głębi, nie na płyciźnie. Bóg bowiem jest głębią, a na mieliźnie żadnego Boga nie ma.
Droga wiary i „poznania Boga” nie jest nauką jakiegoś przedmiotu czy sprawności, gdzie pożądanym skutkiem jest „opanowanie” jakiejś rzeczy lub osiągnięcie mistrzostwa, a także robienie systematycznych postępów jak w nauce gry na fortepianie, począwszy od melodii Wlazł kotek na płotek po koncerty fortepianowe Beethovena. Dopóki chrześcijańscy pedagodzy nie potraktują poważnie faktu, że Bóg sam jest głębią całej rzeczywistości, a nie jakimś „przedmiotem poznania”, dopóty cała ta masa kazań, rozpraw religijnych i szkoleń, zamiast być odkrywaniem poczucia głębi, będzie nieustannym powtarzaniem Wlazł kotek na płotek – i nawet ta piosenka brzmieć będzie bardziej fałszywie i nieznośnie.
Oczywiście: określoną, konkretną „technikę” życia duchowego czy studia teologiczne lub poznawanie tradycji Kościoła, włącznie z zadomowieniem się w świecie liturgii, to wszystko trzeba koniecznie opanować wytrwałą systematyczną pracą krok po kroku, ale to zupełnie inna sprawa. Kto zostaje wprowadzony w wiarę, temu należy wyraźnie powiedzieć, że zostaje wprowadzony w świat tajemnicy i głębi, że Jezus nie jest „kumplem, z którym mogę sobie pogadać”, a Pan Bóg tatuśkiem, reprezentowanym przez kościelnych tatuśków, którym pokrzyczymy „hurra!”, a potem jeszcze raz „hurra Alleluja Panu Jezusowi, o tak właśnie, dzieci, głośno i wszyscy razem!”
Gdy widzę duchownych, którzy przejawiając notorycznie ten typ duchowości zachowali prostoduszny wdzięk wiecznego chłopięctwa, nie żałuję, że się starzeję. Gdy widzę, jak grubiutkim tatusiom i czcigodnym matronom płyną łzy po policzkach, jak kołyszą się do rytmu i z uniesionymi rękami wykrzykują Panu Jezusowi hurra Alleluja na wielkich stadionach, to odnoszę wrażenie, że ten niewątpliwie zdrowy sposób emocjonalnego odreagowywania byłby bardziej stosowny do wspaniałego meczu rugby albo koncertu hardrockowego, i zupełnie nie rozumiem, po co do tego musi być wciągany nasz Pan.
Nie umiem wyzbyć się podejrzenia, że to, co stanowi trwałą „substancję” tego rodzaju zgromadzeń, to „duch stadionu”, podczas gdy wzywany przez megafony „Duch Święty” i Pan Jezus stają się tam tylko jednym z wymienialnych wariantów.
Jeśli ludzi nie uprzedzimy, że Bóg przebywa w niedostępnym świetle, że modlitwa jest ciszą w obliczu Tajemnicy, a wiara drogą uszanowania tejże tajemnicy i zżywania się z nią jako tajemnicą i że każdy okrzyk „już znalazłem” jest jedynie dowodem na to, że zszedłem z drogi, to wówczas okłamujemy także samych siebie i nie ma w nas prawdy. Prawda o Bogu i Bóg jako prawda naszego życia jest zawsze paradoksalny; jest w nas tylko wtedy, gdy nie rościmy sobie prawa do „posiadania” Go i triumfalnego zawłaszczania.
„Już mam dość tego Twojego gadania o Bożym ukryciu, niepojętej tajemnicy i ciszy; czyż Bóg się nie objawił, nie przemówił z całą swoją mocą i powagą – czyż nie istnieje Objawienie, Pismo Święte, Chrystus, Kościół, jego sakramenty, dogmaty i urząd nauczycielski? Czy nie powinniśmy ludziom wyjaśniać tych właśnie rzeczy, a nie zawracać im głowę mistyką i teologią negatywną?”
Owszem, drogi współbracie, moim obowiązkiem jest mówić także o tych sprawach. Niech Bóg sam będzie mi świadkiem, jaka jest moja wiara w Niego. Nie wierzę w „coś ponad nami”, nie wierzę w Wielki Rozum ludzi oświecenia i ich Najwyższy Byt, nie wierzę w „konstruktora wszechświata”, Wielkiego Zegarmistrza deistów, nie wierzę w niezmienny Los Greków i kismet muzułmanów, nie wierzę w boginię Gaję, Matkę Naturę i jej „obiektywne prawa”, nie wierzę w prawo karmy i reinkarnację, nie wierzę w „prywatnego boga”, który byłby wyłącznie prywatnym światełkiem mojego sumienia i mojego serca, nie wierzę w boga romantyków, który dawałby jedynie „religijny zmysł” ani w „niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”. Staram się rozumieć wszystko, co za pomocą wspomnianych metafora chciano wyrazić, ale w najmniejszym nawet stopniu nie jest to przedmiotem mojej wiary.
Wierzę w Trójcę Świętą, Boga Ojca, i Syna, i Ducha Świętego – i już w nic innego na niebie i na ziemi. Moja wiara nie jest „ogólna” w sensie postmodernistycznego rozrzedzenia, nie wznosi się jak wróbelek elemelek ponad sadem wielkich religii świata, aby uszczknąć sobie trochę z tego, trochę z tamtego; przy całej gotowości do uważnego słuchania i prowadzenia dialogu z wieloma stronami, moja wiara jest powszechna tylko w jednym sensie, a to w tym, w jakim przekazali ją Ojcowie Kościoła i jej słynne sobory: jest katolicka. Jest głęboko zakorzeniona w tradycji i ma szeroko rozpostarte gałęzie jak potężny dąb rosnący niedaleko mojej pustelni.
Nie dysponuję żadnym „szczególnym” osobistym objawieniem ani oświeceniem, ani „nadzwyczajnym charyzmatem”, który by spadł na mnie gdzieś na stadionie, żadną „szczególną zdolnością widzenia”, która uprawniałaby mnie do dodania lub odjęcia czegoś tej wierze, chociaż staram się znajdować nie wyświechtane jeszcze słowa i świeższy styl ich wyrażania. A jeśli może niektóre rzeczy dostrzegam trochę wcześniej, niż stają się powszechnie widoczne, nie ma w tym zgoła niczego „nadprzyrodzonego”, ani niczego, czym mógłbym się pochwalić; po tym wszystkim, co w ostatnim półwieczu dane mi było przeżyć i przeczytać, przewędrować, zobaczyć i wysłuchać, przemyśleć i przemodlić, byłoby – na opak - czymś „nienaturalnym”, dziwnym i zawstydzającym, gdyby nie przyniosło to żadnych owoców.
Moja wiara jest zwyczajną – powszechną, katolicką wiarą chrześcijańską – i nie zamieniłbym jej na żadną inną, i to wcale nie dlatego, że żadnego innego towaru nie ma „na składzie”; pozwólcie mi sparafrazować słowa Apostoła: jeśli ktoś może powiedzieć, że dokładnie, szeroko i uważnie rozejrzał się w ogromnym lesie religii światowych, to ja mogę to powiedzieć o sobie. A jednak nigdy nie poczułem żadnej naprawdę silnej pokusy opuszczenia Chrystusa i Kościoła czy zamiany swojej wiary na inną. Takie jest moje wyznanie wiary, na nim się opieram, i z nim „chcę z radością umrzeć”.
Jeśli mówię „wierzę w Boga”, to wiem – i odwołuję się do analiz świętego Augustyna oraz wielu innych teologów aż po czasy współczesne – że to jednak nie oznacza o wiele więcej niż deklarację moich osobistych „poglądów na Boga”. Pierwsze słowa Credo w grece i łacinie, macierzystym i ojczystym języku Kościoła, przełożone dokładnie, brzmiałyby „wierzę do Boga”. Jest to określenie kierunku, drogi, ruchu: wierzę i swoją wiarą wchodzę do Tajemnicy, która nazywa się Bóg.
Ale jak mógłbym wejść, gdyby mi nie otworzono, jak mógłbym zbliżyć się do Ognia i nie zatracić się w oślepiającym świetle, gdyby On sam nie wyszedł mi naprzeciw? Tak, Trójjedyny Bóg się objawił, daje się i otwiera. On sam jednak pozostaje w swojej istocie zarazem niepojęty i dla wszystkich moich naturalnych wydolności „niemożliwy” do poznania i ujrzenia Go w tym życiu „twarzą w twarz”.
Jednak miejscem, gdzie mogę Go kontemplować „jak w zwierciadle” - i w tym momencie moje wyznanie staje się naprawdę osobistym świadectwem moich wieloletnich doświadczeń w poszukiwaniu drogi wiary – są trzy rzeczywistości: świat, człowieczeństwo Jezusa i Kościół.
Świat, wszystko to, co nie jest Bogiem; człowieczeństwo Jezusa i w Jego świetle człowieczeństwo każdego człowieka; Kościół z całym swoim bogactwem, do którego należy Pismo i tradycja, święci i sakramenty, papież i „bracia odłączeni”, Kościół, o którym Paweł Ewdokimov powiedział: „Wiemy, gdzie jest, ale nie do nas należy osąd, gdzie go już nie ma”.
Świat objawia mi Boga Stworzyciela, Ojca; człowieczeństwo Jezusa objawia mi wieczne Słowo Ojca, Odkupiciela, Syna; Kościół objawia mi Ducha. W tych trzech rzeczywistościach objawia mi się Trójca Święta; odzwierciedla wzajemne przenikanie (perichoresis), ale też niezamienialność „Osób”; przez swoje człowieczeństwo Jezus jest mocno zakorzeniony w świecie i jego dziejach (a jednocześnie je przekracza); Kościół natomiast „wyrasta z Chrystusa”, jest w pewnym sensie „mistycznym przedłużeniem” Jego człowieczeństwa. A przecież także Kościół można postrzegać jako część świata i historii, ale w świecie „niedokończoną”, otwartą na eschatologiczną przyszłość, podobnie jak ziemski los Jezusa zostaje na koniec („za przyczyną pustego grobu”) otwarty na eschatologiczny finał, to znaczy na tajemnicę Zmartwychwstania i Paruzji („drugiego przyjścia Chrystusa”).
Skoro jednak wyznałem powyższą triadę, w której objawia mi się (sama w sobie niedostępna) tajemnica Trójcy Świętej, muszę od razu dodać, że także w tym objawieniu Bóg pozostaje dla mnie ukryty w paradoksach.
Czyż świat nie jest pełen tragedii, które tak wielu ludziom zasłaniają oblicze Boga i nie pozwalają im wierzyć w Jego dobroć i miłość, wszechmoc i sprawiedliwość? Czyż ziemski los Jezusa, widziany w świeckiej perspektywie, nie kończy się również tragedią krzyża, która ostrzega i zraża tych, którzy chcieliby wyruszyć w podobną drogę? Czyż Kościół i jego dzieje, widziane w świeckiej perspektywie, przepełnione hańbą i zbrodnią, a także jego kiepska teraźniejszość nie są jednym wielkim argumentem przeciwko wierze, iż rządzi nim, opiekuje się i napełnia go Boży Duch?
„Ze świeckiego punktu widzenia” tego rodzaju zarzuty są zrozumiałe i uprawnione, a Bóg być może dopuścił „świeckość” świata (w którą włączone zostało także nasze miejsce obserwacji) właśnie po to, aby znowu głębiej ukryć się przed niebezpieczeństwem zbyt łatwego „już Cię mam”.
Równocześnie jednak Bóg wyznaczył nam niezwykłe miejsce „na granicy”, dał nam wolność wyboru – również w tym, z jakiej perspektywy chcemy w końcu patrzeć i oceniać. Daje nam dar wiary i nadziei – nie jako przedmiot do „posiadania”, lecz jako światło, padające na tę skądinąd ciemną przestrzeń i pozwalające patrzeć na rzeczywistość nie tylko z jednej, tej naszej „świeckiej” strony, ale również, by tak rzec, z Jego strony.
Świat, w którym żyjemy, jest głęboko ambiwalentny i rzeczywiście daje możliwość obu interpretacji: ateistycznej i opartej na wierze, a Bóg nie zdejmuje z nas wolności i odpowiedzialności, związanej z tym naszym wyborem.
Wiara jest możliwością reinterpretacji tego, co powierzchownemu „świeckiemu” spojrzeniu wydawało się tak jednoznaczne. Jedynie w świetle wiary i nadziei możemy w świecie zobaczyć także dobre dzieło Boże, mimo całego lamentu, kakofonii ludzkiego zła i przemocy, usłyszeć również Boże „i było to dobre”, które zostało wypowiedziane na początku i ma zabrzmieć także na końcu.
Jedynie w świetle wiary i nadziei możemy los Jezusa odczytywać nie tylko jako dzieje cierpienia i upadku, lecz w tle okrzyku „Boże mój, czemuś Mnie opuścił!” usłyszeć także ciche uzupełnienie „Ja zwyciężyłem świat”, „Ja jestem z wami przez wszystkie dni”.
Jedynie w świetle wiary i nadziei możemy zobaczyć tę Jego obecność i stale wionące odnowicielskie i uzdrowicielskie tchnienie Ducha - również w tej tak często mętnej powodzi skandali i ludzkich słabości, nazywanej historią Kościoła - Ducha, którego Jezus tchnął w zamkniętych ze strachu Apostołów, dając im moc odpuszczania grzechów i ciągłego doświadczania Jego przebaczenia.
Ale ponieważ to światło, ta perspektywa nie stanowi naszej własności, więc jest to rzeczywiście dar – jak światło z Góry Tabor, gdzie zostało powiedziane Apostołom, że w tym świetle nie mogą zamieszkać, nie mogą już teraz, w miejscu rozjaśnionym przez słońce eschatologicznej pewności „wybudować trzech przybytków” - a nasze życie jest ciągłym balansowaniem pomiędzy tymi dwiema perspektywami. Bywają chwile, gdy podobnie jak wszyscy buntownicy i notoryczni sceptycy, wszyscy smutni i załamani widzimy, że świat, Jezusa i Kościół przysłaniają nam rozmaite narastające wciąż wątpliwości i zastrzeżenia. Ale potem przychodzą chwile, gdy spomiędzy obłoków wyłania się światło, i wtedy możemy, tak, jesteśmy wręcz zobowiązani tym wszystkim buntownikom, sceptykom i płaczącym wśród nas i wokół nas powiedzieć, że chyba, pomimo wszystko, na przekór wszystkiemu można właśnie to wszystko zobaczyć, ocenić i przyjąć jeszcze inaczej.
Martin Buber lubił przytaczać opowieść o pewnym oświeceniowym nauczycielu, który wcisnął rabinowi swoje książki, pełne miażdżących argumentów przeciwko Bogu i wierze. A kiedy znowu odwiedził rabina, był przekonany, że starzec skapituluje przed jego argumentami i odrzuci swoją religię albo będzie jej zaciekle bronić. Jednak rabin długo ważył w rękach jego książki, ciężkie od wszystkiego, co rozum i ludzkie doświadczenie zdołają wypowiedzieć przeciwko wierze; delikatnie pogładził Biblię i patrząc na nią rzekł tylko: Ale może to jest jednak prawda... I właśnie to straszne „może” wstrząsnęło w końcu podstawami niewiary nauczyciela ateisty.
Moi drodzy młodzi Przyjaciele, może kiedyś jednak przyjmę wasze zaproszenie. Ale czy będziecie mnie tolerować w swoim gronie, jeśli nie doświadczę Bożej bliskości w radosnym uniesieniu, hasłach i rozpostartych ramionach, ale raczej w owym wstydliwym może, w „małej wierze”? To może nie jest przejawem mojej nieufności wobec Boga, lecz nieufności wobec samego siebie; mojej troski o to, abyśmy naszą zbyt wielką, zbyt głośną i zbyt ludzką pewnością nie przyćmili prawdziwej wielkości tajemnicy, która lubi przemawiać swoim milczeniem i objawiać się w ukryciu, a swoją wielkość ukrywa w tym co małe i niepozorne. „Wstydliwość” - po tym, jak została przez ludzi całkowicie ośmieszona – bywa wycofywana z najróżniejszych dziedzin naszego życia, także ze sfery religijnej; myślę jednak, Bóg ją sobie pozostawił.
Przełożył Andrzej Babuchowski
Fragment książki Noc spowiednika, Księgarnia św. Jacka
„Gazeta Wyborcza”, Sobota-niedziela 24-25 marca 2007, str. 27
Tytuł i śródtytuły od redakcji. (Tekst ukazał się drukiem w wersji skróconej).



